Nowa siła napędowa książek? Marketing
W dużej mierze do napisania tego artykułu zmusił mnie artykuł spoxgreq'a, w którym to opisywał on
robienie z dzieł Mistrza Tolkiena rozrywki dla mas. Zgadzam się z nim w pełni, ale postanowiłem
dołożyć też coś od siebie.
Książkami napisanymi przez J.R.R. Tolkiena zainteresowałem się na kilka miesięcy przed kinowym
wydaniem pierwszej części "Władcy". Nie ukrywam, książki mi się spodobały, a kiedy dowiedziałem
się o ekranizacji, byłem jeszcze bardziej zachwycony. Wtedy byłem jeszcze w gimnazjum, moja
szkoła, była (i jest nadal, jak ja się cieszę, że już tam nie chodzę!) jedną z najgorszych pod względem poziomu edukacji w całym powiecie. Pomyślałem sobie, że jestem chyba jedyną osobą, która
zapoznała się z dziełami J.R.R. Tolkiena. Jakże się zdziwiłem. Im bliżej było premiery filmu, media
zasypywały nas coraz większą liczbą informacji o samym filmie. Im dalej w las, tym okazywało się,
że mam dookoła siebie coraz więcej fanów i znawców twórczości tolkienowskiej. Niestety, ich
nieprzebrana wiedza opierała się jedynie na fragmentach, które zobaczyli w telewizji i tym, co usłyszeli od kogoś innego. W ten sposób mogłem się dowiedzieć, że "Władca Pierścieni" to książka o
elfach i ludziach, którzy "próbują" załatwić złego czarodzieja.
Taką sytuację jeszcze mógłbym znieść. Wszak świat jest pełen ludzi, którzy chcą zwrócić na siebie
uwagę i w tym celu robią z siebie inteligentów (tutaj mam też świetny przykład, ale przedstawię
kiedy indziej). Dzieła goryczy dopełnił szkolny wyjazd na film. Pospolite ruszenie, uważające się
za speców od Tolkiena, najpierw obległo stoiska z popcornem, Coca Colą, i innymi podobnymi
artykułami, a później, już na sali kinowej, zajęli się konsumpcją pewnego trunku. Oczywiście,
zabraknąć nie mogło rzucania popcornem, bekania, czy wykrzykiwania różnorakich (obraźliwych) haseł.
I właśnie owi krytycy, kiedy już po powrocie mieliśmy lekcję polskiego, stwierdzili, że film jest
taki sobie, bo ileż można oglądać bajeczek o walce dobra ze złem. Och. I to mnie najbardziej
zdenerwowało. Ludzie karmieni tanią, telewizyjną papką, starają się za wszelką cenę okazać znawcami
wszelkich tematów. Wiedza telewizyjna sprawia, że nie warto już sięgać po książki, wystarczy sam
film, aby bezkrytycznie stwierdzić, że to jest do d*** i czytanie tej książki to strata czasu.
Naprawdę żałuję, że w dzisiejszych czasach tak dużą rolę odgrywa marketing. Wszak możemy dzieki
niemu dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy itd., ale nadal jest to wciskanie ludziom kitu. Nie
mam na myśli, że Tolkien napisał badziewną książkę, ale podawanie na tacy ludziom gotowych
wniosków jest błędne. Później tacy wiejscy krytycy skupiają się na tym jednym fakcie, lub nie skupiają
się w ogóle. A najlepsza była moja była wychowawczyni, notabene, nauczycielka polskiego, która
przed filmem nie wiedziała, kto to ten Tolkien, a niedługo po ekranizacji wymawiała jego nazwisko
z takim pięknym akcentem: "Tolkin".
backsider