Wstępniak .:. Demo-Testy .:. OR .:. Recenzje .:. Gadanie .:. Kąciki .:. TNT .:. Stuff .:. Listy .:. Redakcja

.::. BROKEN SWORD 2: The Smoking Mirror

military

  Na peceta mało jest gier, które nie wymagałyby szybkiego refleksu, małpich paluszków i stalowych nerwów (przynajmniej dziś, kiedy słyszy się o produkcjach typu "Doom 3" lub "Devastation", a ambitne - przynajmniej w założeniach - projekty jak "Platoon" okazują się niewypałem...). Zapewne, dlatego gracze to osoby znerwicowane, roztrzęsione, na dźwięk kroków za sobą reagujące odruchowym wciskaniem "strafe" i LPM na wyimaginowanej klawiaturze. Jednak i tacy rzeźnicy muszą czasem odkurzyć szare komórki i pogimnastykować fałdy na mózgu. W tym celu przygotowano grę "Broken Sword 2", o której szerzej już za chwilkę...
  Najpierw wyjaśnię jednak genezę tajemniczego, bądź co bądź, tytułu. Nie każdy może to wiedzieć, ale "dymiące lustro" nie jest żadną prestidigitatorską sztuczką, lecz drugim (zastępczym) imieniem azteckiego boga Tezcatlipoca. Zwano go tak ze względu na zakopcone rekwizyty uwieszone na skroni oraz w miejscu nogi (odgryzionej przez potwora ziemi). Bóstwo było stwórcą, patronem magii, czarowników, wojowników, zimna i lodu. Wynalazło ogień i grzech; symbolizowało zmaganie sił przyrody. Święto Tezcatlipoci przypadało na ósmy dzień sierpnia (według naszego kalendarza, a u Azteków bywało różnie, gdyż używali dwóch sposobów liczenia dni). Mała ciekawostka - właśnie tego dnia, w roku 1519, Cortez przybył do Tenochtitlan, gdzie Montezuma II przywitał go z honorami należnymi wcieleniu Quetzalcoatla, pana wiatru i urodzaju (faktycznie, mógł go za boga uznać, gdyż Quetzalcoatl tym się w panteonie wyróżniał, że jako jedyne z bóstw był biały - a krwiożerczy Hiszpan w sumie też... chociaż panowie Banderas i Lepper zdają się przeczyć tej teorii). Nagrodą była rzeź Azteków, pojmanie ich króla przez Europejczyków i późniejsze ukamienowanie go przez poddanych. W ten sposób najciekawsza cywilizacja w całych dziejach historii legła w gruzach i nigdy już się nie pozbierała.
  Można się, więc domyślić, iż w BK2 zetkniemy się z Aztekami. Owszem, wcielając się w George'a Stobbarta będzie okazja do przemierzenia paru świątyń, ale również i mniej egzotycznych miejsc - paryskich przedmieści, metra, galerii sztuki, egzotycznej wyspy, planu filmowego, zaplutego portu i kilku innych - zarówno niemiłych, jak i bardzo niemiłych ze względu na problemy ciągnące się za naszą skromną osobą dosłownie wszędzie. Nazbieramy podczas wędrówki masę rekwizytów, zawsze mieszczących się w, najwyraźniej bezdennych, kieszeniach Stobbarta (chociaż te wysiadają przy kontakcie ze spodniami Teenagenta). Wędrówkę uprzyjemni muzyka, która w niektórych momentach albo się wyłącza, albo też znakomicie wtapia w tło. Doprawdy, szkoda, że nie nagrano czegoś z większą pompą, dynamicznego - przydałoby się zwłaszcza w momentach "zakleszczenia się" w jednej lokacji (oj, wiele razy biłem głową w mur pytając Stwórcę "I co dalej?", a w odpowiedzi słysząc warkot wiatraczka). Gra jest, bowiem trudna, a na niektóre rozwiązania można wpaść jeno przypadkiem - mimo ich (pozornej) żelaznej logiki. Zastojów nie uprzyjemniają również istotne przedmioty, bez zebrania, których nie pchniemy fabuły, a mające wielkość kilku pikseli. Niestety - nie obejdzie się bez przeczesywania ekranu kursorem myszki, co uważam za spory grzech gier przygodowych.
  Grafikę stworzyło kilku(nastu?) rysowników, posługując się metodą najbardziej tradycyjną - czyli ołówkiem i kawałkiem papieru. Efekt ich pracy przypomina kreskówki z lat osiemdziesiątych - mało szczegółowe postaci, takież tła oraz przyzwoita animacja. Nie ma nawet porównania z dziełami studia Disney'a, choć z siódmym "Larrym" Złamany Miecz mógłby stanąć w szranki. Na pewno ma ładniejsze, lepiej animowane filmiki, do których głos podkładali całkiem - moim skromnym zdaniem - utalentowani aktorzy. Stobbart jest przekonywującą postacią, jak też jego towarzyszka Nicole, a i złe typki mają odpowiednio łotrowską barwę głosu. Słowem - kawał dobrej roboty; czasami ma się wrażenie oglądania filmu.
  Do grywalności mam jednak więcej uwag. Czasem, utknąwszy gdzieś paskudnie, spędzamy godziny na próbach łączenia wszystkiego ze wszystkim. Jest to o tyle denerwujące, że znika gdzieś sens kombinowania i - ogólnie - myślenia, które to czynności przecież stanowią istotę przygodówek. Jest tym gorzej, że fabuła jest liniowa i nie można zostawić sobie kłopotliwej zagadki na później. Jednakowoż świadomość, że po pchnięciu akcji zostajemy uraczeni satysfakcjonującym filmikiem, powoduje chęć uporania się z problemem. Tak - gra wciąga, nie pozwala się oderwać nawet po godzinie spędzonej w jednej lokacji, zmarnowanej na używanie "dobrodziejstw inwentarza" na każdym skrawku ekranu. A po ukończeniu "Broken Sworda" czuje się niedosyt...      Chciałoby się więcej, zapominając o niedawnej frustracji i łzawiących, przekrwionych oczach. Słowem - "The Smoking Mirror" jest godne polecenia.


8/10
:: PLUSY:
+ Ładna grafika i animacja
+ Interesująca fabuła
:: MINUSY:
- Dość krótka
- Konieczność mozolnego przeszukiwania ekranu piksel po pikselu
- Wysoki poziom trudności
:: INFO O GRZE:
Gatunek: Przygodówka
Wymagania: Śmiesznie niskie
.:. Wyjście do AM .:.