Layout ver. 0.44 STING - BRAND NEW DAY © PanKotek 2003

Ostatnia studyjna płyta Stinga, mimo, że liczy sobie już przeszło 3 lata, nie pojawiła się jeszcze na łamach kącika "miuzycznego" AM. Inna sprawa, że na polu bitwy między metalami i hiphopowcami bycie neutralnym i przeżycie jest dosyć skomplikowane (patrz nu-metal). Ale koniec z dywagacjami, przechodzimy do konkretów. Płyta pełna jest różnorodnych klimatów od etnicznych do hip-hopu, po drodze hacząc o pop, rock i inne style, które składają się na charakterystyczny nastrój, odróżniający go od początku kariery od reszty wykonawców.

Na początek spokojna, cicha balladka "A thousand years" oparta na funkowej sekcji, pseudoorientalnych syntezatorach i smyczkach. Bardzo przyjemna w słuchaniu, mimo niespiesznego tempa zachowuje pewien transowy rytm, w który wchodzi się nawet nie orientując się kiedy. (Puśćcie to komuś na słuchawkach, a następnie dajcie coś do czytania. Będzie kiwał głową przez 4 minuty, dopóki piosenka się nie skończy.)

Następny utworek jest jednym z dwóch najbardziej znanych z tej płyty. To "Desert Rose". Kawałek wyraźnie czerpiący z muzyki orientu, z arabskim zaśpiewem na początku, przewijającym się potem przez cały utwór, świetnym basem i niesamowicie gęstą perkusją (dwóch bębniarzy + zestaw). Świetnie wyeksponowany głos wokalisty, można by się długo zachwycać nad wszystkim ale najważniejszy jest tu klimat, po prostu trzeba tego posłuchać na dobrym sprzęcie (głośniczki komputerowe dadzą wam jakieś 50% wszystkiego...) !POLECAM!

"Big lie small world" jest dla mnie jakieś... dziwne? Fajna "klubowa" trąbka, gitara ale nie słuchało (mi) się tego dobrze. Poza tym na ile to jest? Brzmi prawie jak arytmiczne... trochę klimatów przypominających Antonio Carlosa Jobima, ale zbyt mało bossowe. Wypadek przy pracy?

Teraz wkraczają rockowe gitarki i zaczyna się opowieść o nocnym złodzieju... "After the rain has fallen" jest świetnym, dynamicznym kawałkiem, którego, mimo pewnej "naiwności muzycznej", fajnie się słucha, ale najlepiej ten utwór brzmi na żywo.

Jednym z moich ulubionych dziełek na tej płycie jest niesamowicie ironiczna i przesiąknięta złośliwością piosenka "Perfect Love... gone wrong". Połączenie jazzu, funku i francuskiego hihopu dało świetny efekt. Świetny tekst, dobry beat, bas, o trąbce nie wspominając, ten utwór po prostu żyje.

"Tommorow we'll see" zaczyna się od odgłosów (granych) ulicy, następnie w chodzi "kryminalny" klarnet Brandforda Marsalisa, by wkrótce przejść w klimat filmów z agentem 007 w roli głównej. Uliczny nastrój jest odzwierciedleniem tekstu, opowiadającego o panu lekkich obyczajów, stojącym sobie na poboczu i machającym do kierowców;). To drugi z kawałków dotyczących życia nocnego. Sting wydaje się lubić tego typu rzeczy, wspomnijcie chociaż klasyczny już "Moon over bourbon street".

Po króciutkim instrumentalnym "Prelude to the end of the game" zaczyna się typowo... countrowy(!) kawałek "Fill her up". Ja tam za coutry nie przepadam, ale jak kto lubi. Dla mnie jedyne zastosowanie tej piosenki to przegranie jej na kasetę "Do jazdy samochodem na długie trasy".

Dwa ostatnie utwory skomponować mógł tylko i wyłącznie Sting. Tego po prostu nie wymyślił by nikt, tego stylu nie da się skopiować "Ghost story"jest spokojną gitarową balladą, która później rozwija się we... właściwie ciężko powiedzieć co. To jest Sting, tu nie da się wszystkiego opisać. To samo można by powiedzieć o ostatnim, 10. na płycie utworze tytułowym - "Brand New Day". Tu wszystko - od gitary jak z "House of the rising sun", do bluesowej harmonijki Steviego Wondera tworzy jedną wielką cholernie optymistyczną całość. Polecam na ciężkie bóle egzystencjalne, wszelkiego rodzaju porażki i zawody. "We're starting up a brand new day!"

Gatunek: Sting
Wykonawca: Sting
Muzyka: Sting
Teksty: Sting
Ocena Sting;) nie, 9/10 za country i "Big lie..."




PanKotek


W TYM miejscu pozdrawiam pewną (moją) dziewczynę.