Inspektor Gadżet

Kiedy przełączając kanały natrafiam na kolejny klon Pokemona, w którym, na domiar złego, zamiast łapania stworów puszcza się bąki (sic!) to aż mnie choroba wściekłych krów bierze, a nogi same chcą zaciągnąć resztę ciała do łazienki i utopić ją w muszli klozetowej. Oglądania takich idiotyzmów nie życzyłbym najgorszemu wrogowi. Na szczęście także w świecie kreskówek istnieje coś takiego jak "klasyka gatunku". Film animowany, który zamierzam Wam przedstawić z pewnością znacie, doczekał się on swej pełnometrażowej i tym samym fabularnej wersji kinowej. O czym (a raczej: o kim) mowa? O pierwszym (zaraz po Robocopie) człowieku, który pozwolił sobie genetycznie zmodyfikować własne ciało - inspektorze Gadżecie.

Bohater ów mieszka wraz ze swoją siostrzenicą Peny i psem Łebkiem (oryginalnie nazywał się "Brain" ;)) w dużym domu na odludziu. To głównie dzięki swoim współlokatorom wykonuje wszystkie misje, jakie zleci mu jego szef - pan Quimby i wychodzi z nich bez szwanku. Gadżet jest niezbyt rozgarnięty i nawet nie wie, że Peny oraz Łebek bez przerwy mu pomagają (czytaj: robią wszystko za niego).

Jak przystało na prawdziwą kreskówkę, występuje w niej jeden porządny, okrutny, szatański i okryty mgłą tajemnicy czarny charakter. Nie jest to byle jaki charakter, atakuje z ukrycia, wszystko monitoruje, nie pokazuje twarzy (lecz wystarczy zobaczyć jego rękę i/lub posłuchać głosu, by po plecach przeszły ciarki), no i co najważniejsze ma... kota (chodzi o zwierzątko :)), który wabi się Szalejot. Sam za to nosi o wiele bardziej powiewające grozą imię... Doktor Klauf (w tym momencie potężna błyskawica z niemiłosiernym hukiem przecięła niebo za oknem). Niestety {Niestety?} doktorek i jego ludzie nigdy nie zdołali przeszkodzić inspektorowi, którego "ochrania" Peny i jej czworonóg.

Nadszedł czas na przedstawienie tego, co w Gadżecie najważniejsze - gadżety. Bohater ma ich sporo, bo coś koło dwudziestu-trzydziestu i nie chodzi tu bynajmniej o takie gadżety jakie np. dołączają do CD-Action. Są to gadżety wbudowane w jego strój i ciało (ciekawe czy bolało?) w stylu - młotek, śmigło oraz telefon wychodzące z kapelusza; pompowany płaszcz; latarka, laser i klucz w palcu; radary, wrotki, lornetki, a także wydłużające się o ponad 1000% kończyny i szyja. (Pewnie, że bolało! ;)) Wszystkie te bajery w połączeniu z niezdarnością i naiwnością jej właściciela tworzą iście komiczny i zapierający dech w piersiach jednocześnie miks.

Mimo, że oprawa wizualna filmu animowanego jak na dzisiejsze czasy nie przedstawia się najlepiej to... muzyka i grywalność ;) wszystko rekompensują. Siadać przed TV w ciemno, jeśli tylko akurat emitują Gadżeta. To jest po prostu klasyczny klasyk!

Acha, wbrew pozorom odradzam oglądanie nowych części z inspektorem (a właściwie - inspecteurem - francuska produkcja). Moim zdaniem są one "przedobrzone", a polska wersja ze względu na nowego reżysera dubbingu strasznie iskrzy z poprzednikiem. Nie oglądajcie w pierwszej kolejności, bo możecie zrazić się do tego "starego" (notabene: dobrego) Gadżeta!

Suchy
skatoony@wp.pl