Zaroiło się ostatnimi czasy na domowych półkach od książek o - niezależnie od tytułu – identycznej hmm... stronie wizualnej. Mam tu na myśli serię tworów obitych w jakąś podróbę skóry, stylowo pograwerwanych złotym pismem i sprawiających wrażenie ciężkich tomideł, które po pochwyceniu w rękę okazują się zaskakująco lekkie - wypełniono bowiem je papierem gazetowym. Z wydania w ten sposób „Arcydzieł Literatury Współczesnej” zdawałem sobie sprawę już jakiś czas, ale nie sądziłem, że akcja zatacza aż tak szerokie kręgi. Do czasu.
Na dwa dni przed końcem roku zaszło takie to zdarzenie: ano wśród ogólnego zamieszania w przydzielaniu tytułów i nagród odpowiedzialny kombinat doszedł do wniosku, że mi też się coś od życia należy i postanowił sprezentować książkę z w/w cyklu (bynajmniej nie za świetne wyniki w nauce, a za co innego; nie powiem co ;)). Toteż za zaleceniem i z błogosławieństwem wybrałem się na tyły szkolnej biblioteki, gdzie „potajemnie” składowano kilkanaście kartonów. Z kartonów, wedle słów bibliotekarki, powinienem wydobyć na światło dzienne coś dla siebie. W pierwszym, który wpadł mi w łapy, znalazłem powieść pt. „Dżuma”. „Hmmm... czemu nie?” – i jedna już leży na boku. Szukam czegoś dla porównania; drugi karton – „Dżuma”. Wyciągam następny... znowu „Dżuma” . Taa...W tym momencie coś przestało mi grać. „Dżuma” i „Dżuma”. I tak kilka pudeł z rzędu... Paranoja jakaś! Już się bałem, że gdy uchylę drzwi schowka, tam zasypie mnie, grzebiąc na wieki, stos egzemplarzy „Dżumy” (a ja wybudzę jak z koszmaru zlany potem i do wakacji będzie jeszcze z pięć długich miesięcy) ;) .
Zacząłem się zastanawiać, co to się dzieje, że cała Polska czyta dzieciom „Dżumę”; cóż to za wielkie arcydzieło i tym podobne myśli, do których dołączyło, czy aby dobrze zrobiłem wybierając w końcu co innego (a jednak!) Wyszło, że jednak dobrze. Następnego dnia mój brat przyniósł dwie nagrody. Naturalnie obie „Dżumy”.
Było nie było, ta - nazwijmy ją tak - popularność powieści Camusa wpłynęła znacząco na moje nastawienie do niej. Bo i spodziewałem się gór złotych, pięknie błyszczących i szczerze mówiąc... Rozczarowałem się. Widać nie należy za wiele wymagać od życia ;-)
Ale po kolei...
Tytułowa zaraza od wieków cieszy się stosunkowo sporym... zainteresowaniem, licznym audytorium itp. (ech ten czarny humor...). Gdy się zadomowi, nie ma mowy o sporadycznych przypadkach. Jak szaleć, to szaleć – słowo dżuma idzie niemal zawsze w parze z innym, równie złowrogim – epidemia. Plaga owa spadła nieoczekiwanie na zupełnie przeciętne miasto pełne przeciętnych ludzi. Zaatakowała szybko i skutecznie, stawiając mieszkańców wobec faktu dokonanego – globalnej kwarantanny, bramy zostają zamknięte. Do odwołania.
Kiedy się zastanowić, dziś media informowałyby o takich wydarzeniach w trybie nagłym, przerwano by i może transmisje nawet ze skoków Małysza, aby szybko podniosłym i chaotycznym tonem nadać sensacyjne wieści, że „na razie nic nie wiadomo”. Tutaj nic takiego się nie dzieje. Stylizowana na kronikę wydarzeń narracja ani na chwilę nie zmienia tempa i maniery. Wciąż jest miarowa i do bólu chronologiczna. Autor unika wszelkich ozdobników, podkręcania wstążek i wszelkiej poetyzacji języka. Wydawać by się mogło, że to przejaw niewyrobienia i – powiedzmy to wprost – braku talentu. Jednak dalsze wgłębianie się pomiędzy wiersze prowadzi do wniosku, że to niejako celowy zabieg.
Beznamiętny styl to jakoby odbicie stanu psychicznego człowieka, który przeszedł przez całe to piekło. Trochę jakby był już zbyt wyczerpany zarazą czy zmęczony życiem by pisać lotnie i żywo. No nie wiem, może to bardziej realistyczne gdy narrator nie dramatyzuje i nie przegina niczym reporterzy Super Expressu, jednak niełatwo wczuć się w tak drętwy rytm (zwłaszcza, gdy ktoś przyzwyczajony jest do takiego Kinga, gdzie i straszno i śmieszno, a bardziej straszno i gdzie każde podeście bohatera do głupich drzwi powoduje przyspieszenie pracy serca u czytelnika). Książka zwyczajnie nie wciąga, płynąca powoli i ciurkiem akcja nie przymusza do ślęczenia nad nią do rana. Obojętne jest, co na końcu stanie się z bohaterami. Choć w tych odczuciach może być i coś z intencji Camusa, coś z klimatu zadżumionego miasta. Tam również, w duszach zagrożonych mieszkańców, rodzi się nie strach, a obojętność. Z dnia na dzień ludzi przestaje obchodzić los sąsiadów. Informacja o śmierci przeszło setki ludzi jednego dnia nie robi już na nikim wrażenia. Brak nadziei na koniec powoduje w pewnym również śmieć tych pozostałych przy życiu. Oran staje się miastem bez przyszłości...
I tym efektownym (akurat! ;) wielokropkiem wypadałoby zakończyć, dodając może tylko, że książka ta jest bodajże na liście obowiązkowych lektur szkolnych. (nie jestem pewien nieosiągnąwszy jeszcze odpowiedniego stadium w procesie edukacji ;) i niechybnie zmuszony zostanę do wychwalania jej pod niebiosa w wypracowankach. Ale cicho - jest dziewiąty sierpnia i mogę czytać, co mi się podoba :-)
raindrop@pf.pl
PS. Uprzejmie uprasza się naczelnego o niewycinanie akapitu o zwałach wielkich dzieł, (których, podobno, jakaś firma nadrukowała za dużo i chcąc się ich pozbyć, rozdaje masowo szkołom...) bo posłuży on za punkt wyjścia w następnych odcinkach. Z góry dzięki. (Noł problem)