Władca Mieczy
Wioska płonęła. Żółty blask ognia odbijał się od kamiennych ścian kotliny. Trzask płonących belek mieszał się z rżeniem koni, płaczem niewiast i dzikimi wrzaskami najeźdźców. Gryzący dym unosił się w górę, wysoko poza krawędź kotliny. Jego czarne kłęby biły w wieczorne niebo i rzedły, rozwiewane przez wiatr.
Garen kryjąc się za przewróconą sosną na skraju górskiego lasu, z przerażeniem patrzył na rzeź swej rodzinnej wsi. Przed oczyma migały mu ciemne sylwetki na tle ściany ognia. Nagle zastygł przerażony. W kobiecie ciągniętej za włosy przez jednego z najeźdźców rozpoznał matkę. Lewą ręką tuliła do piersi trzymiesięczną siostrę Garena, prawą próbowała chwycić mężczyznę wlokącego ją po ziemi. Chłopiec przez łzy patrzył, jak dwóch zbrojnych podrzyna gardła starcom, nie mającym siły, by się opierać. Dojrzał uciekającego Zaka, parobka swego ojca. Chłopak został trafiony w plecy lekkim toporkiem i rozłożywszy szeroko ramiona padł w błoto.
Garen zsunął się z pnia sosny służącej mu za schronienie. Siadł i ukrył twarz w dłoniach. Wiedział, że nic już nie uratuje wioski. Zamknął oczy i wsadził palce do uszu starając się nie słyszeć hałasu dochodzącego zza pleców.
O świcie znalazł go, skulonego pod pniem i drżącego z zimna, starszy mężczyzna w ciemnoczerwonym płaszczu. Chwilę przyglądał się chłopcu, potem szepnął dwa krótkie słowa, palcem prawej dłoni wskazując na niego. Garen przestał dygotać i obudził się. Zaspanymi oczyma spojrzał na starca.
- Mistrz Konar - szepnął, a po chwili przypomniawszy sobie o czymś, zerwał się i spojrzał na dno kotliny. Przez noc dopaliły się ostatnie szczątki wsi i teraz, w świetle pochmurnego poranka sterczały z ziemi jedynie czarne kikuty.
Chłopak odwrócił się i wbił wzrok w starca. W szeroko otwartych oczach pojawiły się łzy.
- Mistrzu - powiedział łkając - Co się stało?
Konar podszedł i położył dłoń na jego głowie. Zanurzył kościste palce w czarnej czuprynie Garena.
- To już przeszłość, chłopcze. I nie można tego zmienić - objął chłopaka ramieniem i rzekł - Chodź.
Ruszyli poprzez sosnowy las. Mężczyzna szedł wąskimi ścieżkami kierując się w dół wzgórza. Garen szedł za nim, jakby nieświadom tego co czyni, ze wzrokiem wbitym w palce swych bosych stóp. Wkrótce dotarli do strumyka i Konar ruszył jego brzegiem. Po kilkuset krokach zatrzymali się u stóp olbrzymiego, starego dębu, na szczycie którego, skryty wśród gałęzi rozłożył się dom starca. Dookoła pnia prowadziły w górę schodki wykonane z coraz to dłuższych bali drewna wbitych w ziemię. Na ich końcach umieszczono deski, po których można było stąpać.
-Wygląda na to, że to twój nowy dom, chłopcze - rzekł odwracając się Konar - Jak masz na imię? Znam cię z widzenia, jednak nigdy jeszcze nie mieliśmy okazji poznać się bliżej.
Chłopiec przedstawił się. Starzec kiwnął głową:
-Tak więc Garenie, nie masz ochoty zostać moim uczniem?
Konar nie był magiem. Żył lecząc ludzi i zwierzęta z okolicznych wiosek. Ich mieszkańcy dziękując za pomoc, ofiarowywali mu żywność, ubrania i przedmioty codziennego użytku. Brał jednak zawsze tyle ile potrzebował, nie więcej. Przygarnął Garena, dziesięcioletniego sierotę, któremu był po trosze ojcem i nauczycielem. Nie uczył go jednak sztuki magicznej, gdyż sam niewiele umiał, lecz czytania i pisania, wiedzy o zwierzętach i właściwościach roślin, a także o wszelkich prawach panujących w przyrodzie. Czasem znikał na dwa, trzy dni, kiedy indziej wyruszał wraz z Garenem do pobliskich wsi. Chłopak uczył się nastawiania złamanych kończyn i leczenia ran.
Przyszła zima, długa i ciężka, nawet jak na góry. Śnieg spadł z końcem Miesiąca Wrzosów i nie chciał ustąpić aż do Roztopów. Garen spędzał długie wieczory nad księgami, które Konar trzymał nad kominkiem, doskonaląc się w sztuce czytania. Wkrótce opanował ją na tyle, że bez trudu odczytywał każdy podany tekst, nawet jeśli widział go pierwszy raz. W zaciszu dębowego domku zapominał o strasznych obrazach płonącej wioski.
Któregoś wieczoru, gdy wraz z Konarem siedzieli wpatrzeni w ogień, Garen zapytał:
- Mistrzu, kim byli ci ludzie, którzy zabili moją rodzinę i wymordowali całą wioskę?
Starzec spojrzał na niego i odparł:
- Pamiętasz, co mówiłem ci o naszym świecie? Na Północ od naszego lądu z oceanu wynurza się kilka wysp wielkością odpowiadających mniej więcej naszej. Teren jest tam tak samo górzysty jak tutaj, jednak zimy są cięższe a ziemi uprawnej mało. Żyje tam lud zwany Stirlingami, który na swych łodziach przemierza ocean i łupi nadbrzeżne ziemie. Jak wiesz, do morza jest stąd całkiem niedaleko, więc Stirlingowie zaatakowali twoją wieś i wynieśli się z łupami. To ich normalny sposób wojowania. Miałeś szczęście, że nie było cię wtedy w wiosce. Oni nikogo nie puszczają wolno. Mordują albo biorą w niewolę.
Chłopak siedział jakiś czas wpatrzony w ogień, po czym szepnął cicho:
- Stirlingowie...
Pewnego ranka, gdy Garen siedząc przy kominku reperował stary kubrak, Konar wszedł do izby i rzekł wesoło:
- No, wreszcie idzie wiosna – a widząc wzrok chłopaka, roześmiał się.
- Co? Dziwisz się temu, co powiedziałem?
- Przecież na dworze leży z łokieć śniegu... Jest zimno, no i ta pogoda...
Istotnie, dzień wstał otulony grubym płaszczem chmur. Góry, widoczne normalnie z okna chatki, zniknęły całkowicie we mgle. Mimo to Konar ciągnął z pewnością siebie:
- Zobaczysz, po południu przyjdzie silny, ciepły wiatr i do jutra do świtu wywieje cały śnieg.
Garen wzruszył ramionami. Powrócił do przerwanej roboty, a starzec zniknął za kotarą oddzielającą główną izbę od spiżarni i nucąc coś wesoło zaczął szperać między garnkami. Po jakimś czasie wrócił do pokoju trzymając wielką pajdę chleba, suto posmarowaną smalcem. Siadł obok chłopaka i nie przerywając jedzenia zaczął mówić:
- Pójdziesz dzisiaj do wsi, tej w dole strumienia. Zajdziesz do kowala i odbierzesz nóż, który miał dla mnie wykuć. Potem wstąpisz do Ergena. Od niego weźmiesz skórzaną torbę. Pamiętaj, że dni są jeszcze krótkie a chcę, byś był z powrotem przed wieczorem.
Garen mruknął coś pod nosem i oderwał koniec nici od kurtki.
- Mam teraz iść? - spytał przymierzając kubrak.
- Dobrze by było - Konar wsunął do ust resztkę chleba.
Chłopak szybko wzuł stojące w kącie buty i wyskoczył za drzwi. Starzec miał rację. Mimo, iż śnieg leżał grubą warstwą, powietrze było rześkie i ciepłe. Garen w kilku susach pokonał drewniane schodki i poszedł wąską ścieżką, wydeptaną pośród zasp.
Do wioski dotarł po godzinie szybkiego marszu. Wkrótce do szumu towarzyszącego mu strumienia doszedł odgłos uderzeń kowalskiego młota i gwar tętniącej życiem osady. W powietrzu poczuł zapach dymu. Gdy wyszedł zza pokrytych śnieżnymi czapami świerków, zobaczył pierwsze budynki. Wieś składała się w większości z drewnianych chatek krytych gontem. Każda z nich miała rodzaj niewysokiej wieżyczki tworzącej piętro. Z daleka domki wyglądały więc jak wielkie, dziwaczne buty.
