JACK HIGGINS - "Zdrajca w Białym Domu"
Jack Higgins to jeden z tych autorów powieści, którzy wykreowawszy pewną grupę stałych bohaterów swoich książek w następnych epizodach po prostu umieszczają ich w kolejnych kłopotach, które zawsze kończą się nappy endem – bohaterowie dobrzy zwyciężają, natomiast ci źli w większości gryzą piach. Higgins stworzył sobie taką grupę składającą się z: m. in. Seana Dillona – byłego terrorysty IRA, mordercy i najemnika a teraz czegoś w rodzaju „straży pożarnej” w sprawach terroryzmu. Innym stałym bohaterem jest brygadier Fergusson – oficer ten dowodzi małym oddziałem wywiadowczym podporządkowanym bezpośrednio premierowi. Posiada wielkie uprawnienia, pozwalające mu na mieszanie się w sprawy wywiadu, z czego często korzysta. Inni stali bohaterowie to nadinspektor Berenstein – Żydówka pracująca kiedyś w Scotland Yardzie, Blade Johnson – dowódca amerykańskiego odpowiednika oddziału Fergussona oraz paru londyńskich opryszków.
W książce „Zdrajca w Białym Domu” pojawia się Helen Lang – bogata Brytyjka, której jedyny syn został zamordowany przez terrorystów terrorystów radykalnego odłamu IRA. Po wielu latach poznawszy sekret śmierci syna zaczyna zabijać ludzi związanych z ruchem wspierającym IRA w USA. Zabija m. in. senatora amerykańskiego, przemysłowca, gangstera londyńskiego. Później prowadzi perfidną grę z Jackiem Barrym – okrutnym mordercą irlandzkim.
Książka opisuje parę akcji typowych dla twórczości Higginsa – zasadzkę przeprowadzoną przez Barrego na Blake`a, który zostaje uratowany przez Dillona, morderstwa popełnione przez panią Lang oraz przede wszystkim finałowa rozgrywka, która doprowadza do bitwy na angielskiej posiadłości.
Jeżeli lubicie twórczość tego autora to nie zawiedziecie się na tej powieści. Jest utrzymana w stylu innych książek tego autora. Choć co dla jednych Mozę być zaletą – w końcu każdy lubi czytać książki swych ulubionych twórców, to dla innych okaże się, że znowu Higgins sięgnął po swoją sztancę i stworzył kolejną „seryjną” książkę.
PMG pmgpmg@wp.pl
Przepraszam wszystkich zmęczonych moimi dopiskami, lecz nie mogę się powstrzymać przed skomentowaniem twórczości Higginsa. Toż to jest istne amerykańskie kino z lat 80-tych! Mamy bohatera - najczęściej o "twardym" imieniu, młodego (dwadzieścia kilka lat), zasłużonego w paru wojnach, co najmniej majora, rannego dwadzieścia razy i odznaczanego jeszcze częściej. Moim zdaniem troszkę to naciągane - ale popatrzmy dalej. Zwykle zaczyna się od jakiejś akcji, prezentującej waleczność herosa - ot, ucieka sobie z obozu w Wietnamie czy gromi hordę terrorystów za pomocą tego, co mu się pod rękę nawinie. Następnie "agencja" wzywa tego niemalże Boga, i wysyła go do rozwikłania kolejnego problemu... Chuck Norris byłby zadowolony z nowego scenariusza. Wybredni czytelnicy - niestety nie. A szkoda, gdyż same opisy są wcale dobre, i gdyby tylko ubrać je w sensowną fabułę, Higgins mógłby stać się drugim Ludlumem. - military