JACEK DUKAJ - "Czarne oceany"
Jacek Dukaj to autor znany i uznany, o czym chyba nie muszę nikogo przekonywać. Genialna "Katedra"*, oparta na jego opowiadaniu pod tym samym tytułem, została nominowana do Oscara, co tylko przysporzyło pisarzowi popularności. Ja zaś muszę z bólem przyznać, iż do niedawna polskiej fantastyki nie tykałem prawie wcale. Ot, trafiło się jakieś opowiadanko, tutaj "Wiedźmin", tutaj coś Zajdla, lecz nigdy nie poznałem prawdziwego kształtu polskiej literatury fantastycznej. I zaczynam coraz bardziej się przekonywać, że tkwiłem w niewybaczalnym błędzie.
"Czarne oceany" to książka dziwna, momentami ocierająca się o klimaty psychodeliczne. Podczas czytania miałem wrażenie, iż powieść została w drukarni brutalnie pozbawiona paru stron. Nieraz jakiś wątek się urywa, pozostaje niedopowiedzony, by dopiero dużo później można było sobie o nim przypomnieć (flashback - nie potrafię uniknąć skojarzeń z zażywaniem LSD, wybaczcie). Dukaj bez ustanku sypie udziwnionymi, lecz bardzo plastycznymi opisami, które nadają wszystkiemu "kwaskowego" (no dobra, dobra, już przestaję) posmaku. Dla miłośników pokręconych scenariuszy i sennej, gęstej atmosfery - jak ulał. Polecam szczególnie czytanie do poduszki, przy tylko jednym, punktowym źródle światła.
Streszczenie pokrótce akcji jest awykonalne, gdyż... nie ma jej tu. Sporządzenie tradycyjnego planu wydarzeń da Wam może pięć, sześć punktów, a "Czarne..." nie są wcale lekturą dla miłośników krótkich, lekkich czytadeł. Obiekt tejże recenzji nie posiada żadnego kośćca fabularnego, niczego, na czym treść kolejnych rozdziałów mogłaby się swobodnie opierać. Ot, mamy jako bohatera uczestnika programu rządowego, dowiadujemy się o kilku drobnych machlojkach, pod samiutki koniec natomiast autor zwyczajowo umieścił strzelaninę na ulicach zdewastowanego miasta.
To wszystko podano nam jednak ze wspaniałym, zawiesistym sosem, bez którego ocena powieści obniżyłaby się o jakieś trzy, cztery oczka. Niestety, niekiedy można w nim odnaleźć grudki, które uprzykrzają do reszty spokojne spożywanie potrawy. W pewnych miejscach widać, jak bardzo autor chce się popisać przed wszystkimi swoją elokwencją, przez co z wielu zdań wychodzi stek niezrozumiałych bzdur. Jeśli ktoś jest matematykiem lub fizykiem (najlepiej i to, i to) - książka stanie się dla niego intelektualnym rajem. W odwrotnym przypadku używane przez Dukaja zwroty mogą wywołać ból żołądka. Cóż, takie są czasem konsekwencje usilnych, sztucznych prób ubarwienia swojego języka (i wcale nie mam tutaj na myśli jedzenia Cheetosów, picia atramentu ani żucia tanich gum).
Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak polecić tę książkę. Jeżeli macie ochotę na trochę odmiennej, oryginalnej pisaniny - kupcie. Niemniej w moim przekonaniu "Czarne oceany" arcydziełem absolutnie nie są, więc nie miejcie później pretensji, że wprowadziłem Was w błąd. To by w zasadzie było na tyle.
FidoB
[ filko@poczta.onet.pl ]
* - okładkę do "Czarnych oceanów" zrobił właśnie Bagiński. A tak już zupełnie na marginesie - posiadam stareńkiego Gamblera z wczesnymi pracami Tomka. Przymierzam się, by opchnąć go na aukcji, pewnie całkiem niezłą sumkę dostanę... A wniosek z tego jeden - mimo wszystko warto zostawiać w domu stare czasopisma, bo za parę lat mogą okazać się skarbem.