Garen minął kilka domostw i zbliżał się do kamiennego budynku kuźni, gdy zza węgła chaty wyszło trzech chłopaków. Garen znał ich dobrze a szczególnie wysokiego blondyna idącego po środku. Trójka zagrodziła mu drogę. Blondyn uśmiechnął się patrząc na chłopaka swymi błękitnymi oczyma, w których błyskały iskierki gniewnej satysfakcji.
- Cześć - rzucił niedbale - Czego szukasz w naszej wsi?
Wszyscy byli starsi do Garena. Przewyższali go wzrostem. Uczeń Konara odezwał się, chcąc ich ominąć:
- Niczego ciekawego. Mistrz przysłał mnie po kilka drobiazgów.
Chłopak stojący po prawej stronie uniósł ramię tuż przed nosem Garena.
- Stój, jak starsi mówią.
- Wybaczcie, ale naprawdę nie mam czasu – odparł chłopiec. Nagle celnie wymierzony cios w żebra powalił go na ubity śnieg.
- Widzę, że jesteś tak słaby, że nie możesz nawet ustać na własnych nogach! – krzyknął rozbawiony blondyn.
- Puśćcie mnie... – zaczął Garen, ale pozostałą dwójka już trzymała go za ręce. Blondyn nabrał brudnego śniegu z pobocza drogi i wycelował w twarz Garena.
- Hej, gówniarze! Zostawić go! – usłyszeli nagle. – Spieprzać mi stąd, albo wam pręgi na dupach wypalę! – kowal, trzymając wielkie kleszcze, szedł ku nim szybkim krokiem. Oprawcy szybko puścili ofiarę i z głośnym śmiechem uciekli drogą.
- Jeszcze się spotkamy, kozidupku! – krzyknął blondyn, zanim zniknął za rogiem najbliższej chaty.
Garen podniósł się i otrzepał kurtkę ze śniegu.
- Dzień dobry. Dziękuję za pomoc – spojrzał w szare oczy kowala. Mężczyzna uśmiechnął się i drapiąc swą czarną, kędzierzawą brodę rzekł:
- Witaj, mały – po czym objął go ramieniem. Razem ruszyli ku kuźni. – Przyszedłeś zapewne po sztylet?
- Mistrz Konar powiedział, że mam odebrać nowy nóż.
- Tak, tak – kiwnął głową kowal, wchodząc do kuźni. Sięgnął na półkę, tuż przy drzwiach. Wziął stamtąd sztylet i podał go Garenowi. – troszeczkę go naostrzyłem, ale tylko trochę. Musisz więc jeszcze nad nim posiedzieć.
Ostrze było gładkie i proste, bez żadnych ozdób. Rękojeść, opleciona świeżym rzemieniem, dobrze siedziała w dłoni.
- Dziękuję – rzekł chłopak, podnosząc głowę.
- Pozdrów Konara – odparł kowal i chwyciwszy kleszcze podszedł do paleniska. Jednak po chwili odwrócił się i zapytał:
- Nie pierwszy raz cię zaczepiali, co?
- Mhm. Pstrąg, ten z jasnymi włosami ma do mnie pretensje, ze lubię Ainę, córkę Ergena.
Kowal roześmiał się na całe gardło.
- Ot, szczeniaki! Jeszcze wam mleko z brody nie spłynęło a już patrzą za dziewuchami! Nie dziwno mi, że się za czupryny bierzecie. Aina, jeszcze trzy, cztery lata i będzie kwiat pannica. Tylko patrzeć! No, zmykaj już – mężczyzna chwycił kleszczami rozgrzany pręt w z paleniska i przeniósł go na kowadło.
Dom Ergena stał tuż nad potokiem. Niósł się od niego ostry zapach świeżo wyprawionej skóry. Garen stanął na drewnianym schodku i zapukał w drzwi. Otworzyła Aina. Zaciekawiona spojrzała na chłopaka. Była o pół głowy wyższa od Garena. Na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Witaj, przyszedłem odebrać torbę – powiedział chłopak.
- Zaczekaj. Ale wejdź, wejdź – odrzekła dziewczyna widząc, ze chce zostać na progu. – Chodź. Ojciec właśnie ją kończy.
Idąc za córka rymarza Garen wpatrywał się w jej złote włosy, splecione w długi warkocz. „Takie same jak u Piskorza”, pomyślał ze złością.
Ojciec Ainy, łysawy, starszy człowiek, siedział na taborecie i kończył zszywać rzemykiem bok torby. Nie odrywając wzroku od pracy powiedział:
- Dobra, świńska skóra. Konar dał za nią trzy słoiki leśnego miodu. Tylko on wie, jak go zbierać, żeby miał taki smak. Lubisz miód?
Garen przytaknął. Całą uwagę skupił na Ainie, która stałą obok niego z założonymi do tyłu rękami. Brązowo-czarna spódnica spływała w dół po coraz bardziej widocznych biodrach, sięgając kostek. Pod białą bluzką i czerwoną kamizelką odbijały się kształty małych piersi. Chłopak zauważył nagle, że dziewczyna przypatruje mu się z uśmiechem. Zawstydzony tym, że dał się przyłapać, odwrócił szybko głowę.
- No. Gotowe – rymarz uroczystym gestem wręczył sakwę Garenowi. – Mistrz musi wybierać się w jakąś podróż, skoro kazał zrobić takie coś.
- Nic mi nie mówił, że wyrusza – zdziwił się chłopak, szczęśliwy, że może powiedzieć coś, co odwróci uwagę Ainy.
- Może się mylę. W końcu w domu potrzebna jest dobra, mocna torba. Skóra jest trochę twarda, ale z czasem ściemnieje i nabierze miękkości. Zaczekaj, co tam masz? – rymarz spojrzał zaciekawiony na sztylet. – Świeżutki, co? – popatrzył na Garena. Chłopak przytaknął, podając mężczyźnie ostrze. Ojciec Ainy spojrzał mu prosto w oczy.
- Chciałbyś do niego pochwę? Chyba mam nawet taką – wstał i lekko kołyszącym się krokiem, podszedł do skrzyni pod ścianą. Leżało w niej mnóstwo skórzanych drobiazgów. W końcu znalazł to, co chciał i wrócił do chłopaka. Przymierzył sztylet.
- Troszku za długa, ale szerokość dobra – rzekł ucieszony, oddając broń Garenowi. – Trzymaj, jest twoja.
- Dziękuję bardzo. Naprawdę – odparł wesoło chłopak i ruszył ku wyjściu.
- Może zostaniesz na obiad? Właśnie zdjęłam z ognia – z sąsiedniej izby wychyliła się matka Ainy. Miała włosy tak samo jasne jak córka i taki sam pogodny uśmiech. Garen skinął głową.
Zjedli gęstą polewkę, po czym chłopak dziękując za gościnę, ruszył do domu. Aina poszła z nim kawałek tłumacząc, że matka kazała jej pójść po coś na drugi koniec wioski. Przez jakiś czas szli w milczeniu, ze wzrokiem wbitym w rozmokłe koleiny na drodze.
- Idzie wiosna, będziesz teraz chyba częściej przychodził do wsi? – zapytała w końcu dziewczyna, kiedy zatrzymali się przed ścieżką, prowadzącą w kierunku lasu.
- Pewnie tak. Niedługo przyjdzie czas na owce. Będzie dużo roboty przy młodych. Wtedy na pewno będziemy tu z Mistrzem – odparł Garen udając, że patrzy na dolinę. Dziewczyna zbliżyła się do niego.
- To dobrze – powiedziała i nagle pocałowała go w policzek. Szybko odwróciła się i pobiegła. Mimo zaskoczenia, Garen zauważył, że nie biegnie wcale na drugi koniec wsi, lecz wprost do domu.
Konar miał rację. gdy chłopak wchodził po schodkach do chaty, cały las targany był silnym, jedno-stajnym wiatrem. Zmierzchało się, po niebie pędziły ciemne zwały chmur. Garen otrzepał buty i wszedł do izby. Jego opiekun siedział wpatrzony w ogień, buchający w piecu.
- Dobrze, że jesteś – rzekł nie patrząc na chłopca. – Wszystko załatwiłeś?
- Wszystko – odrzekł Garen kładąc na środku stołu torbę. Konar wyjął z niej sztylet i zaczął przypatrywać mu się w blasku płomieni.
- Dobra robota – rzekł wreszcie.
