ANGER IN TRAFFIC
czyli relacja z wizyty Metalliki w Warszawie (4.06.2003 r.)


Stało się! Po długim okresie niepewności, kiedy wszyscy zaczęli się zastanawiać czy Metallika w ogóle przetrwa burzliwe dzieje, zespół znów dał o sobie znać i przy okazji premiery pierwszego od 6 lat studyjnego albumu z premierowym materiałem, znienacka i prawie bez zapowiedzi James Hetfield i Kirk Hammet zaatakowali Warszawę. 4 czerwca odbyło się w warszawskim sklepie Traffic Club spotkanie z fanami, którzy jak się okazało wciąż są z zespołem mimo ciągłej krytyki ze wszystkich niemal stron i kilku lat nieobecności Metalliki na rynku. Tak naprawdę wiadomość o organizacji spotkania wcale nie była tak specjalnie rozpowszechniana i gdyby nie internet i nieodżałowany www.overkill.pl być może nie dowiedziałbym się o nim w porę. Ale inni fani wiedzieli co się święci. Ludzie jak się okazuje przyszli tłumnie i to oni, obok ogromnego plakatu byli tym znakiem, który naprowadził mnie - błąkającego się po Warszawie w poszukiwaniu Trafficu na miejsce.

Pod sklepem razem z dziewczyną byłem już około 14.30. Mimo tak wczesnej pory lwia część fanów przyszła właśnie najwcześniej, myśląc, że zajmą dobre miejscówki :). Niedoczekanie, na otwarcie drzwi trzeba jeszcze było czekać ale o tym kto się dostał a kto nie będzie później. Największy tłok był pod drzwiami, obok było ogrodzenie. Zajebisty był widok kolesia w koszulce Supermana przechodzącego przez ogrodzenie prosto pod wejście :). Kto widział ten wie o co mi chodzi. Wkrótce dołączyli do nas dwaj znajomi i byliśmy wreszcie w kupie. Stojąc w tym tłumie czekaliśmy i czekaliśmy. Tego dnia pod Trafficiem był naprawdę szeroki wachlarz ludzi: od młodocianych 13-letnich metali do starych wyjadaczy. Wkrótce pewna grupa ludków stojących obok nas odkryła, że gdzieś w środku sklepu jest pokaźna ilość plakatów, które można było - ot tak, po prostu capnąć ze ścian a ochrona przymykała na to oko. I tym sposobem cyklicznie ulatniały się dwuosobowe grupki i po chwili wracały z porwanymi bądź całymi (bądź co bądź były one zdzierane ze ścian) plakatami za pazuchą. Mnie też w sumie naszło, żeby plakatów poszukać ale nie mogłem się zdecydować i teraz żałuję. Plakatów było od cholery i ciut ciut, były one dodatkiem do sprzedawanego w Trafficu premierowego wydania St.Anger. Pomysłem sklepu było rozpoczęcie sprzedaży nowej płyty minutę po północy (Harry Potter, czy co?), właśnie z "gratisowymi" plakatami, ale z tego co później słyszałem sprzedaż rozpoczęto już po 20. I słusznie - komu by się chciało czekać do północy, jak następnego dnia Święty Gniew i tak był już we wszystkich sklepach? Trochę uderzył mnie fakt, że ani w sklepie ani w hallu ze sprawcami całego zamieszania nie puszczano nowej płyty (ja wiem, że się boją rozpiracenia przed premierą, ale żeby aż tak?) tylko same ograne szlagiery.

