.................|B i u l e t y n|........
..........................|F i l m o w y|.


spis treści | poprzednia strona | następna strona


|BRUCE WSZECHMOGĄCY|

Życie ma to do siebie, że często nie układa się po naszej myśli. Nie zawsze mamy szczęście, farta czy jakby tam inaczej określić korzystny zbieg okoliczności. Czasami jest wręcz odwrotnie. Dzień wali Ci się na głowę, Drogi Czytelniku, a Ty nie dajesz już rady. Masz wrażenie, że sam Bóg zabawia się Twym kosztem. A gdy Twój pech drwi z Ciebie, osiągając wespół z przewrotnym losem swe niebotyczne i nieprzekraczalne apogeum - bluźnisz. Na siebie, znajomych, katorgę zwaną życiem... Na Boga także. Ale uważaj! Bo kiedyś przekroczysz granicę...

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o powstającym wówczas filmie pod tytułem "Bruce Almigty" wzruszyłem jedynie ramionami. Bo cóż może zaoferować aktor, którego sztandarowymi filmami jest Ace Ventura w dwóch odsłonach? Ot, kolejny film z Jimem Carrey'em, kolejna taka niemrawa błazenada - w sumie nic ciekawego. Nadszedł jednak moment, gdy przyszło mi zweryfikować poglądy. Przyznam się, że mimo wszystko byłem jednak ciekawy, co też odtwórca tytułowej roli w filmie "Maska" wymyśli.

Bruce Wszechmogący Historia w sumie nie jest zbyt oryginalna. Mamy zatem dziennikarza, trzeba dodać niezbyt szczęśliwego. Cóż, powodów tego stanu rzeczy jest kilka. A to w pracy mu się nie wiedzie, a to niezbyt sprzyjające wypadki wyprowadzają z równowagi. Gdyby przyszło mi zamknąć ową postać w jakiś szablon, czy też raczej porównać, to lekko zahaczyłbym o głównego bohatera świetnej komedii pt. "Dzień Świstaka". Innymi słowy, Bruce Nolan to typ, jakiego możemy spotkać na ulicy. Nie wiedzie mu się zbytnio, lubi ponarzekać, ale jakoś ciągnie. Do czasu, wszystko do czasu. Pewnego pięknego dnia dowiaduje się, że jego "kolega po zawodzie" dostał awans a on sam utwił na dobre w kretyńskich reportażach. Cc jak co, ale tego już za wiele. Poziom frustracji i niezadowolenia osiąga szczyt, Bruce urządza show na antenie stacji po czym z hukiem wylatuje z roboty. Bywa. I jak to w takich wypadkach zazwyczaj się dzieje, pod adresem Boga leci kilka co bardziej soczystych zwrotów. Niby nic w tym dziwnego, ale tym razem Bóg wziął sobie te słowa na serio...

Tyle tytułem wprowadzenia w zawiłości fabuły. Jak już zapewne zdążyliście się domyślić, Bóg obdarza głównego bohatera swą mocą i każe robić co mu się podoba. Ot, szczegół. Zgadnijcie od czego zaczyna się porządkowanie świata by Jim Carrey? M.in. od powiększenia biustu i nauczenia psa korzystania z toalety. Tego typu gagów jest w filmie więcej. Nie ma co ukrywać - Carrey zbynio nie starał się wyjść poza swą ramkę. Wykorzystuje swą gumową twarz jak tylko potrafi. A niekiedy, szczerze mówiąc, jest na co popatrzeć. Częściowo są to znane i ograne numery, znane choćby z wyżej wymienionych produkcji, jednak niektóre sytuacje są dość ciekawe, co przekłada się na radosny rechot po drugiej stronie ekranu. Co prawda, niektóre zagrywki są trochę denerwujące, jednak nie ma się tu prawie w ogóle do czynienia z wymuszoną i sztuczną, niemal plastikową konwencją, znaną choćby z "Ace'ów" czy "Kłamcy, kłamcy".

