"Ale to już było" czyli powrót legendy
W któryś z kolejnych identycznych wakakacyjnych wieczorków zasiadłem przed magiczną czarną skrzynką, by obejrzeć coś, na co od dawna miałem wielką chętkę. Nie mam tu na myśli kolejnej wakacyjnej powtórki "07 zgłoś się" ani jeszcze popularniejszych w okresie letnio-wakacyjnym "Alternatyw 4" (filmy Barei uwielbiam, ale bez przesady, co za dużo to nie zdrowo).
Dzisiaj zasiadłem tam dla Skawińskiego i spółki. Wspominałem już o tym panu przy okazji tekstu o Natashy St.Pier. Mam tu na myśli lidera kultowego zespołu Kombi. Wprawdzie w swej karierze współpracował On z kilkoma innymi sławnymi postaciami, weźmy pod uwagę choćby Agnieszkę "Fakaczkę" Chylińską (która drze się do mikrofonu i nazywa to "ostrą muzyką", a na koncercie z okazji sylwestra kilka lat temu w Poznaniu krzyczała do zgromadzonej widowni, wśród której było pełno dzieci, jaka to jest "najebana", a jak komuś się to nie podoba, to ma "spie....ać"). Z całej Chylińskiej najbardziej lubię jej tatuaże. To chyba wystarczy. Ale bohaterem dnia nie jest przecież Agniecha, tylko mój imiennik - Grzesio Skawiński. Trza facetowi przyznać, na karczychu bije mu pewnie już z 50, a na scenie szaleje jak junior. Tego, co wyrabia ze swą gitarką, do dzisiaj mogą zazdrościć mu młodzi adepci sztuki muzycznej. Plotka głosi, że naszym gitar-menem interesował się kiedyś sam Ozzy Osbourne, gdy zginął Randy, a nie znaleziono jeszcze Zakka. (I żeby Tawi i inni czytelnicy nie pisali "do diabła a któż to ten OZZY" - chodzi mi o wokalistę Black Sabbath i hity takie jak "Paranoid", "Iron Man", "War Pigs, "Mr.Crowley" i cały gros innych mniej lub bardziej znanych). {Spokojnie, spokojnie, od kiedy MTV emituje reality show z Ozzym w roli głównej, każdy telemaniak już wie, kim jest Osbourne :).}
Koncert Kombi był powrotem na scenę po przerwie trwającej kilkanaście lat. Wodzirejem był świetnie spisujący się w tej roli Maciej Miecznikowski - wokalista i lider zespołu "Leszcze". Zespół zagrał w składzie lekko tylko zmienionym - wymieniono chyba klawiszowca, ale wyszło to na dobre, bo stare hity w lekko stuningowanych aranżacjach brzmiały kapitalnie. Wszystko cacy, prowadzący super, koncert czadowy, ale jak zwykle musiała nawalić nasza kochana telewizja. Czemu nie pociągneli relacji do naturalnego końca, zamiast zakańczać transmisję po regulaminowych "45 minutach"? Przyzwyczajenia z meczów podpowiadały mi, że zaraz będzie druga połowa. Niestety nic takiego nie nastąpiło. Szkoda, że nie dane nam było usłyszeć kolejnych bisów, bo jestem pewien, że takowe nastąpiły.
Przypomniałem sobie po raz kolejny hity takie jak "Królowie życia", "Nasze Rendez Vous" i emitowane od kilku dni bez przerwy "Black & White". Miło było zobaczyć, jak na koncercie bawią się wyśmienicie dwa pokolenia. Wystarczyło kilka akordów i Grzesiu kierował mikrofon w stronę publiki, a ta śpiewała dobrze znane piosenki tak, że ciary szły po plecach.
Mniejsza o powody, czy zespół powrócił dla kasy. Sami artyści odcinają się od tej idei, tytułując się teraz Kombi II. Mniejsza z tym, nawet jeśli wrócili, żeby zebrać tych parę groszaków, ja i tak za te hity będę ich uwielbiał. Ozzy i Black Sabbath powrócili po latach w glorii chwały, by wydać "Reunion" i zagrać kapitalną trasę koncertową, ja tego samego życzę Kombi.
Wcale nie żyję jak rakieta, dobrych stopni za chamstwo też nie miałem, a mimo to razem z ludźmi będącymi na koncercie skandowałem: "Kombi wróć!!!".
Grzesiek "Zlotto" Kubacki
zlotto@interia.pl