|
|BELPHEGOR|
Nie wiem, czy nie wspominałem o tym przy okazji innego filmu, ale w sumie nie szkodzi. Lubię francuskie filmy. Ot, tak zwyczajnie. Mają jakiś taki nieokreślony klimacik. Coś nieuchwytneo, co sprawia, że mawet, gdy obraz nie wzosi się nad poziom przeciętnego polskiego krawężnika, można go śmiało oglądać. Nie wiem, w czym tkwi przyczyna. Być może w "delikatnym" języku, albo we fracuskich aktorkach? Wydaje mi się jednak, że wszystkie te elementy składają się na siebie, tworząc coś, co aż bije własnym klimatem - dzieło podszyte francuskim, wystawnym a zarazem lekkim ściegiem. Wsytarczy choćby wspomnieć części "Taxi" - co tu dużo ukrywać, seria w sumie niespecjalna, ale jakoś znalazła swe miejce w kinach (szczególnie pierwsza, najlepsza część). Podobnie sprawa się ma z filmami kostiumowymi, tudzież bardziej odległymi czasowo. Przeciętny obraz "Braterstwo Wilków" nie zawojowałby rynku, w mojej opinii ze względu na fabułę, szczególnie pod koniec, pozostawiającą wiele do życzenia. A jednak sprzedał się, i to nawet dość dobrze. Po prostu, możliwe jest, że w czasach, gdy olbrzymi procent nowych produkcji przypada na USA, miło jest obejrzeć dzieci innego przemysłu kinematograficznego.
"Belphegor - upiór Luwru" jest właśnie taką pozycją. Gatunkowo stoi gdzieś przed amerykańskimi kiczowatymi Mumiami, aczkowiek espólną z nimi ma tylko ogólną tematykę. Rys fabuły przedstawia się następująco: znany egiptolog na początku XX wieku odkrywa zabezpieczony sarkofag. W trakcie podróży morskiej, na statku dzieją się dość dziwne rzeczy, jeśli nazwać tak można masowe samobójstwa załogi. Ostatecznie sarkofag ląduje w paryskim muzeum i... zostaje zapomniany. Na jakiś czas oczywiście. Główną bohaterką jest tu pewna młoda kobeta, która, wraz z dopiero co poznanym elektrykiem zakrada się do Luvru w czasie prac remontowych.
Wiem, że brzmi to co najmniej nieestetycznie, ale na taśmie filmowej zawiązanie akcji wygląda trochę lepiej. Poza tym, historia nabiera tempa, pojawiają się inne osoby, a upiór zbiera krwawe żniwo.
A skoro już jesteśmy przy historii... Ta nie przedstawia się zbyt oryginalnie, ale nie błaga o litośćiwe dobicie, jak to było w przypadku amerykańskiej Mumii. Miejscem akcji i klimatycznym tłem dla fabuły w dużej części jest najsłynniejsze paryskie muzeum - Luwr. Niewątpliwie, gmach dodaje filmowi uroku, szczególnie, że możemy podziwiać jego hale także po zmroku, w ciemnościach, przerywanych jedynie nerwowymi błyskami latarek. Całość jednak nie przedstawia się dość sugestywnie, co niestety jest największą bolączką filmu. Szczerze mówiąc, nie wiadomo, jak go potraktować - z jednej strony omawiany obraz stara się doścignąć jakieś bardziej klimatyczne pozycje, budować nastrój zagrożenia i roztaczać aurę tajemniczości, zaś z drugiej, poboczne wątki i sam sposób przedstawienia historii, sprawiają, że trudno dostrzec w "Belphregorze" horror sensu stricte. Jest to po prostu opowieść mająca w sobie elementy horroru, zaliczana jednak mimo wszystko do historii typu "samotna para przeciw złym". Innymi słowy - typowe kino francuskie, gdzie strach, mający uderzyć widza z ekranu, postawiony jest za innymi elementami, częściowo zastąpiony czym innym.
Czym jednak w przypadku "Belphegora"? Najprawdopodobniej kreacją postaci. Obsada przedstawianego przeze mnie filmu jest dość ciekawa - szczególnie w jedym punkcie. Główną rolę bowiem gra nie kto inny, a Sophie Marceau. Obok niej stoją m.in. Michael Serrault oraz Frederic Diefenthal. I muszę przyznać, że z zadania wywiązują się bardzo dobrze. Jak na mój gust, nie mam nic do zarzucenia aktorom, a już szczególnie Sophie Marceau. Rolę swą odgrywa bardzo sugestywnie. Widać doskonale różnice pomiędzy poszczególnymi stanami nerwoymi. Równie doskonale uwydatnia wszelkie przeskoki emocjonalne, co naprawdę dobrze wpływa na ogólną ocenę filmu. Pozostali aktorzy także spisują sie dość dobrze, a w każdym bądź razie profesjonajnie wypełniają miejsce przewidziane przez scenariusz. To dzięki nim historia miejscami nabiera cikawych rumieńców.
Pora przejść do efektów. "Belphegor", o ile dobrze pamiętam, powstał jako odpowiedź na amerykańską tendencję do robienia produkcji w klimatach egipskich. Niech za przykład służą choćby pierwsza i druga część "Mumii", czy równie słaby, co poprzednie, "Król Skorpion". Widać fracuzcy filmowcy mieli ambicję zrobić coś lepszego, niż ich koledzy zza Wielkiej Wody. Cóż, częściowo się udało. Jeśli zaś chodzi o efekty - na pewno. Przytoczone produkcje były nimi wręcz naszpikowane, a jak wiadomo, poza nielicznymi wyjątkami, taki przesyt nie wychodzi na dobre. A poza tym - zwyczajnie mi się nie podobały. "Belphegor" nie szasta efektami - jest ich tyle, ile być powinno. A jest stosunkowo mało. Ale mimo wszystko mam zastrzeżenia. Komputerowa animacja upiora przywodzi mi na myśl złego kuzyna poczciwego Kacperka. Czy aż tak trudno wyjść poza stereotyp złego ducha? Tutaj jest on przedstawiony jako eteryczny szkielet ze standardowym ogonkiem, jaki znamy z kreskówek. Pomysł niestety chybiony, a zjawa jest co najwyżej śmieszna, nie straszna. Niestety.
"Belphegor" to pozycja dość przeciętna, aczkolwiek dla kogoś, kto lubuje się w kinie francuskim - obowiązkowa. Wszak niewiele jest tego typu produkcji, choćby i europejskich. Jako horror, czy też dreszczowiec nie spisuje się prawie zupełnie. Ale jako w miarę lekka i przyjemna historia o walce, czy też, jak się potem okazuje, pomocy postaci oddalonej od współczesności o 3500 lat, jest do strawienia. Wyraźnie wyczuwalny jest klimat typowych produkcji francuskich. Aktorzy mówią śpiewnym, melodyjnym językiem, a i spojrzenie na akcję jest nieco inne od tego, jakim nas raczą reżyserzy amerykańscy w tego typu produkcjach. Atutem filmu jest bez wątpienia także strona aktorska. Jeśli zaś nie przekonuje Was świetna rola Sophie Marceau, to może do obejrzenia filmu przekona Was scena, w której możemy podziwiać jej nienaganną figurę i równie piękne pośladki? :)
5\10
Gregorius
|