A teraz/zaraz, panie, panowie i istoty pośrednie, nastąpi recenzja kolejnego tomidła z cyklu „skórzana okładka i papier gazetowy”, jakie zawinęło pod moją strzechę (a ściśle, pod sufit przerobiony na cmentarzysko komarów) ;) wcale niedawno, bo wraz z wejściem Słońca w znak Raka. A będzie to:
Dawno, dawno temu w miejscu, gdzie diabeł mówi: „na dobranoc, dzieci, opowiem wam bajkę”; w iście bajkowej scenerii wyrosło sobie takie miasteczko jak Macondo. Korzenie owej osady toną w mrokach na wpół legendarnych opowieści – nieznane historykom jest ani jego dokładne położenie, ani data założenia. Wiadomo za to, że grupie, która w zamierzchłej przeszłości dziarsko przedarła się przez góry, by osiąść w tych właśnie stronach, przewodził protoplasta rogu Buendiów. Na miejscu zbudował dom, który odtąd będzie centrum wszechświata dla akcji powieści, a jeśli już wypuści się ona za próg chaty, to zwykle zajdzie niedalej niż kilka ulic. Wszystko to za sprawą bohaterów – potomstwa Jose Arcadio Buendii - nacechowanych przywiązaniem do zacisznego domowego ogniska.
Szczerze mówiąc, po przejściu przez książkę niczym tornado przez farmę w Kansas (inaczej nie sposób!) zostaje w czytelniku ślad zrozumienia dla wielbicieli wszelkiej maści telenowel - niekończących się opowieści, których bohaterem jest, tak zwane, „samo życie”. Dlaczegóż to? Otóż, tu również ciągnie się kilka wątków jednocześnie zaplatając całość w malowniczy wzorek. Tu również napotykamy hiszpańsko brzmiące imiona i południowoamerykańską mentalność. Ale nawet nie o to chodzi. Rzecz w tym, że wyliczenie zdarzeń doniosłych sensacyjnych starczyłoby przez wszystkie 400 stronic jednej ręki starawego drwala – cała reszta to codzienna małomiasteczkowa monotonia. Monotonia, która wbrew oczekiwaniom niesłychanie silnie wciąga.
W tym miejscu należy się już odżegnać od porównań z tym jakże podłym gatunkiem serialowym, bo jedynie ujmę przynosi kunsztowi autora stawianie go, na jednej półce ze scenarzystami tasiemców. [Ci to, nawiasem kwadratowym mówiąc, mają przykazane, by nie pisać scen dłuższych niż na półtora minuty, co by gawiedź zgromadzona przed telewizorkiem nie pogubiła się i nie przestała kapować, o co biega. Taa... ] Pisarzowi na szczęście obce były takie tendencje urągania inteligencji odbiorcy, bo - jakby temu przecząc - rzuca wyzwanie jego pamięci i zdolności kojarzenia, zasypując tysiącami faktów, imion i krótkich rozmów, które lepiej zapamiętać, bo nie wiadomo, kiedy z nagła zapragnie do nich jeszcze nawiązać.
Całość sprawia wrażenie sagi rodzinnej stylizowanej na poprzecinaną dygresjami gawędę, opowiadaną kiedyś po latach. Taką, której chciałoby się słuchać i słuchać bez końca, po zasłyszeniu zaledwie kilkunastu pierwszych zdań. (kto nie wierzy, niech otworzy to cudo na samiuśkiej pierwszej stronie i potem z czystym sumieniem zarzuci mi, że kłamię) Ten gawędziarz naprawdę zna się na rzeczy; sprawia, że odpływasz, coraz bardziej przesiąkając klimatem jego słów. Klimat gra w powieści rolę pierwszoplanową. Bez niego losy rodziny byłyby puste, zwyczajne. Tymczasem narracja – sposób w jaki przedstawia zmieniające się – z niewielkiej osady w piękny aż nieznośny moloch – miasteczko; sposób w jaki nieustannie następuje roszada bohaterów – seniorzy rodu wymierają, ich miejsce zajmują nie wiadomo kiedy dorosłe dzieci; sposób w jaki przeszłość z wolna odpływa w zapomnienie, a przyszłość nadal budzi obawę... – wszystko to wprawia w melancholijne a zarazem rozkoszne uczucie nieubłaganej przemijalności. Jak dla mnie genialne.
I na tyle urzekające, że teraz odczekuję „przepisowo” tych kilka miesięcy niezbędnych do pozapominania najdziwniejszych wydarzeń (a są i kwiatki mające niewiele z realnością wspólnego: np. zbiorowa - i zaraźliwa jak grypa - bezsenność połączona z utratą pomięci, która spada na miasto, albo chłopak, nad którym nieustannie krążą żółte motyle... tego jest więcej :-)) aby znów wziąć to cudo w swoje ręce i poświęcić mu dwie/trzy długie noce.
Niewtajemniczonym zdać się może, że to
co tu powypisywałem nijak pasuje do tytułu książki. Pasuje, nie bójcie się...
Ale, ale - nie będę przecież zdradzać tego, co autor rozmyślnie umieścił
na samym końcu. Dosłownie w ostatnim zdaniu. Wierzcie mi - warto tam dobrnąć.
Rainman