W końcu jednak musiała nadejść ta chwila. Około 17.25 drzwi zostały otwarte i do środka zostali wpuszczeni pierwsi zapaleńcy. I wtedy dla wielu osób zaczęło się piekło, bo ludzie zaczęli napierać jak szaleni na siebie. Pod drzwiami była oczywiście grupa czterech byczków, którzy pełnili niewdzięczną rolę security. Jak się w chwilę później okazało twardo i zacięcie bronili wstępu, wpuszczając co chwilę niewielkie grupki do sklepu. No i miałem wraz z moją dziewczyną niesamowitego fuksa, bo ochrona nas wpuściła, mimo, że nie miałem siły by napierać na tłum i nie dopchałem się pod same drzwi. A fuksa to miałem bo zaraz po moim wyjściu z tego kotła byczki zamknęły drzwi na ponad godzinę. Wchodząc po schodach można było zerknąć przez okno na napierający tłum. Niesamowicie przykry widok! Lwia część tych ludzi nie zobaczyła już Mety, niektórzy mdleli, przyjeżdżały karetki... I w tym miejscu organizator całego zamieszania powinien dostać potężnego kopa w dupę, bo ja nie rozumiem, jak można było nie przewidzieć czegoś takiego i nie spróbować jakoś temu zapobiec (czy nie można było chociażby postawić pieprzone barierki i zorganizować kolejkę?!). O tym kto się dostał nie decydowała kolejność przyjścia tylko łut szczęścia. Ja wprawdzie go miałem, ale z innymi było już gorzej. Do tego 4 czerwca był bardzo gorącym dniem: na niebie nie było ani jednej chmury a niesamowity skwar czynił oczekiwanie jeszcze bardziej nieznośnym.

Tymczasem my czekaliśmy w środku pokrzepieni wiarą, że jednak Metę zobaczymy. To fakt, czekała nas jeszcze długa droga i dwie godziny czekania, jednak najgorsze było już za nami. Zaduch, który nam towarzyszył sprawiał, że w środku było jak w saunie, o dostępie do wuceta nie mogło być mowy. Czas jednak mijał, po pewnym czasie ochrona puściła szczęśliwców na górę i powoli ale zdecydowanie poruszaliśmy się do celu. Trudno było ukryć ogromne podekscytowanie. W końcu doszliśmy na górę, zaczęło się prześwietlanie, kontrole itp. No i weszliśmy do pięknego przestronnego hallu, gdzie w kącie czekali Hetfield i Hammet w towarzystwie kogoś, kto wyglądem przypomina Kerry'ego Kinga :). Nie rozumiem tego ale środki bezpieczeństwa były absurdalne. Plecaki na bok, nie można nawet było oddać fantów do podpisu, autografy można było zebrać na maleńkich naklejkach rozdawanych przez ochronę. Były wcześniej zapewnienia, że będzie można robić zdjęcia, ale jak się okazało na miejscu, gucio. No, ale warto było zobaczyć Metallicznych na własne oczy po paru latach od rozpoczęcia przygody z kwartetem. Naklejka z autografami dziś jest trofeum na honorowym miejscu na ścianie w moim pokoju obok podobnych, lecz mniej cennych zdobyczy. Nie było czasu na nic poza uściśnięciem ręki muzyków, jednak hall opuściliśmy podniesieni na duchu.

Po krótkiej wycieczce poznawczej w sklepie wyszliśmy na powietrze i naszym oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy: zamknięte drzwi i ogromną grupę zawiedzonych fanów. Jak się potem okazało Metallica po naszej wizycie rozdała jeszcze trochę autografów, ale potem muzycy postanowili dać nogę. To było moim zdaniem świńskie, gdyż zbyt mało ludzi dostało się do środka (a o 15 wyszedł pracownik sklepu i obiecał, że wszyscy wejdą... a świstak siedzi i zawija je w te sreberka), wybieg ten nie przysporzy Metallice popularności, wielu fanów było zawiedzonych i wściekłych. Niektórzy mogli to sobie odbić oglądając zespół w czasie odjazdu, ja sobie to podarowałem i udałem do domu. Wróciłem niesamowicie spocony ale uradowany, z małą, durną naklejką ;). Nie mogę jednak pogodzić się z tym, że organizacja kompletnie zawiodła a pod sklepem panował kompletny chaos. A sama płyta to już zupełnie inna historia...

PS. Pozdrowienia dla Gohy, Grzywy i Kendża, którzy byli tego dnia ze mną.


© Choke