- Kowal powiedział, że musisz go jeszcze naostrzyć – chłopiec przysiadł obok niego. Przez krótki moment wsłuchiwali się w wycie wiatru. W pewnej chwili starzec odwrócił się do Garena i patrząc mu prosto w oczy, powiedział:
- Jutro chłopcze, wyruszysz do Karsen. Chcę, żebyś zaczął naukę w szkole magów. Proszę, nie przerywaj mi – uniósł dłoń widząc, że Garen otwiera usta. – Wiem, boisz się. Uważasz, że nie dasz sobie rady. I że jesteś mi tutaj potrzebny. Nie myśl o tym. Przez te wszystkie lata radziłem sobie sam, bez twojej pomocy. Dam sobie radę. Ty jesteś młody, całe życie przed tobą, musisz więc godnie przez nie przejść. Chcę, byś został czarodziejem. Umiesz czytać i pisać, więc będzie ci łatwiej niż innym początkującym. Co prawda do nauki przyjmuje się dwunastolatków, ale mistrz tej szkoły to mój znajomy. Dam ci do niego list.
Konar wziął ze stołu przygotowane już pióro i na kawałku brzozowego papieru zaczął pisać. Kiedy skończył, złożył papier na czworo, zagiął jeden róg i wziął do ręki świecę, leżącą na stole. Zapalił ja od ognia w kominku, zlał trochę wosku na zagięcie, sklejając list. Poczekał aż wystygnie, po czym nakreślił na nim run.
- To mój znak – wskazał na pieczęć.
- Co oznacza? – spytał Garen.
- W szkole czarodziejów uczyć się będziesz znaczenia wielu podobnych runów. To starożytne pismo. Ten oznacza akurat gałąź, konar, czyli moje imię – starzec z uśmiechem spojrzał na chłopca. – Wyruszysz jutro o świcie, musisz być więc na nogach przed wschodem słońca. Teraz kładź się spać, ja przygotuję ci wszystko do drogi.
Chłopiec poszedł do swego siennika. Zdjął buty i kurtkę, po czym wsunął się pod ciepłą, niedźwiedzią skórę. Nagła wiadomość o podróży dopiero teraz zaczynała do niego docierać. Będzie sam. Zdany tylko na siebie. Jakie jest Karsen? Jaki jest świat? Jaka będzie jego przyszłość? Ma zostać magiem?
Zmęczenie wzięło szybko górę. Z głowa pełną pytań, chłopak zasnął.
Góry były piękne. białe szczyty na tle nieskazitelnego błękitu. Słońce dotykające swymi promieniami każdego kamyka, każdej gałązki, każdego źdźbła zeschniętej trawy. Garen stał na przełęczy prowadzącej na południe. Wczesnym rankiem pozostawił za sobą dolinę z wioską Ainy. Ona sama, jakby przeczuwając jego odejście, stała obok mostku, przez który musiał przejść. „Będę pamiętać”, powiedziała na koniec krótkiej rozmowy i dała mu skórzany wisiorek, przedstawiający jelenia. Garen zawiesił go sobie na szyi. Teraz jeleń spoczywał na jego piersi. Chłopak wciągnął do płuc świeże powietrze. W dolinach nie było już wcale śniegu. Tylko w wysokich górach królowała jeszcze zima. Wiatr dął ze wschodu, rozwiewając czarne włosy Garena, niósł ze sobą wiosnę.
Chłopak ruszył wąską ścieżką. Na plecach niósł zwinięty, gruby koc. Przez ramię przewiesił sobie torbę, w której niósł skromne zapasy i kilka drobiazgów. Pochwę ze sztyletem przywiązał do paska. Konar dokładnie naostrzył broń. Garen z lekkim sercem szedł przez wrzosowiska, ku następnej przełęczy. Tam kończyła się zna-na mu okolica. Dalej miał iść według wskazówek Konara. Do Karsen były dwa dni drogi, prowadzącej górskimi grzbietami i dolinami, wzdłuż rwących potoków. Garen idąc powtarzał sobie słowa mistrza, chociaż znał je już na pamięć.
Koło południa dotarł do przełęczy. Widok, jaki ujrzał, zaparł mu dech w piersiach. Jak okiem sięgnąć, całą dolina usłana była jodłowym lasem, przez który przemykała srebrnobiała rzeczka. Hen, na horyzoncie majaczyły dwa bliźniacze szczyty, oddalone tak znacznie, że Garen mógł dojrzeć tylko ich białe czapy. Za nimi zaczynała się Równina Seny, wielkiej rzeki toczącej swe wody ku morzu. Tam właśnie, u jej ujścia leżało Karsen, cel wędrówki.
Całe popołudnie szedł wąską, leśną ścieżką. Tu, w dolinie leżały jeszcze płaty śniegu, skryte przed słońcem pod koronami drzew. Ale i tu czuć było wiosnę. Wkrótce usłyszał szemranie rzeczki, wezbranej wodą z topniejącego śniegu.
Noc spędził w starym szałasie, zbudowanym zapewne zeszłego lata przez myśliwych. O brzasku zerwał się, zebrał swoje rzeczy i ruszy dalej. Szedł szybko, by rozgrzać zmarznięte ciało. Gdy słońce zajrzało do doliny, był już daleko od szałasu. Przed sobą coraz wyraźniej widział bliźniacze szczyty. Konar mówił mu, że w ich wnętrzu krasnoludy mają swoją kopalnię. Garen widział jednego z nich raz w życiu, jeszcze w swojej rodzinnej wiosce. Niski, krepy karzeł w kubraku z kapturem przybył, by sprzedawać ludziom rudę żelaza w zamian za żywność. Garen, wtedy czteroletni malec zapamiętał tylko małe oczka i kartoflowaty nos, wystający z brodatej twarzy.
Wkrótce dotarł do podnóża dwóch gór. Rzeczka zakręcała na zachód, płynąc gdzieś dalej doliną. Chłopak ruszył pod górę kamienistą ścieżką. Z niepokojem patrzył na nadchodzące ze wschodu chmury. musiał dotrzeć na siodło między szczytami i zejść po drugiej stronie, do traktu wiodącego do Karsen. Bał się, że gdyby zeszła mgła, łatwo mógłby zgubić drogę.
Jego przeczucia wkrótce się sprawdziły. Słońce skryło się za szarymi chmurami, a szczyty zniknęły pod całunem mgły. Coraz mniej było traw, za to pojawiły się duże, szare głazy po obu stronach ścieżki. Garen zdecydowany był iść dalej. Nie było jeszcze południa, miał więc nadzieję, że pogoda się poprawi.
Wtem zza jednej ze skałek wyskoczyła na ścieżkę mała, brodata postać. Ubrana w szary kubrak i czarne spodnie, w ręku trzymała niewielki topór. Na głowie tkwił nabijany ćwiekami hełm.
- Stój, młokosie. Dalej nie masz po co iść. To nasz teren – powiedział krasnolud, wymownie trzymając broń ostrzem ku górze.
Kiedy minęła pierwsza chwila zaskoczenia, Garen ucieszył się nawet z widoku krasnoluda.
- Tędy prowadzi droga na siodło?
- Nie – rzekł krótko strażnik, spluwając przez zęby. Nieco zbity z tropu chłopak zapytał:
- A którędy?
- Nie tędy.
- Pewnie... pomyliłem drogę.
- Pewnie – krasnolud znów splunął.
- Czy mógłbyś mi więc ją wskazać?
- A od kiedy gówniarzu, my na „ty”, co? – postać z toporem spojrzała gniewnie na chłopaka. – Musisz wrócić na dół do potoku, pójść kilkaset kroków z jego biegiem i tam dopiero znajdziesz właściwy szlak. Ale po jaką cholerę pchasz się tam w taką mgłę, co? – krasnolud splunął po raz trzeci.
- Idę do Karsen... panie...
Mała postać wybuchnęła gromkim śmiechem, ukazując żółte zęby.
- Panie! Hihihihi! Chłopaki padną, jak to usłyszą, hihihihi! – krasnolud oparł się o trzonek topora, skręcając się w spazmach śmiechu.
Garen stał niezdecydowany. Nieoczekiwana reakcja strażnika zaskoczyła go całkowicie. Czekał więc. Kiedy w końcu właściciel topora przestał się śmiać, chwycił lewą dłonią broń, prawą wyciągając ku chłopakowi.
- Grobli jestem.
Kiedy w południe przyszedł zmiennik, krasnolud poprowadził Garena tunelem wiodącym przez górę. Chłopak kilka razy spotykał innych mieszkańców kopalni, którzy spoglądali na niego nieufnie. Grobli jednak szybko wyjaśniał ewentualnie wątpliwości. Garen był nieco zawiedziony monotonią korytarzy. Spodziewał się pięknie zdobionych tuneli i wielkich sal, o których czytał w księgach Konara. Zapytany o nie Grobli odrzekł:
- To zwykła kopalnia, synu a nie żaden pałac. Po cholerę nam galeryjki i inne takie?
