Wstępniak .:. Demo-Testy .:. OR .:. Recenzje .:. Gadanie .:. Kąciki .:. TNT .:. Stuff .:. Listy .:. Redakcja

.::. Descent 2

uobooz

  Gdzieś w odległej przeszłości była sobie firma. Nazywano ją id Software. Panowie z owej firmy robili różne strzelanki z widokiem pierwszej osoby. Początki były trudne. Zarówno "Hovertank", jak i seria "Catacomb" niezbyt się podobały. Lecz oni się nie poddawali. Kolejną ich grą była "Wolfenstein 3D". Odniosła ona sukces. Inni, którzy utrzymanie gry w konwencji FPP uważali za kurę znoszącą złote jaja, mieli nadzieję, że im też się uda zawojować świat. Większość się pomyliła, jednak nielicznym udało się. Do nich należał Parallax Software. Dziecko, które spłodzili w 1994 roku, ochrzcili "Descent", a było ono bardzo nietypowe.

  "Descent" był pierwszą grą, w której grawitacja nie miała znaczenia. Gracz latał sobie po trójwymiarowych labiryntach statkiem kosmicznym, pruł do latających tu i ówdzie wrogów, zbierał karty, otwierał drzwi, na końcu każdego układu niszczył reaktor, co powodowało ogromną eksplozję i czym prędzej szukał wyjścia, aby tego, co zrobił nie przypłacił życiem. Po wielu różnych FPP-kach takich jak wcześniej wspomniane "Hovertank", "Catacomb", "Wolfenstein 3D" oraz "Doom", "Heretic" itd. gracze musieli przywyknąć do nowego sterowania. Początki w przypadku każdego z graczy były trudne albowiem strzałki w górę i w dół teraz nie służyły do chodzenia postacią, ale do skręcania statkiem. A i Z służyły do kontrolowania prędkości, a Q i W do obracania pojazdem. Jednak po pierwszej misji sterowanie już nie było tajemnicą. Dwa lata później ludzie z Parallaxu ukończyli prace nad częścią drugą, która także była całkiem, całkiem. Jeszcze kilka lat później została wydana część trzecia (ten trailer ze słowami "After years of waiting here is light at the end of the tunnel." chyba pozostanie mi w pamięci na zawsze). Ale ja nie o historii miałem opowiadać, ale o samej części drugiej.

  Gra zapewniła mi trochę rozrywki już podczas samej instalacji. Otóż typ instalacji o nazwie CRAZY miał bardzo klawy przypis mówiący o tym, że na to są potrzebne TONY wolnego miejsca. Kilka bajtów dalej było napisane, że te TONY to około 250 MB! Nie miałem pojęcia, że siedem lat temu ćwierć gigabajta to było AŻ TAK DUŻO. Ja oczywiście wybrałem właśnie ten typ instalacji.

  Po kilku chwilach mogłem już rozpocząć grę. Przywitał mnie ładny prerenderowany filmik, choć trochę nudny. Pogrzebałem w opcjach i na kilka godzin odłączyłem się od świata (wiem, jestem w błędzie, przecież MATRIX to system ;).

