STEPHEN KING - "Christine"
Jakież zażarte boje musiałem toczyć z ludźmi w bibliotece by zdobyć tę książkę... jedyną książkę Kinga która tego dnia była na
półkach. Zaczęło się od wyzwisk, później zaczęło się popychanie, a skończyło na zażartej, krwawej bitwie którą trafniej opisuje słowo "rzeźnia". Nie będę wspominał o tym że przeciwnicy mieli katany, toporki, siekiery itp. przedmioty do zadawania bólu... powiem tylko że wygrałem i mogłem delektować się kolejną
kingowską powieścią. Chociaż nie było tak wspaniale jak myślałem na początku...
"Christine" to już klasyka literatury grozy, literatury i filmów grozy gdyż niedługo po premierze książki (1982-83) powstała dość dobra ekranizacja tejże (chyba nawet dostała jakąś nagrodę "Emmy" czy "Złotej Kaczki Szczęścia"... nie wiem, nie znam się). Wróćmy do książki, która jednak nie zachwyciła mnie tak jak choćby recenzowane w tamtym numerze "Miasteczko Salem", może to dlatego że "Christine" to nie tylko opowieść z dreszczykiem... ale i prostacka opowieść o przyjaźni... hola, ale się rozpędziłem, a to dopiero początek recenzji. Trzeba coś na później zostawić.
Tym razem bohaterem nie jest pisarz ani nauczyciel jak to bywa w większości książek Kinga - ale zwykły siedemnastoletni chłopak - ale czy znowuż taki zwykły? Raczej nie, "W każdej szkole jest choć jedno popychadło na którym możesz się wyżyć gdy tylko dostanie się słabą ocenę (...)" jak to napisał King (pisane z pamięci, nie
psioczyć!) i takim właśnie popychadłem był Arnie Cunningham, który pewnego dnia dostrzega na podwórku "zasrańca" LeBaya samochód... dostrzega Christine. Później kilku osobom przyjdzie walczyć z Krystyną, a raczej z TYM czym jest ten wóz z piekła rodem.
O i tak mogę streścić fabułę z której chyba nic nie wynika, military krzyczy że opowiedziałem połowę historii i woła coś, to brzmi jak "Zakuta pało!". Biegnie z dzidą i już chce rzucać.
(Wypieram się tego z całą stanowczością. Aż taki delikatny nie jestem. -
m.) Nie no, chyba aż tak dużo nie powiedziałem... ale powiem jeszcze w trakcie recenzji :P
Jeśli chodzi o samą treść książki. Do połowy liczącej sobie 600 stron opowieści jesteśmy zmuszeni czytać
historię o przyjaźni, miłości... z cyklu prawdziwe historie... "Christine" rzec można. Później uchodzą te wątki nieco na bok i rozpoczyna się akcja właściwa. Rozpoczyna się tzw. zadawanie pytań... Choćby jedno dla przykładu: "Dlaczego licznik Krystyny kręci się do tyłu?". Ot to. King w trakcie swej powieście o samochodzie i jego właścicielu na tworzył tyle pytań że nie zdążył na nie wszystkie odpowiedzieć... a przynajmniej na nieznaczną mniejszość, a może po prostu sami powinniśmy sobie na nie udzielić odpowiedzi? Sam nie wiem. W każdym bądź razie pozostają pytania bez odpowiedzi.
Historia pewnej przyjaźni? Tak, Arnie jako popychadło nie ma zbyt wielu przyjaciół; nie ma w ogóle przyjaciół może poza tym jednym jedynym Dennisem Guilderem (też z pamięci) który od dawien dawna opiekował się ciapowatym Arniem. Ich przyjaźń stopniowo maleje gdy pojawia się - ONA - Christine. Przyjaźń tych dwóch chłopaków została nawet nieźle przedstawiona, rozmawiają o wszystkim, nawet o tym dlaczego Arniemu tak nadgarstek spuchł.
Historia pewnej miłości? A i owszem. Pojawia się - ONA - Leigh Cabot i pojawia się - ONA - Christine. Pojawiają się też - ONI - trupy. (co to ma być, wszyscy się pojawiają?). Podczas czytania uświadczymy wszystkiego co powinno pojawić (znów to słowo na "p") się w opowiastce o miłości z cyklu Harlekin. Zdrada, rywalizacja, wybór ostateczny. Jest wszystko. Dzięki temu książka przeznaczona jest
dla szerokiego grona odbiorców - począwszy od lubiących prawdziwe historie naszych matek (takie one prawdziwe jak ten mężczyzna stojący za mną z kijem od miotły nad mą głową... o nie to military!)
(ja, no wiesz, bo ja... tego... ja tu sprzątam tylko. -
m.) poprzez wstrętne erotyki dla niewyżytych nastolatków, kończąc na przerażającej historii dla ludzi o mocnych nerwach. Przeznaczona dla wszystkich którzy ukończyli osiemnaście lat (a śmiejcie się!).