Po godzinie marszu Garen dojrzał za kolejnym zakrętem szarobłękitne światło. Po kilku chwilach wyszli z tunelu. Stali na łagodnym zboczu, w którym widoczne były jeszcze dwa inne wejścia do tuneli.
- Dobra, dalej idziesz sam. tam w dole jest droga do Karsen. Trzymaj się, mały – rzekł Grobli i zniknął w korytarzu.
Chłopak ruszył w dół. Szedł po kamienistym zboczu z rzadka porośniętym brązowa, uschłą trawą. Oba bliź-niacze wierzchołki skryte były we mgle. Na południu rozciągała się równina, ginąca na horyzoncie pod zwałami szarych chmur. Tu i ówdzie na równinie widać było małe punkciki wiejskich chat, wyrastające spomiędzy bu-rych o tej porze roku pól. Nieco bliżej toczyła swe wody Sena. Jej brzegiem ciągnął się trakt, w kierunku którego podążał Garen. Wkrótce też stanął na jego ubitej nawierzchni. Nie zastanawiając się długo, ruszył w kierunku miasta, widocznego już w oddali.
- Niestety, nie mogę spełnić prośby zawartej w tym liście – mag w białej szacie odłożył papier na stół i spojrzał na chłopaka. – Stary mistrz umarł trzy miesiące temu, a ja nie widzę powodu, dla którego miałbym przyjąć cię przed ukończeniem dwunastu lat.
Garen stał po środku wielkiego gabinetu mistrza Szkoły Magów w Karsen. Opuścił powoli głowę. Stał tak przez chwilę, po czym spojrzawszy czarodziejowi w oczy, rzekł:
- Może jednak...
Nowy mistrz, mężczyzna około czterdziestki, na którego skroniach pojawiły się już spore kosmyki siwych włosów, pokręcił przecząco głową.
- Jeszcze raz mówię: nie. To moje ostatnie słowo. Przyjdź wiosną przyszłego roku, będziesz mógł wtedy spróbować swych sił z innymi kandydatami. A teraz żegnaj – mag wstał zza stołu i nie zwracając najmniejszej uwagi na chłopca, opuścił gabinet. Garen chwyciwszy pozostawiony na stole list, odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi. Czekał tam już na niego młody czarodziej, który miał odprowadzić go do bramy.
Karsen było dużym, portowym miastem. Rynek przylegający do rzeki jednym bokiem, otoczony był z pozostałych stron okazałymi budynkami, wśród których wyróżniała się siedziba rady miejskiej. Zbliżała się noc, plac powoli pustoszał. W oknach coraz częściej błyskały światła lamp oliwnych i świec.
Garen szedł powoli przez rynek. Beznamiętnym wzrokiem patrzył na bruk. Kiedy drzwi do szkoły magów zamknęły się za nim z hukiem, poczuł że towarzysząca mu do tej pory i otaczająca go opiekuńcza dłoń Konara zniknęła. Został sam, zdany tylko na siebie w wielkim mieście. Postanowił wracać. Jednak późna pora zmusiła go do szukania noclegu. Błąkał się więc po Karsen, wypatrując zajazdów. Jedne były za drogie, inne zniechęcały chłopaka podejrzaną klientelą, a z jednego wyrzucono go, nie pytając się nawet, czy ma pieniądze. Garen dziękował swemu mistrzowi za kilka miedziaków, które ten dał chłopcu „tak na wszelki wypadek”. Okazało się, że suma ta wystarczyłaby na skromny nocleg, gdyby tylko taki się znalazł. Gdyby tylko...
Na rogu rynku, tuż przy nabrzeżu, mieściła się oberża „Złoty Śledź”. Garen miał cichą nadzieję, że może tym razem się uda. Kiedy jednak mijał ciemny zaułek, wyskoczyło z niego dwóch ludzi. Jeden celnie ugodził chłopaka pałką w głowę, drugi chwycił padającego Garena i wciągnął w mrok. Razem ułożyli go pod ścianą i zaczęli przeszukiwać jego dobytek.
- Nic ciekawego. Trochę żarcia, jakieś drobiazgi – rzucił jeden, szperając w torbie. Drugi odrzekł:
- Patrz, znalazłem nóż. Zawsze coś. O jest i sakiewka. Zobaczymy ile... – nie dokończył zdania. Jego głowa, odcięta precyzyjnym ciosem, upadła na bruk. czarna postać skoczyła ku drugiemu opryszkowi. Ten zerwał się na nogi, a zobaczywszy napastnika, zaklął i rzucił się do ucieczki. Po chwili jednak zatoczył się i padł na bruk, ugodzony celnie rzuconym sztyletem. Postać z kocią zwinnością podbiegła do niego i wyciągnęła ostrze z pleców. Potem odwróciła się i podeszła do nieprzytomnego Garena.
Chłopak powoli dochodził do siebie. Czuł, że głowa pęka mu z bólu. Dopiero po dłuższej chwili przypomniał sobie, co się stało.
„Chyba zemdlałem”, pomyślał. Otworzył oczy. Leżał w jakimś pomieszczeniu na łóżku, przykryty kocem. Na małym stoliku palia się świeczka. Po przeciwnej stronie nad wyraz ubogo urządzonego pokoju, przy niewielkim oknie, tyłem do Garena stał człowiek. Wpatrywał się w mrok. Po chwili odwrócił się i chłopak ujrzał młodego, niezwykle krótko ostrzyżonego mężczyznę. Ubrany był w czarny, ściśle przylegający do ciała strój i wysokie buty tego samego koloru. Zbliżył się do posłania.
- Jak się czujesz? – zapytał cichym, spokojnym głosem. Patrzył na Garena błękitnymi oczami.
- Gdzie jestem? Kim jesteś? – odparł chłopak, unosząc się na łokciach. Poczuł ból w głowie. – Gdzie moja tor-ba? – rzekł głośniej, rozglądając się po pokoju.
- Spokojnie – odrzekł mężczyzna. Usiadł na krawędzi łóżka. – Jesteś w Durasax. Nazywam się Jeal, a twoja torba leży pod łóżkiem.
- Co się stało? Dlaczego tu jestem? – Garen pod wpływem bólu nie mógł zebrać myśli.
- Napadło cię dwóch oprychów i zaciągnęło w zaułek. Chcieli cię oskubać a potem pewnie poderżnąć gardło. Na szczęście byłem w pobliżu. Do tej pory pewnie zdążyłbyś ostygnąć. Pozbierałem twoje rzeczy i przywiozłem cię tutaj.
- Co to za miejsce?
- Durasax? Twierdza nad morzem. Kilka mil na południe od Karsen.
- Nigdy o takim miejscu nie słyszałem.
Jeal pokiwał z uśmiechem głową.
- Skąd jesteś? - zapytał.
- Z gór. Jestem uczniem zielarza. Wysłał mnie do Karsen, do szkoły magów, bym uczył się na czarodzieja. Ale mistrz tej szkoły nie przyjął mnie, bo nie mam dwunastu lat – Garen opadł na poduszkę. – Postanowiłem wracać do domu. A że było późno...
- Chciałeś gdzieś przenocować. Szedłeś do „Złotego Śledzia” i wtedy to się stało. Rozumiem – dokończy Jeal. Nagle roześmiał się.
- Wierzysz w przeznaczenie? – spojrzał na Garena.
- Nie wiem. Nie, chyba nie – odrzekł chłopak.
- Szkoda – mężczyzna popatrzył w ciemność za oknem. Wstał i podszedł do niego. – Śpij, jutro się spotkamy – powiedział i zamknął okiennice. Potem opuścił pokój.
Rankiem obudziły Garena głośne krzyki, dochodzące przez zamknięte okiennice. Chłopak wstał z łóżka, podszedł do okna, otworzył je i wyjrzał na zewnątrz. Po wczorajszych chmurach nie było śladu. Świeciło słońce. Poniżej, na wielkim dziedzińcu stała grupa ubranych na szaro, młodych chłopców, z zapałem wykonujących ćwiczenia fizyczne. Pomiędzy nimi przechadzał się starszy, siwowłosy mężczyzna, co chwilę zwracając uwagę, któremuś z chłopców. Garen przez moment patrzył na gimnastykę, po czym odwrócił się i podszedł do stołu, na którym stał drewniany talerz z kawałkiem chleba i białego sera, oraz kubek świeżego mleka. Chłopak z apetytem zabrał się za śniadanie. W momencie, gdy połykał ostatni kęs, do pokoiku wszedł Jeal. Przez plecy przewieszony miał miecz.
- Dobrze, że wstałeś. Przełożony szkoły chciałby z tobą pomówić. Najlepiej zaraz. Weź od razu swoją torbę.
- Jakiej szkoły? – Garen spojrzał z uwagą na mężczyznę.
