|
|TERMINATOR 3 - BUNT MASZYN|
Stary drań wrócił! Jak obiecał niemal dwadzieścia lat wcześniej.
Dobrze go znowu zobaczyć. Ta sama twarz, ta sama potężna sylwetka, taka
sama skórzana kurtka. Tylko pod spodem już trzeci egzoszkielet. Ale
nie widać tego na pierwszy rzut oka, więc pomińmy to. Dwadzieścia lat
temu program Skynet, sterujący maszynami, które przejęły władzę nad
światem, wysłał go w przeszłość, aby zabił matkę przywódcy ludzkości.
Nie udało mu się. Siedem lat później wrócił, będąc już po naszej
stronie. Bronił samego Johna Connora, rzeczonego przywódcę. W tym roku
pojawił się po raz trzeci. Znów jest z nami, i dosłownie i w przenośni.
T-800, mimo że już mocno przestarzały (gdybym był złośliwy, to samo
powiedziałbym o odtwarzającym jego rolę Arnoldzie Schawrzeneggerze),
zna się na swojej robocie znakomicie. Ma misję, którą musi wykonać.
Już na początku lat dziewięćdziesiątych niedomagał. T-1000 był od niego
dużo lepszy, ale nasz cyborg jakby nie zdawał sobie z tego sprawy i
wysłał go do płynnej stali. Teraz przyszło mu się zmierzyć z panią TX,
przy której jego dawniejszy przeciwnik to grzeczny chłopczyk ze
szkółki niedzielnej. Szykowna Terminatrix z niezrównanym wdziękiem
zamienia swoje górne kończyny w różne rodzaje pukawek, stylowo wykańcza
kolejne cele i, gdy trzeba, z kocią zwinnością unika ciosów naszego
kochanego przyciężkiego brutala. Pazurki też potrafi pokazać. Na tyle
ostre że zdolne niemal oderwać głowę jej starszemu kuzynowi. Jak każda
kobieta, bywa czasem tajemnicza, potrafi zmienić się nie do poznania,
na przykład przeobrażając się w faceta. Miło popatrzeć zarówno na jej
zewnętrzną powłokę jak i na te wszystkie niestworzone rzeczy które
wyprawia. Razić może jedynie fakt, że jest wyjątkowo zimna. Co jak co,
ale terminator to typowo męski zawód i kobieta po prostu się doń nie
nadaje. Jednakże silne pole magnetyczne potrafi sprawić, że nawet tak
niedostępna femme fatale błyskawicznie się rozkleja.
Stary dobry T-800 jest jednak dużo fajniejszy. Jeżeli dziwi cię
Czytelniku, dlaczego z takim ciepłem wyrażam się o - pardon - maszynie,
spieszę z wyjaśnieniem. Już w drugiej części terminator miał wyraźne
ludzkie cechy. Potrafił się uśmiechać, na swój roboci sposób
zaprzyjaźnił się z jedenastoletnim wtedy Johnem, dla jego matki wydał
się najlepszym ze wszystkich "niedoszłych ojców" syna. A przecież nie
musiał. Mógł być oschły i z zimną konsekwencją realizować misję.
Z początku filmu wydawało mi się że tym razem jest bardziej oschły i
bezwzględny, ale z czasem się wyluzował i pozwolił sobie na - cyniczne
ale jednak - żarty. A gdy Terminatrix namieszała mu w programie każąc
zabić Johna, wolał się wyłączyć niż to zrobić. Pewnie pocziwy T-800
zapytany czy potrafi czasem czuć jak człowiek, powiedziałby: "Podstawy
psychologii są częścią mojego programu". Ale zarówno scenarzyści jak
i my, wiedzą swoje - potrafi zrozumieć ludzkie uczucia i basta! Może
tylko w formie szczątkowej, ale zawsze. Cyborg stojący po stronie ludzi
byłby po prostu niewiarygodny, gdyby nie grała w nim nutka
człowieczeństwa.
Jak na maszyny do niszczenia przystało, para przybyszów z przyszłości
sporo bałagani. W czasie pościgu demolują pół miasta, zmieniając przy
okazji pojazdy. Dźwig, wóz strażacki, truck, motor - to bez różnicy.
