... I po drafcie

Od dłuższego czasu było wiadomo, że numerem pierwszym tegorocznego draftu w NBA zostanie niejaki LeBron James. Ten bliżej mi dotąd nieznany zawodnik uzyskiwał dobre recenzje za swoją grę w NCAA. Został okrzyknięty jako następca Michaela Jordana. Nic więc dziwnego, że pewna firma sportowa podpisała z nim kontrakt reklamowy na (!) 90 milionów dolarów. Gdy nadszedł czas losowania kolejności wyboru podczas draftu, zatriumfowali działacze Cleveland Cavaliers. Okazało się, że to właśnie oni będą wybierać jako pierwsi i od razu zaczęli rozgłaszać, że wybiorą James'a.

Mnie jakoś on nie przekonuje. W lidze letniej nie gra oszałamiająco. Jednak na podstawie samej ligi letniej nikt nie jest w stanie jednoznacznie powiedzieć, jaki osiągnię poziom w NBA. Na pewno nie będzie drugim Jordanem. Jordan jest jeden, był najwybitniejszym koszykarzem w dziejach, ma mnóstwo rekordów i nikt go nie przebije. Zastanawiam się tylko, czy LeBron (chyba mogę Ci mówić po imieniu? ;)) nie okaże się totalnym niewypałem. Było już przecież tak, że gracz NCAA zostawał wybrany jako numer pierwszy w drafcie a potem okazywał się kiepskim albo przeciętnym zawodnikiem. Przykład chcecie? Proszę, oto pierwszy z brzegu: Lamar Odom. Clippers do dzisiaj plują sobie w brodę, że go pozyskali, bo nie okazał się żadnym zbawieniem (sportowym ani medialnym) dla zespołu. Wydają mnóstwo forsy na kontrakt dla gościa, który zdobywa około dwudziestu punktów w meczu. Mniejsza z tym, gdyby pokazywał w Los Angeles jakieś spektakularne akcje, robił pięć wsadów na mecz itd., stałby się czynnikiem przyciągającym kibiców. No i wiadomo: więcej kibiców na meczu = więcej pieniędzy w klubowej kasie. A tak, ogromny zawód.I nici z pieniędzy...

No dobrze, ale przejdę w końcu do polskich zawodników. Przez cały czas, kiedy byliśmy raczeni notowaniami, kto ma szansę na jakiej miejsce podczas draftu, Maciej Lampe znajdował się w pierwszej dziesiątce. Tymczasem został wybrany dopiero jako numer trzydziesty, czyli pierwszy drugiej rundzie (marne to jednak pocieszenie) przez New York Knicks. Na pewno wpływ na tak odległe miejsce miał fakt, iż kontrakt z Realem Madryt obowiązuje go jeszcze przez dwa lata. Będzie więc go trzeba wykupić za większą cenę. Jak wiadomo, klub NBA ma przeznaczone na wykupienie kontraktu jednego zawodnika maksymalnie 450 tysięcy dolarów. W ten sposób musiałby podwyższyć Lampemu kontrakt, aby ten miał fundusze na brakującą resztę. Oba kluby się jednak dogadały i ustaliły kwotę na 1,3 miliona. Najprawdopodobniej Knicks będą musieli rozegrać dodatkowy sparing z "Królewskimi" w Madrycie. Sam Lampe bardzo dobrze prezentuje się podczas rozgrywek tzw. ligi letniej. Grają tam koszykarze, którzy zostali wybrani w drafcie i ci, którym poszczególne kluby ligi się przypatrują. Jeśli w tych rozgrywkach ktoś błyśnie, to wtedy jest pewne, że zostanie zaproponowany mu kontrakt. Poza piewrszym nieudanym występem (zaledwie dwa punkty), Lampe nie schodzi poniżej dobrego poziomu. Wczoraj (tj. 23.07) zdobył w meczu przeciw Dallas Mavericks 25 punktów, będąc najskuteczniejszym i w ogóle najlepszym zawodnikiem swojego zespołu. Tak więc możemy być o niego spokojni.

Drugi z Polaków, Szymon Szewczyk, otrzymał numer 35, który był przypisany do Milwaukee Bucks. Polak chciał mieć zagwarantowane miejsce w zespole, więc nie patrzył przychylnym okiem na zmianę głównego menedżera i trenera "Kozłów". Nie mogąc otrzymać obietnicy co do regularności występów, Szewczyk zdecydował się podpisać kontrakt z berlińską Albą. Ma jednak zagwarantowany wyjazd na przyszłoroczną edycję ligi letniej i ewentualny angaż w Milwaukee (jeśli się spodoba).

W drafcie uczestniczył jeszcze jeden z naszych rodaków, ale nie został wybrany przez żaden z klubów. Michał Ignerski, bo o nim mowa, nie zdołał zawrzeć żadnej umowy z klubami lig europejskich i na dzień dzisiejszy jest bliski gry we wrocławskim Śląsku.

backsider
backsider@o2.pl