- Szkoły Władców Mieczy – uśmiechnął się Jeal, wskazując ramieniem na drzwi.
Po chwili byli na korytarzu. Schodząc po drewnianych schodach za Jealem, Garen zapytał:
- Co to za szkoła? I dlaczego przełożony chce mnie widzieć?
Mężczyzna zbył go milczeniem. Wyszli na dziedziniec. Garen mógł teraz przyjrzeć się bliżej ćwiczącym chłopcom. Byli mniej więcej w jego wieku. Nie miał jednak czasu na długie obserwacje. Przeszli przez plac i weszli do dużego budynku po drugiej stronie.
Po chwili Garen stanął przed mężczyzną w sile wieku, ubranym identycznie jak Jeal. Jedyną różnicą były haftowane srebrną nicią rękawy i kołnierz. Przełożony także był krótko ostrzyżony. Skinął głową w stronę Jeala, który bez słowa opuścił pomieszczenie. Zostali sami. Przełożony podszedł do chłopca, położył mu dłoń na ramieniu i zapytał:
- Jak cię zwą?
- Garen, panie.
- Jeal opowiedział mi o tobie. Powiadasz, ze nie wierzysz w przeznaczenie?
- Nie wiem, panie. Chyba nie.
- Nie ma „chyba” – mężczyzna rzekł nieco ostrzejszym tonem. – Przeznaczenie to nie iluzja, chłopcze. Albo się w nie wierzy, albo nie. Ile masz lat?
- Jedenaście.
Przełożony pokiwał głową. Okrążył stojący w gabinecie stół i oparł się na nim, patrząc chłopakowi prosto w oczy.
- A więc uwierz w przeznaczenie, Garenie z Gór. Nie zostałeś przyjęty do szkoły magów. Wczoraj, w skutek szczęśliwego zbiegu okoliczności, albo przeznaczenia, trafiłeś tutaj. Masz jedenaście lat, dokładnie tyle, ile trze-ba by wstąpić do szkoły Władców Mieczy. Los chce, żebyś został tutaj. A bardzo niebezpiecznie jest igrać z losem. Zastanów się nad tym, synu.
Mężczyzna umilkł, wciąż wpatrując się w Garena. Chłopak nagle zrozumiał. Więc dlatego Jeal pytał go wczoraj o przeznaczenie.
- Panie, chcę napisać kilka słów do mojego opiekuna. Myślę, że mnie zrozumie.
Przełożony bez słowa wskazał na pulpit z kilkoma arkuszami pergaminu.
Tego samego dnia wieczorem Garen został ostrzyżony i otrzymał szarą, zgrzebną szatę.
Starożytna twierdza wznosiła się tuż nad stromym, klifowym brzegiem morza. Jej żółtawe mury widziały niejedno. Były świadkiem wojen, narodzin i upadków królestw. Twierdza była tutaj, kiedy powstawało Karsen. Legendy mówiły, że Durasax była o wiele starsza niż rodzaj ludzki. Podobno istniała już wówczas, kiedy to wszystkie kontynenty i wyspy tworzyły jeden wielki ląd, jeszcze przed Upadkiem Gwiazdy.
Obecnie było siedzibą Władców Mieczy, ludzi owianych tajemnicą, jednocześnie poważanych i cenionych za swoje umiejętności walki wszelką bronią oraz uczciwość. Nigdy nie zdarzyło się, by Władca Mieczy nie dotrzymał słowa lub świadomie złamał przysięgę. Nikt nie pamiętał, aby któryś z nich nie wywiązał się z powierzonego mu zadania. Potrafili tez mścić się krwawo za zniewagę lub zdradę. Zadrzeć z Władcą Mieczy, oznaczało wydać na siebie wyrok.
Byli jednak i tacy, którzy krzywo patrzyli na czarno odzianych wojowników. Zaliczali się do nich głównie czarodzieje. Uważali Władców Mieczy za nieokrzesanych bandytów, ignorujących prawdziwą wiedzę. Bowiem wojownicy ci z sobie tylko znanych powodów gardzili magią. Doskonalili swój kunszt podczas wielogodzinnych, morderczych ćwiczeń, pozwalających osiągać granice ludzkich możliwości.
Wśród takich ludzi znalazł się Garen. Na początku czuł się zagubiony, lecz szybko dostosował się do zwyczajów i dyscypliny, panującej w szkole. Dni mijały mu na pracy w zamku: przy koniach, w kuchni czy w kuźni oraz na ćwiczeniach fizycznych i lekcjach władania różnymi rodzajami broni. Większość z nich Garen widział pierwszy raz w życiu. Raz w tygodniu wyruszali na całodniową, konną wyprawę, pod opieką kilku dorosłych wojowników. Wracając do Durasax przywozili przytroczoną do siodeł, upolowaną zwierzynę. Czasem wymieniali ją we wsiach na mleko, mąkę i inne produkty.
Minęło lato i przyszła jesień. Z dwudziestu trzech chłopców rozpoczynających naukę, do dnia równonocy jesiennej dotrwało szesnastu. śród nich był Garen. Pół roku intensywnego hartowania ciała i ducha sprawiło, że chłopak zmienił się. Nie był już szczupłym, wiejskim dzieciakiem. Pod skórą pojawiły się zwoje mięśni, zaczął nabierać męskiej postury. Jednocześnie dzięki codziennym, porannym biegom i gimnastyce stał się szybki i zwinny. Powoli stawał się mężczyzną.
Zima nie przyniosła żadnych znaczących zmian w szkoleniu. Dzień w dzień, o zmroku, tuż przed świtem, garstka młodych adeptów, ubrana tylko w lekkie tuniki, wyruszała na bieg wzdłuż klifu. Później wracali, by po śniadaniu ćwiczyć na dziedzińcu walkę najróżniejszą bronią. Często zdarzało się, że padali na oblodzone i przysypane śniegiem kamienie, ale bez słowa skargi wstawali, chwytając za broń. Walka powoli stawała się ich żywiołem, zaczynała sprawiać im satysfakcję.
Krótkie popołudnia i wczesne wieczory spędzali bądź na pracach na zamku, bądź w niewielkiej bibliotece, ucząc się czytać pod okiem samego przełożonego. Garen, siedząc nad opasłymi tomiskami często przypominał sobie podobne wieczory w przytulnej chacie Konara.
Któregoś zimowego dnia otrzymał list. Kiedy złamał pieczęć i rozłożył kartkę brzozowego papieru, zobaczył znajome pismo swego dawnego mistrza.
„Drogi Garenie!
Niedługo minie rok, od kiedy opuściłeś nasze strony. Nadszedł jednak czas, byś na kilka dni wrócił tu. Nie będę ukrywał, że chodzi o mnie. Jesienią złapałem grypę, która powaliła mnie do łóżka. W moim wieku to nie przelewki, czuję że chyba czas na mnie. Wiesz, co mam na myśli. Proszę cię tedy, byś przybył najszybciej jak możesz. Za kilka dni może już być za późno.
Konar
Garen, co tchu w piersi pobiegł do przełożonego. Mężczyzna skończywszy czytać list, pokiwał głową i rzekł:
- Daję ci pięć dni. weź konia i co tylko potrzebujesz i jedź, nie trać czasu.
Kwadrans później, pędząc na karym rumaku, Garen minął bramę twierdzy. Wkrótce zniknął za zasłoną mgły i gęsto padającego śniegu.
Konar leżał blisko ognia, przykryty stosem futer i koców. Obok stał kubek pełen parującego naparu z ziół. W kuchni krzątała się Aina, szykując choremu posiłek. Starzec oddychał z wysiłkiem. Błękitne, niegdyś żywe i bystre oczy zapadły się i straciły swój blask. Wychudłe dłonie, pokryte siecią zmarszczek, leżały swobodnie wzdłuż ciała Drobny pot perlił się na czole starca. Konar leżał bez ruchu, zapatrzony w jasne płomienie. Wsłuchiwał się w trzask polan, zżeranych przez ogień.
Coś zakłóciło ciszę. Chory pomyślał, że to złudzenie, ale rżenie konia powtórzyło się. Usłyszał wyraźne ude-rzenia kopyt o ubity śnieg, a potem skrzypienie drewnianych schodków. Drzwi otworzyły się i do środka wkro-czył Garen. W pierwszej chwili Konar nie poznał ostrzyżonego i ubranego w szary strój chłopaka. Dopiero, gdy ten podszedł i ukląkł przy łożu, starzec uśmiechnął się słabo.
- A więc jesteś, chłopcze – rzekł cichym głosem. – To dobrze, że przyjechałeś.
Umilkł, wpatrując się w swego byłego ucznia. Za pasem Garena dostrzegł sztylet, wykuty kiedyś przez wioskowego kowala.