Tak samo fajnie wygląda rozpędzone, dziurawione kulami czy rozwalające
mury. Scena ta potwierdza starą prawdę - kobieta zawsze znajdzie
jakiegoś haka na faceta. Nawet jeśli oboje są cyborgami. Terminatrix
znalazła naprawdę ciężkiego. Przechodzony T-800 potrafi się odwdzięczyć
w równie wyrafinowany sposób - rozwalając panience pisuar na głowie
albo wkładając ową głowę do klozetu. Z innych ciekawszych widoków -
możemy przekonać się, jak wyglądały pierwsze maszyny, zaraz na początku
wojny. A wyglądały pokracznie. Cyborg - grabarz z trumną na ramieniu -
znakomity. Wybuch małej bomby wodorowej na pustyni, wywołany jakby od
niechcenia - też piękny.
Wróćmy jeszcze na chwilę do T-800, którego nie ukrywam, uwielbiam od
dwunastu lat. Ani chybi oglądał kilka ziemskich filmów, na ten przykład
Commando. Powie że nie oglądał? Skłamie. Przygody swojego krewniaka
sprzed dwudziestu lat też pewnie pałętają mu się pod metalową czaszką.
Daje to poznać, gdy z typową zimną flegmą komentuje zachowanie
przeciwniczki. Wie, że jak uparta kobieta się do czegoś przyczepi, to
na pewno wróci. Walka pana T-800 z panią TX, w końcówce której ten
pierwszy niemalże traci głowę, także przypomina mi drugą część
Terminatora i zadymę w centrum handlowym. Niemal takie same serdeczne
stalowe uściski i wzajemne wrzucanie się w ściany. Tym, którzy widzieli
wcześniejsze części, od razu przypomni się psychiatra, który niegdyś
leczył matkę Johna. Ten facet wydawał mi się kopnięty odkąd go
zobaczyłem. Teraz jestem już pewien że ma nierówno pod sufitem.
Zachęcam, abyście oglądając tę scenę, zwrócili uwagę na to co mówi.
A już następne kilka sekund z jego udziałem jest moim zdaniem
najlepszym smaczkiem w filmie i pewnym rodzajem zadośćuczynienia za to,
że musieliśmy znosić upierdliwego doktorka we wszysckich częściach.
Zaraz, ale co oni robią tu na ziemi? Przecież już chwię temu młody
John z matką wysadzili w powietrze budynek, w którym pracował gość
rzekomo odpowiedzialny za Skynet! Prawda to, wysadzili, ale Dzień
Sądu Ostatecznego tylko odwlókł się w czasie. 22-letni dziś Connor
i jego dawna koleżanka z ogólniaka, Kate Brewster, która, jak się
okazało, będzie pełnić ważną rolę w przyszłości, ponownie podejmują
próbę zażegnania grożącego całej ludzkości niebezpieczeństwa. Stary
T-800 nie jest w tym temacie szczególnie rozmowny. Czyżby coś wiedział
i próbował im powiedzieć? O tym jednak zmilczę. Obejrzyjcie film. Dla
obsady, efektów i smaczków. I jeszcze jednej rzeczy. Tej, o której nie
wiedzą ludzie, a jaką "uzmysławia" sobie rzecz, maszyna. A on wie
jeszcze więcej. Dużo więcej. W tym szalonym świecie jest filozofem, ma
bardziej zdrowe podejście do sprawy niż John i Cate, niż wszyscy ludzie
których spotyka. Już w drugiej części taki był. Ale cóż, on jest
cyborgiem, on nie pyta. My, ludzie - owszem...
Końcówka jest brutalna i tragiczna. W słowach samozwańczego przywódcy
ludzkości, kończących film, trudno dopatrzeć się nawet tej, co umiera
ostatnia, czyli nadziei. Wyziera z nich tylko gorzka, pełna rezygnacji
zgoda na własny los. Nie zyczyłbym sobie, abyśmy wszyscy tak skończyli
któregoś dnia. Ale jeśli już - to zachowajmy się tak jak John Connor.
Jak dla mnie, fana serii - świetny obraz, który stanowi rozwinięcie
i wytłumaczenie dla całego cyklu. Nic na siłę, bez przeładowania
efektami i sztucznego dosztukowania fabuły. Zasłużone 9 na 10.
Donald
26-08-2003
|