Jeżeli chodzi o aktorstwo Carrey'a to zbytnio nie ma o czym mówić. Wiadomo w jakich filmach grał, wiadomo również, że jest typowym hollywoodzkim komikiem. Dodając dwa do dwóch można spokojnie wywnioskować, jak wygląda w nowym wcieleniu. Braki aktorskie (które w kilku scenach widać niestety) nadrabia miną i robieniem właściwego sobie zamieszania. Na ogół takie zachowanie wydaje się denerwujące, jednak w tym wypadku nie przeszkadza tak bardzo. Co więcej, miejscami, a już szczególnie na początku, możemy zobaczyć Jima znanego z "The Truman Show", co niewątpliwie jest plusem.
Rola dziewczyny Bruce'a przypadła znanej przede wszystkim z serialu "Przyjaciele" Jennifer Aniston. Początkowo nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ciągle jakąś częścią tkwi ona na planie tegoż serialu, jednakże było to moje subiektywne odczucie i summa summarum prezentowała się dość dobrze. Jeśli można rzec o tej roli coś złego, to chyba tylko tyle, iż szkoda, że nie nie wyszło lepiej. Ale z drugiej strony, nie ma co się spodziewać uniesień godnych Oscara po tego typu filmie.
Kolejnym z wielkich, a być może największym, filmu jest Morgan Freeman. Jemu przypadła rola... samego Boga :). Nie powiem - ciekawie się prezentuje w białym garniturze. Pod względem warsztatu aktorskiego nie sposób mu zarzucić cokolwiek. Już na pierwszy rzut oka widać, że aktor ten potrafi zapracować na swą gażę w sposób co najmniej dobry. Owszem, miał kilka wpadek (nieszczęsna "Piekielna Głębia", o ile mnie pamięć nie myli...), jednakże rola w tym filmie z pewnością nie będzie się do nich zaliczać. Zresztą, niech o jego roli świadczy to, że uważam, iż Morgan Freeman lepiej nadawałby się do roli Architekta Matrixa, niż obecny aktor - ale to tak nawiasem mówiąc.
Z ról drugoplanowych wyróżnienie należy się aktorowi grającemu gdzieś wyżej wymienionego kolegę po fachu. Szczególnie jedna scena udowadnia, że facet potrafi się znaleźć w niezwykłych rolach. Uwagę widza (szczególnie płci męskiej) wzbudza Catherine Bell, grająca rolę reporterki, a zarazem uwodzicielki głównego bohatera. Co prawda, jej rola była "bardzo" drugoplanowa, jednakże nie można obok niej przejść obojętnie - warto zobaczyć. A jeżeli nie wiecie o kogo chodzi, to obejrzyjcie serial JAG: Wojskowe Biuro Śledcze. C. Bell wciela się tam w jedną z głównych ról (to ta ładna pani adwokat - brunetka :)).

Przydałoby się jakoś podsumować to co do tej pory napisałem. Bruce Wszechmogący może się wydawać kolejną durną komedią z Carreyem. Poniekąd jest to usprawiedliwione. Jednakże od tego typu produkcji odróżnia go zakończenie - jakże inne od choćby któregokolwiek Ace'a. Co prawda, film zamyka się w ramie tradycyjnego happy-endu z buziakami, co nie jest zbyt odkrywcze, ale coż, taki los komedii podlejszej klasy. Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że mimo wszystko obraz Toma Shadyaca w sumie przypadł mi do gustu. Taka sobie lekka komedia, z morałem na dodatek - a przy tym jeden z lepszych filmów z udziałem Jima Carrey'a. Można się nawet uśmiać, ale pod koniec trzeba także się zastanowić troszeczkę nad własnym życiem. I trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: czy to rzeczywiście Bóg sprawia, że moje życie wygląda, jak wygląda? Odpowiedź sama ciśnie się na usta: tak, ale pod jednym warunkiem. Ten bóg musi się nazywać, Drogi Czytelniku, Twoim imieniem.


+6/10

Gregorius



PS. Gdy ktoś za Jimem nie przepada może ciut po ocenie polecieć. Film oglądałem z kumplami i byłem w dość dobrym humorze, więc bierzcie poprawkę. Ale mimo to w swej klasie "Bruce Wszechmogący" jest... boski ;).


|strona 5|