- Trafiłeś do Durasax – ni to zapytał, ni to stwierdził. – Może to i lepiej. Pamiętaj jednak, że prawdziwą siłą i skarbem człowieka jest jego mądrość. Tylko dzięki niej zajdziesz daleko.
- Pamiętam, mistrzu – odparł Garen. – Wiele czytam w Durasax o świecie i ludziach. Cały czas uczę się.
- To dobrze – Konar przymknął oczy.
Do pokoju weszła Aina. Ubrana w prostą, brązową sukienkę, niosła ciepłą zupę. Swe złote włosy splotła w długi, sięgający pasa warkocz, luźno rzucony na plecy. Na widok przybysza zatrzymała się zaskoczona, ale po chwili uśmiechnęła się wesoło.
- Cześć, Garen – rzuciła, po czym podeszła do chorego. Konar, zanim zaczął jeść, poprosił:
- Opowiedz chłopcze, jak ci się wiedzie.
Garen usiadł na stołku i zaczął mówić. O podróży, o Karsen, o Durasax, o ćwiczeniach i życiu w twierdzy. Na koniec zapytał:
- Powiedz mistrzu, jak powinienem uczynić? Czy tak jak zrobiłem, czy mimo wszystko wrócić?
Dopiero po dłuższej chwili usłyszał odpowiedź.
- To twoje życie, chłopcze. Uczynisz z nim, co zechcesz. Jeśli dokonałeś takiego a nie innego wyboru, to tylko ty poniesiesz jego konsekwencje, jakiekolwiek by one nie były.
- Przełożony szkoły powiedział, że to los mnie tam skierował.
- Może i los – Konar spojrzał w ogień. Aina wstała i wyszła do kuchni. Po chwili starzec wyrwał się z zamyślenia.
- Wiele jeszcze przed tobą, Garenie – powiedział odwracając się ku chłopakowi. – Los to potężna siła. Ale nie bez racji stare przysłowie mówi: Mądrymi gwiazdy nie rządzą. Mądrzy sami kształtują swój los...
Konar zmarł trzy godziny później. Cicho, we śnie. Nazajutrz ciało złożono na szczycie stosu pogrze-bowego na wzgórzu opodal wsi Ainy. Garen, jako najbliższy zmarłemu, osobiście podpalił stos. Kiedy stał po-śród mieszkańców wioski, wpatrzony w ogień, powróciły wspomnienia. Płonąca wioska, postacie biegające na tle ściany ognia. Krzyki przerażenia, zmieszane z dzikimi wrzaskami. Płacz i przekleństwa. „Mądrzy sami kształtują swój los”, przypomniał sobie ostatnie słowa Konara. „Czy aby na pewno?”
Kiedy ze stosu pozostał dymiący popiół, Garen zaczerpnął garść do małego worka. Wieśniacy powoli rozchodzili się w milczeniu do swych domostw. Chłopak nie zdziwił się zbytnio, ujrzawszy Ainę i Piskorza, idących razem. Trzymali się za dłonie. Bez słowa podszedł do przywiązanego opodal konia, schował prochy do juków i spojrzał na przytroczone do siodła worki. Z chatki na drzewie zabrał tylko księgi i kilka pamiątek po Konarze. Resztę dobytku rozdał wcześniej mieszkańcom wsi. Siadł na konia i powoli ruszył w dół. Po raz kolejny w swym krótkim życiu został sam.
Przez następne lata ponure mury Durasax stały się dla Garena domem. Przełożony szkoły był dla niego ojcem, tak samo jak dla tych kilku najwytrwalszych młodzieńców, którzy potrafili odnaleźć się w codzienności Durasax. A pozostało ich zaledwie pięciu. Rudowłosy Miken, potrafiący z łuku trafić w cel z dwustu kroków. Han, lubujący się w walce toporem. Vosid i Vimar, potrafiący błyskawicznie i celnie rzucać nożami. I Garen, który upodobał sobie półtoraręczny miecz. Każdy z nich potrafił bardzo dobrze władać każdą inną bronią, ale dodatkowo stali się mistrzami swojego ulubionego oręża. Wiedzieli bowiem, że nieubłaganie zbliżał się czas Próby. Próby, po przejściu której otrzymają prawo do noszenia upragnionego czarnego stroju. Próby, w której niepowodzenie oznaczało śmierć.
Dla Garena druga najbliższą osobą stał się Jeal, który traktował go jak młodszego brata. Uczył chłopaka pew-ności i precyzji cięcia mieczem, celności w strzelaniu z łuku i kuszy, szybkości i zwinności w walce bez broni. Oraz wielu innych rzeczy. Jeal stał się wzorem dla Garena, ideałem, do którego dążył chłopak Mimo to zmieniał temat rozmowy lub po prostu milczał, kiedy Garen pytał go o Próbę. Podobnie milczeli wszyscy inni Władcy Mieczy.
Czasem, w wolnych chwilach pozwalano im na wyjście do miasta. Zwykle spędzali je w gospodach, przy kufelku piwa. Niepisane prawo Durasax mówiło, że każdy mógł wypić tyle, by na własnych nogach wrócić do twierdzy. Ale nawet największy kac nie zwalniał nikogo z obowiązkowych ćwiczeń, a spostrzegawczy nauczyciele tym bardziej przykładali się do dyscypliny im bardziej uczeń wyglądał na zmarnowanego poprzednim wieczorem. Garen nie był wyjątkiem. Na własnej skórze przekonał się któregoś poranka, że nadmiar piwa nie wpływa dobrze na formę. A noc spędzona nad wiadrem z wymiocinami utkwiła mu w pamięci na długo.
Nikt nie zabraniał młodym adeptom z Durasax kontaktów z dziewczynami. Ale większym problemem był ich brak. Dziewczęta z Karsen i okolicznych wiosek niechętnie spotykały się sam na sam z „chłopakami z zamku”, nie wiadomo, czy zniechęcone złą sławą samego Durasax czy też zakazami rodziców.
Wreszcie nadszedł czas. Któregoś letniego poranka na dziedzińcu twierdzy zebrali się wszyscy jej mieszkańcy. Osiemnastoletni Garen ze zdziwieniem patrzył na nowe twarze, które widział po raz pierwszy w Durasax. Zapytany o to Jeal, odrzekł uśmiechając się:
- Władców mieczy jest wielu. Tylko część z nas przebywa stale w Durasax. Reszta podróżuje po świecie. Ale wszyscy starają się przybywać tu w dzień letniego przesilenia, w dzień Próby.
Garen skinął głową. Był zbyt przejęty, by zastanawiać się na tym dłużej. Pamięcią sięgał wszystkich dni spę-dzonych w szkole Władców Mieczy. Przypomniał sobie Próby starszych uczniów, w poprzednich latach. Tego dnia, przed świtem, wszyscy uczniowie opuszczali twierdzę na cały dzień, wyruszając pod opieką kilku nauczy-cieli na daleką wędrówkę. Wracali po zachodzie słońca. Nazywano to żartobliwie Małą Próbą. Dzisiaj Garen po raz pierwszy w dzień Próby został w Durasax. Tego dnia przyszedł czas na niego. Chwila, której pragnął i bał się jednocześnie. Zawsze wśród tych, co pomyślnie przeszli Próbę, brakowało dwóch lub trzech. Przełożony mówił o nich jedynie: „Nie podołali Próbie”, ale wszyscy w twierdzy wiedzieli, że cena porażki była śmierć.
Garen nie miał jednak czasu na dłuższe przemyślenia. Z jednego z budynków, krocząc dumnie i z dostojeństwem, wyszedł przełożony w asyście dwóch siwiejących już Władców Mieczy. Zebrani na dziedzińcu utworzyli szpaler, na końcach którego znalazło się pięciu uczniów i trójka najstarszych Władców. Młodzieńcy wolnym krokiem ruszyli naprzód. Idąc pomiędzy rzędami czuli na sobie dziesiątki spojrzeń. W końcu stanęli w odległości kilku kroków od przełożonego. Ten, patrząc na nich, powiedział donośnym głosem:
- Teraz jest ostatnia chwila na to, byście się wycofali. Zastanówcie się dobrze i zdecydujcie, albowiem gdy słoń-ce stanie w zenicie, będzie już za późno. Pamiętajcie, że rezygnacja z próby nie jest tchórzostwem. Jeżeli któryś z was jest chory lub ranny, albo z innych powodów uważa, że nie podoła Próbie, niech wystąpi. Będzie miał takie samo prawo do Próby za rok!
Żaden z pięciu młodzieńców nie poruszył się. Przełożony odczekał chwilę, po czym zakrzyknął:
- Wszystkich was bracia, tutaj zebranych, biorę na świadków, że ci oto adepci z własnej woli postanowili przystąpić do Próby! Niechaj więc rozpocznie się!