"Christine" jest napisana bardzo ostrym/mocnym językiem; chodzi mi tu o przekleństwa
- cała opowieść naszprycowana jest takimi słowami jak, tu uwaga, "gówno" buuuu, lub "nasrał", yyyy i jeszcze paroma na "K", na "P" na "X" itp. Napisana jest językiem lekkim więc czyta się ją szybko i miło, poza tymi fragmentami typu "kocham cię Esmeraldo, wyjdź więc za mojego przyjaciela!". Ogólnie da się to przeczytać (w przeciwieństwie do opowiadań Poe'go :P).
Sporo jest też śmiechu, gdyż w tej książce King pochwalił się swym poczuciem humoru. Słodki Chlebek RULEZ!
Czasem tarzałem się po ziemi ze śmiechu. Ogólnie cała książka została napisana w formie wspomnień Dennisa Guildera który spisał to wszystko już po wydarzeniach z Krystyną, czyli mamy już jednego ocalałego z całej tej jatki.
Natomiast bardzo zawiodłem się na klimacie opowieści - no może pod sam koniec książki King stworzył coś ciekawego - ale wcześniej to była zwykła kolorowa historyjka o miłości jakich wiele. Gdy tylko pojawiała się Krystyna (mówię tu o drugiej połowie powieści, bo w pierwszej nie bałem się tak tego samochodu) aż wiało grozą, a jak znikała to takie przysłowiowe flaki z olejem się robiły. Zdecydowanie za dużo w książkach i filmach wątków o miłości, przecież wszyscy wiedzą że kobiety przynoszą pecha bohaterom, to się przewróci, to przyjdzie jak kazałeś jej czekać w samochodzie. Za mało jakiejś mrocznej otoczki tego wszystkiego. Niby poznajemy jakieś mroczne tajemnice rodziny LeBay'ów, ale nie czuje się tu jakiegoś dreszczu przerażenia.
Tak do połowy praktycznie nic się nie dzieje, natomiast później jest już znacznie lepiej. Każda kolejna strona zadziwia nas coraz bardziej (o jaki piękny ten papier), powoli zaczynamy dochodzić ponurej prawdy.
Bohaterowie są barwni i ciekawi, w szczególności Rudy Junkins (he he... ciekawe co się z nim później stało...) ta postać jakoś od razu mi się spodobała. Ten człowiek był najbliżej prawdy spośród wszystkich innych bohaterów powieści. Ale za bardzo bawił się w "niegrzecznego glinę" z Arniem i jego pięknym samochodem, kiepsko na tym skończył. Dennis Guilder, miły siedemnastolatek z perspektywami, barwna postać, chociaż raczej nie nadaje się na big bossa herosa. O reszcie nie chce mi się mówić bo wszyscy są ciekawi. Zwykli ludzie w niezwykłych zdarzeniach.
Zakończenie też mną jakoś nie wstrząsnęło. Praktycznie od połowy wiedziałem jak to się skończy. Wiedziałem kto zginie, a kto przeżyje. Może mam jakiś dar przewidywania przeszłości że tak wszystko wiedziałem? Ale chyba logiczne było gdzie, kiedy i jak to się skończy, tak więc wcale się nie zdziwiłem czytając końcówkę ostatniej części "Christine - piosenki o śmierci". Nie mogłem się domyślić natomiast odpowiedzi na parę pytań i do końca nie wiedziałem czym tak naprawdę jest Christine. Za to epilog był bardzo dobry i jak zwykle nie zakończył opowieści na kartach książki. King wprowadził też kilka ciekawych i innowacyjnych elementów do powieści, ale nie mam zamiaru ich wymieniać. Jak przeczytacie to będziecie wiedzieli.
Jakie uczucia wywołuje książka? Wszystkie, jakie tylko są możliwe: strach, wzruszenie, płacz (nie u mnie), odraza, wściekłość że już się skończyła... bo chociaż Christine wcale nie jest jakąś tam fenomenalną książką to po jej skończeniu żałujemy że to wszystko już minęło, że opowieść o samochodzie-zabójcy dobiegła końca. Jest to "tylko" i "aż" bardzo dobra książka. Osobiście polecam, ale nie zażartym fanom
horroru bo choć "Christine" potrafi wprowadzić w stan przerażenia to nie jest aż tak straszna jak choćby "Miasteczko Salem", do którego odwołuje się już po raz drugi.
Polecam wszystkim - i to jest największy minus książki.
OCENA: Książka z trochę niższej niż wyższa półka :)
PS. Idealna powieść dla przyszłych kierowców :)
PS2. Idealna powieść dla rodziców przyszłych kierowców którzy nie chcą by ich pociechy posiadały samochody :)
Winix < winix@wp.pl
>
www.am-gry.prv.pl
nr GG: 3191726