  Sprzęt, jaki kolekcjonujemy od początku gry, jest iście imponujący. Pierwszą bronią jest laser. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż można go polepszać zdobywając odpowiednie dodatki. Dzięki nim zmienia się nie tylko kolor nabojów, ale także ich skuteczność. Z czasem za jednym naciśnięciem spustu wydobywać się one będą z działek w ilości nie dwóch, lecz nawet czterech! Kolejną bronią jest szybkostrzelny Vulcan. Ot, taki futurystyczny minigun. Dalej zdobywamy Spread, działko plazmowe, Fusion Cannon, Gauss Cannon i kilka innych. Poza tym do naszej dyspozycji oddane jest kilka różnych rodzajów rakiet, o których już przynudzać nie będę. Do tego jeszcze mamy bomby, które możemy rozkładać, konwerter energii na moc tarcz naszego pojazdu, światła pomagające w orietacji w ciemności i afterburner - dopalacz, który co prawda szybko się kończy, ale też niewiele wolniej się regeneruje. Oczywiście nie mógłbym zapomnieć o Guide-bot. Jest on naszym przewodnikiem, można by nawet rzec - przyjacielem (możemy nawet nadać mu imię). Dzięki rozkazom, jakie mu wydajemy może odnaleźć każdą rzecz. Dzięki niemu nigdy nie będziemy zirytowani, bo nie wiemy, gdzie jest karta do drzwi lub one same. Zawsze wskazuje on nam miejsce, do którego powinniśmy się udać, w tym także reaktor i wyjście z danego etapu. On myśli za nas, nam zaś pozostaje delektowanie się dynamiczną akcją, której tu nie brakuje, nieomalże wypływa ona z monitora. I bardzo dobrze! Błąkanie się po krętych korytarzach całymi godzinami w poszukiwaniu drzwi lub karty powoduje w wielu grach chęć rozszarpania klawikorda lub przegryzienia jego kabla. W "Descent II" tak się na szczęście nie zdarza!

  Do dyspozycji mamy trzy różne rozdziałki: 320x240, 640x480 i 800x600. Dylemat to mogli mieć ludzie w roku 1996. Kompy nawet sprzed 5 lat powinny sobie z tymi wyższymi całkiem dobrze radzić. O ile w tej pierwszej rozdzielczości gra wygląda okropnie to już w drugiej jest całkiem dobrze. Przez pierwsze cztery levele gry miałem do czynienia z taką samą oprawą graficzną. Po przejściu czwartego wyświetlony został filmik. Mój statek leciał na inną planetę i wszystko stało się jasne. Oprawa zmieniła się na prawie kompletnie inną. Pojawiła się woda, trawa i było miło. Po przejściu kolejnych czterech znów odbyłem podróż na inną planetę i ta także miała swój niepowtarzalny klimat. Przed każdym levelem następują po sobie prezentacje nowych przeciwników, jakich będziemy spotykali, dzięki czemu można dowiedzieć się kilku informacji. W tle przygrywają różne dynamiczne, a zarazem miłe dla ucha utwory. Słychać wybuchy, strzały, uderzenia. Niestety, po kilku ukończonych układach gra zaczyna niezwykle nudzić i to jest jej jedyny, lecz ogromny minus. Zwiedzanie kanciastych korytarzy pomimo ich zmieniających się tekstur zaczyna odpychać od monitora. Wtedy najlepiej rzucić to wszystko w cholerę i spokojnie powrócić do gry następnego dnia. Niestety, taka metoda się nie sprawdza i najlepiej te 250 MB zwolnić. Co z tego, że przed każdą nową planetą i na zakończenie każdego levelu puszczany jest filmik, skoro są one do siebie wypierdziście podobne? Co z tego, że pojawiają się nowi przeciwnicy? Co z tego, że do dyspozycji mamy dziewięć broni i kupę innych fajerwerków? Wszystko traci sens. Ja po kilku levelach byłem nasycony tą grą, a nawet przejedzony i zbierało mnie na cyber-mdłości. Siedem lat temu może bym wystawił dziewiątkę, ale teraz ta gra jest niczym przeleżane w szkolnym plecaku kanapki. Śmierdzi zgnilizną i nawet pojawiły się robale. Przez te siedem lat grywalność wywiało gdzieś hen! daleko. Nie warto tracić na tę grę czasu, pomimo tego, że kiedyś był to tytuł z jajami. Teraz te jaja śmierdzą ohydnie (od zgnilizny). Zamiast tracić na to czas, lepiej pójść na spacer albo cuś.

3/10
:: PLUSY:
+ Muzyka
+ Arsenał

:: MINUSY:
- Po tych siedmiu latach grywalność przeminęła z wiatrem
:: INFO O GRZE:
Autor nie podał.
.:. Wyjście do AM .:.