Kiedy przebrzmiały te słowa, z pochwy na plecach wyjął miecz i uniósł go wysoko w górę. Na ten znak wszyscy zebrani uczynili to samo. Słońce odbiło się blaskiem na klingach setki mieczy. Wszyscy stali tak, nieruchomo czekając, aż przełożony pierwszy schowa miecz. Kiedy to uczynił, rzekł głosem cichym, lecz dostojnym:
- Chodźcie więc – i ruszył w kierunku jednego z małych wejść. Towarzyszyli mu tylko dwaj najstarsi Władcy Mieczy.
Garen szedł drugi, tuz za Hanem. Przełożony prowadził ich przez pomieszczenia, w których nigdy nie byli. czuli teraz jeszcze bardziej tajemniczość twierdzy i ciężar wieków, który dźwigały jej mury. Garen widział w żółtym blasku pochodni cienie skaczące po wielkich głazach sklepiających korytarze i sale, przez które przechodzili. Czasem kroczyli schodami w dół, czasem korytarz zakręcał w nieoczekiwanych miejscach.
Wkrótce dotarli do dużej sali. Rozejrzawszy się, Garen dostrzegł kilkanaście żelaznych drzwi. Pięć z nich stało otworem. Domyślił się, dlaczego. Przełożony polecił rozebrać im się do naga, pozostawiając jedynie przepaski na biodrach. Kiedy wypełnili jego polecenie, odezwał się:
- Pamiętajcie, jesteście zdani tylko na siebie. Stawka w tej Próbie jest wasze życie – echo zwielokrotniało jego głos. – Wybierzcie jedną z dróg – wskazał na otwarte drzwi.
Żaden z młodzieńców nie kwapił się, by wybrać pierwszy. Stali w milczeniu. W końcu Garen z bijącym sercem ruszył naprzód. Czuł się, jakby ktoś nalał ołowiu w jego nogi. Powoli przekroczył próg drzwi. Usłyszał za sobą jęk zawiasów i głośny łomot zatrzaskiwanego żelastwa. Otoczyła go ciemność.
Stał bez ruchu, wsłuchując się w ciszę. Podniecenie opuściło go zupełnie. Ruszył przed siebie, dłońmi dotykając ścian. Co jakiś czas potykał się o coś, co równie dobrze mogło być kamieniem jak i szczątkami tych, którym się nie powiodło. Wyobraźnia podsuwała mu obrazy leżących szkieletów, czaszek patrzących bezmyślnie w dal i pożółkłych kości. Całkowita ciemność sprawiła, że poczuł nagły zawrót głowy.
- Spokojnie, spokojnie – szepnął do siebie, stając w rozkroku i wciągając do płuc chłodne powietrze. Po chwili ruszył dalej. Nie przeszedł jednak nawet kilku kroków, gdy jego stopa trafiła w próżnię. Cofnął się, gwałtownie przypadając do ziemi.
„Schody, czy przepaść?”, zapytał sam siebie. Powoli i ostrożnie, rękoma wodząc po ziemi, podczołgał się do przodu. Natrafił na krawędź. Położył się i sięgnął ramieniem do przodu. Pustka. Spróbował wymacać stopień schodów, ale jego dłoń natrafiła tylko na pionową ścianę.
„To nie tylko przepaść, ale i koniec korytarza”, pomyślał wstając. „Skoczyć? Nie... to głupota”. Poszukał na ziemi dwóch kamyków. Jeden rzucił w dół. Tak jak się spodziewał, usłyszał stuk dopiero po dłuższej chwili. Drugi rzucił do przodu. Odgłos, jaki usłyszał, rozwiał jego nadzieję. Kamień spadł w przepaść. Mimo to powtórzył rzut jeszcze dwa razy. Z takim samym rezultatem.
„Co teraz?”, pomyślał, drapiąc się w brodę. Korytarz wiódł cały czas prosto, nie rozgałęziając się. Garen nigdzie na ziemi ani na ścianach nie znalazł najmniejszej szczeliny, zdradzającej ukryte przejście. Stanął zakłopotany. Rozejrzał się bezradnie, chcąc w otaczających go, całkowitych ciemnościach dostrzec jakąś iskierkę nadziei.
„Góra!”, myśl spłynęła na niego jak olśnienie. Uniósł ramiona, ale jego palce trafiły w pustkę. Lekko podskoczył. Bez skutku.
„Przecież ten korytarz musi mieć sklepienie!”, rozzłoszczony wybił się mocno w górę. Ku jego radości, dłoń odbiła się od czegoś twardego. Podskakując co krok, oddalając się od przepaści, natrafił wreszcie na wolną przestrzeń.
„To musi być to!”, pomyślał z radością. Spiął się i wybił w górę. Udało mu się chwycić jakąś krawędź. Strop miał grubość ludzkiej dłoni. Garen bez trudu podciągnął się i stanął na górze. Upojony sukcesem uśmiechnął się w ciemności.
Ruszył naprzód, ostrożnie stawiając stopy, badając przestrzeń przed sobą. Powoli idąc w ciemnościach, nadepnął nagle na jakiś podłużny przedmiot. Nogi ugięły się pod nim na samą myśl, co to mogło być. Oczyma wyobraźni znowu ujrzał pożółkłe żebra i trupi uśmiech czaszki. Kucnął i dłonią sięgnął po ów przedmiot. Odetchnął z ulgą. Trzymał podłużny kawałek drewna, obwiązany na jednym końcu lepką szmatą. Pochodnia. Obok niej znalazł mały woreczek z krzesiwem i hubką.
Zapalenie pochodni zajęło mu dłuższą chwilę. Klęczał przez moment, przyzwyczajając wzrok do światła, po czym wstał i poszedł dalej korytarzem. Dotarł do krawędzi. Tym razem tunel połączony był z drugą strona przepaści mostkiem, wykonanym z lin i desek. Ostrożnie postawił pierwszy krok. Liny napięły się, ale z łatwością wytrzymały jego ciężar. Po kilku krokach chłopak wychylił się, patrząc w dół. Światło pochodni nie docierało do dna przepaści. Za to, tuz pod mostkiem, zauważył wylot dolnego korytarza, którym tak niedawno szedł.
Po drugiej stronie przepaści korytarze zaczęły się rozgałęziać, tworząc labirynt. Wędrował nimi ponad godzinę. Dzięki znakom, pozostawianym na ścianach przy pomocy pochodni, unikał zabłądzenia. Powoli zaczął doskwierać mu głód i zimno, a pochodnia powoli zaczynała się wypalać. Kiedy w końcu zgasł jej ostatni płomyk, Garena znów otoczyły ciemności. Po chwili jednak, gdy zrezygnowany uniósł dłoń do czoła, wyraźnie zobaczył jej zarys.
„Światło!”, pomyślał. Delikatna poświata sączyła się zza najbliższego zakrętu. Poszedł w tamtą stronę. Wszedł do wysokiej, naturalnej groty. Światło dnia padało gdzieś z góry. Garen stał na niewielkiej, półokrągłej, skalnej półce. Poniżej znajdowało się podziemne jezioro, obecność którego chłopak stwierdził tylko dzięki odbijanemu przez nie światłu.
Młodzieniec spojrzał w górę, w kierunku widocznego tam otworu. Potem dokładnie zbadał krawędź półki. Zejście z niej nie było możliwe, a na skok w nieznaną wodę nie miał najmniejszej ochoty. Pozostawała jedynie droga w górę. Przeciwległa ściana odległa była o jakieś dwadzieścia stóp, jak ocenił. jej chropowata powierzchnia dawała nadzieję oparcia dla rąk i stóp. Garen nie mógł jednak zdobyć się na skok w jej stronę. Myśl o upad-ku w nieznaną wodę skutecznie go powstrzymywała.
Gdy tak stał szukając innej drogi, usłyszał obok siebie nagły, głośny chrobot. Obejrzał się i zamarł z przerażenia. Na półkę gramolił się olbrzymi, czarny kształt. Garen rozpoznał jaskiniowego pająka. Stwór skierował na młodzieńca swe czerwone, fosforyzujące ślepia i ruszył ku niemu, złowrogo wyciągając odnóża. Garen cisnął w łeb pająka trzymaną ciągle w dłoni wypaloną pochodnią i ruszył biegiem ku krawędzi półki. Przerażenie dodało mu skrzydeł. Odbił się i poleciał w kierunku przeciwległej ściany. Uderzenie było bolesne, ale mimo to chłopak znalazł uchwyt dla rąk. Powoli zaczął się wspinać ku światłu. Ze zdumieniem i przestrachem zauważył, że pająk ruszył po pionowej ścianie, bez trudu okrążając jaskinię.
