"Gra Endera" - Orson Scott Card

Ludzkość toczyła wojnę z inwazją obcych, nazwanych swojsko "robale". Pierwszy atak jakoś odparliśmy, drugi przetrwaliśmy jedynie dzięki geniuszowi strategicznemu Mazera Rackhama. Ale szykuje się trzecia inwazja, i potrzebujemy takiego drugiego geniusza...
Ender jest sześcioletnim chłopcem, trzecim z rodzeństwa. System ich społeczeństwa zakłada, że przy trzeciem dziecku rodzina traci liczne przywileje. Ale Enderowi pozwolono się urodzić, gdyż wojsku potrzebny jest jego umysł. Jego geniusz. Najstarszy z rodzeństwa, Peter, nosił czujnik, przez który obserwatorzy oglądali świat z jego perspektywy i zdecydowali, że się nie nadaje; jest po prostu zbyt agresywny (dosł. "ma mentalność szakala"). Siostra również nie przeszła testów, bo przesadzili z łagodnymi genami - jej również zdjęli czujnik dość wcześnie. I teraz Andrew, czyli Ender, cierpi szykany od swego brata, który zazdrości mu jego sukcesu jak niczego innego. Jednak czujnik Endera zostaje zdjęty i wojsko zabiera go na szkolenie w orbitalnej bazie... Tam jest mnóstwo dzieci; najlepsze zostają dowódcami oddziałów i dowodzą innymi dziećmi. Starterzy, najmłodsi, ćwiczą w nieważkości manewry, oddziały starszych toczą regularne bitwy i zdobywają punkty. Całość jest jedną wielką grą.
Ender jest jednak nękany przez dowództwo - starają się oni wzbudzić zazdrość i gniew kolegów wobec Andrewa. Gdy ten w końcu zaczyna sobie radzić, dają mu własny oddział i Ender zostaje najmłodszym, bo ośmioletnim dowódcą w historii szkoły. Jego geniusz strategiczny pozwala mu wygrywać bitwę za bitwą. Dowództwo decyduje się nagiąć reguły gry przeciwko Enderowi...

I niby wszystko jest cacy. Czytając wiemy, że Ender jest super i że na pewno mu się uda. I w tym momencie autor nas zaskakuje - Andrew załamuje się, nie może znieść dwóch bitew dziennie (gdy inni toczą je raz na kilka tygodni) przy dodatkowych utrudnieniach i dwóch wrogich oddziałach przeciw sobie. I tu czytelnik nie czuje się już tak pewnie, nie wie, co będzie dalej. I chce tą historię dalej poznawać.
Atutem książki jest dobrze odmalowany profil psychologiczny głównego bohatera; nie jest on małym, zimnym geniuszem ani twardym wojskowym, na jakiego pozuje wobec podwładnych; targają nim wątpliwości, a wszystkie jego zachowania są logiczne i wynikają z konkretnych powodów - za to chwała autorowi.
Końcówka opowieści, a właściwie to, co uważamy za jej koniec jest wspaniała. Oczywiście wyrządziłbym krzywdę zdradzając o co chodzi, więc musicie mi uwierzyć na słowo - wspaniałe uczucie jedności, szczęścia, zwycięstwa. Wprawdzie jeszcze wiele przed nami, jeszcze dużo do zrobienia, ale zamknęliśmy pewien etap i zakończyliśmy go szczęśliwie i możemy odpocząć; te piękne uczucia spływają na czytelnika...
(co nie da się powiedzieć o wielu innych książkach, w domyśle lektury szkolne)

Ale, ale - tak naprawdę wtedy książka się nie kończy. Zakończenie, jak dla mnie, niestety dzieje się za szybko. Jest naszpikowane pomysłami, jakby autor wymyślał już drugą książkę (i rzeczywiście dalszy ciąg przygód Endera powstał - "Mówca umarłych"; niestety, nie miałem jeszcze okazji, by ją przeczytać) i starał się puścić na koniec pierwszej zgrabny trailer. Owszem, fajne to jest, ale jak dla mnie troszkę wybija z rytmu i klimatu i dzieje się za szybko (jak końcówka "Gwiezdnego pyłu" Gainmana).

Czy warto przeczytać? Jeśli lubisz fantastykę, to jak najbardziej warto. Jeśli lubisz wątki psychologiczne, to też warto. Jeśli lubisz czytać dobre, pozytywne książki - warto2 (do kwadratu :)

Mariusz Saint
mariuszsaint@interia.pl