„Zdążę, czy nie?”, myślał gorączkowo, pnąc się ku górze. Skalna ściana miała ponad sto stóp wysokości. Mimo, iż wspinaczka nie była trudna, Garen dawał z siebie wszystko, by jak najszybciej dotrzeć do celu. Pot, który pojawił się na jego czole, spływał strużkami po skroniach. Chłopak nie oglądał się w dół. Czuł, że bestia jest coraz bliżej. Widział, z jaką łatwością wspięła się na taras a potem na pionową ścianę.
Światło było już niedaleko. Młodzieniec czuł ból i odrętwienie mięśni. Z licznych zadrapań sączyła się krew. Zaciskał zęby, szukając kolejnych uchwytów dla rąk i oparć dla stóp. Wreszcie jego dłonie chwyciły krawędź otworu. Jednocześnie cos kosmatego otarło się o jego łydkę. Garen krzyknął przerażony, błyskawicznie podciągając się i przeciskając przez otwór. Zalało go światło dnia. Leżał na miękkiej zielonej trawie. Kiedy spojrzał w dziurę, którą przed chwila wyszedł, zobaczył czarny łeb pająka. Cisnął w niego grudką ziemi. Prześladowca zniknął z powrotem w ciemności jaskini. Garen przymknął oczy i padł wyczerpany na trawę.
- Wstań – usłyszał zimny głos. Zdziwiony obejrzał się. Kilkanaście kroków od niego stał oparty na dwuręcznym mieczu Jeal. Garen uśmiechnął się do niego. Ten jednak powtórzył tylko: - Wstań!
Nieco zdziwiony młodzieniec podniósł się z ziemi. Za nim szumiało morze. Na prawo od niego, w odległości kilkuset kroków wznosiła się twierdza. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, świecąc Garenowi w oczy.
- Chwyć miecz! – usłyszał. Dopiero teraz dojrzał leżącą w trawie broń. Schylił się u ujął rękojeść. Gdy tylko klinga oderwała się od ziemi, Jeal uniósł swój miecz.
- Bron się! – krzyknął atakując.
Garen nieporadnie zablokował cięcie. Poczuł potworne zmęczenie. Ramiona odmawiały mu posłuszeństwa. Tymczasem Jeal z zimna precyzją zadawał kolejne ciosy.
- Chciałeś zostać Władcą Mieczy, co? Nawet nie umiesz porządnie unieść miecza, chłystku – szydził, wyprowadzając cięcia. – Świnie ci pasać, a nie brać się za miecz.
Garen czuł każdy cios. tylko dzięki doskonałemu opanowaniu wszystkich blokad i uników udawało mu się omijać ostrze przeciwnika. A Jeal zadawał ciosy bez litości. Wkrótce Garen zrozumiał, ze to prawdziwa walka. Skoncentrował się w sobie, chcąc zebrać siły.
- Jesteś dupa a nie wojownik. Nigdy nie uda ci się zostać Władcą Mieczy – usłyszał. Zagotowała się w nim wściekłość. Skoczył nagle, bez trudu odbijając kolejne cięcie i natychmiast zaatakował. Ciężki miecz runął z góry na głowę Jeala, który w ostatniej chwili uskoczył na bok. Garen z całej siły ciął po raz drugi. Przejął inicjatywę. Jeal zaczął się cofać. Parował ciosy. Garen wiedział jednak, że nie jest w stanie walczyć zbyt długo. Nogi uginały się pod nim ze zmęczenia. Musiał zakończyć ten pojedynek. Poczekał na odpowiedni moment, zamarkował cios i chwilę później ciął na odlew na wysokości szyi przeciwnika. Jeal błyskawicznie zablokował cięcie, ale siła ciosu była tak wielka, że miecz wypadł mu z dłoni i upadł na ziemię. Mężczyzna nie próbował sięgać po niego.
- To była ostatnia próba, Garenie – rzekł oddychając szybko. – Jesteś teraz Władca Mieczy.
Młodzieniec oparł się o oręż, dysząc ciężko. Krew pulsowała mu w skroniach. Kątem oka spostrzegł, że uśmiech, który przed chwilą zagościł na twarzy Jeala, zniknął. Mężczyzna wpatrywał się w morze. Garen podążył za jego wzrokiem. Nie dalej jak kilka mil od lądu ujrzał mrowie czworobocznych, różnokolorowych żagli.
- Stirlingowie... – mruknął Jeal.
Garen zamknął oczy. Ogień, trzask płonących belek, krzyki mordowanych, krew...
- Twierdza nie jest przygotowana do obrony! – jeden z Władców Mieczy stał pośrodku biblioteki. Wokół niego, w kręgu stali najznamienitsi wojownicy Durasax.
- Masz rację Ruzo, ale cóż innego nam pozostaje? – zapytał jeden z nich.
- Walczyć, Roten! Walczyć! Nie dać się zamknąć tu i zagłodzić! – Ruzo zwrócił się w jego stronę unosząc zaciśniętą pięść w geście gniewu. – Lord Udinval mówi, ze zostali wysłani gońcy do miast położonych w głębi lądu. Posiłki przybędą najwcześniej za tydzień. A do tego czasu sczeźniemy tu nękani głodem i szturmami.
- Stirlingowie nie zaatakują twierdzy. Nie są tacy głupi. A przy oszczędnym gospodarowaniu zapasami wytrzymamy i dziesięć dni – Roten, wysoki i szczupły mężczyzna postąpił krok.
- A do tego czasu najeźdźcy złupią okolicę. Dziesiątki wsi staną w ogniu, setki ludzi zginie lub trafi do niewoli. czy tak postępują ci, którzy mienią się być Władcami Mieczy? Gdzie wasz honor? – Ruzo prawie krzyczał. – trzeba z tym skończyć! Co kilka lat Hagar Niedźwiedź najeżdża wybrzeże. Co kilka lat ziemia spływa krwią. Jak długo to potrwa? Za każdym razem coraz mniej ludzi osiada na tych terenach. Durasax jest bezpieczne, bo ma mury obronne, ale co ze wsiami i pojedynczymi farmami? Czy ma spotkać je los Karsen?
W komnacie zaległa cisza. Oczy wszystkich skierowały się na przełożonego, stojącego tuż przy kominku. Mężczyzna długo milczał. Potem powoli uniósł głowę i spojrzał na zebranych. Jego wzrok zatrzymał się na młodym, brodatym człowieku. Jego białe niegdyś szaty były teraz brudne, poszarpane i gdzieniegdzie nadpalone. Po twarzy, osmalonej ogniem i dymem, wąską strużką spod włosów spływała krew.
- Lordzie Udinval, ilu jest Stirlingów? – spyta przełożony.
- Kiedy opuszczaliśmy Karsen, w porcie i na plażach stało około pięćdziesięciu okrętów – Mężczyzna mówił zmęczonym głosem. – Myślę, że jest ich półtora do dwóch tysięcy. Tym razem Hagar zebrał sporą hordę.
- Dwa tysiące. To nie wiele – przełożony uśmiechnął się krzywo. – Raptem dwudziestu na jednego. W twierdzy mielibyśmy duże szanse na przetrwanie – spoważniał. – Jeżeli jednak schronimy się za murami Durasax, okryjemy imię Władców Mieczy wieczną hańbą i piętnem tchórzostwa.
- Przy takich proporcjach to nie tchórzostwo, mistrzu – odezwał się Roten. – To rozsądek.
- A tymczasem okolica spłynie krwią – dodał zimnym głosem Ruzo.
Na chwilę zapadła cisza. Potem, jakby zrzucając z siebie ciężkie brzemię, przełożony rzekł:
- Postanowiłem. Jutro o świcie staniemy do walki. Może uda nam się zwyciężyć. A jeżeli będzie trzeba, zginiemy wszyscy – to mówiąc skłonił się zebranym i wyszedł.
Narada skończyła się. Wojownicy opuszczali bibliotekę pojedynczo, parami i w większych grupkach. Wkrótce sala opustoszała. Wtedy zza jednej z półek wysunął się młody, czarno odziany mężczyzna. Powoli podszedł do kominka i spojrzał na tańczący w nim ogień.
Płonąca wioska, krzyki mordowanych ludzi. Rozpaczliwy płacz dzieci. Garen zamknął oczy, ale nadal widział płomienie. Z pośród tysiąca słów, wirujących mu w głowie, jedno cisnęło mu się na usta.
- Przeznaczenie... – szepnął. – Przeznaczenie...
Garen stał na murze twierdzy. Blady świt powoli rozpraszał mroki nocy. Młodzieniec wpatrywał się w czerniejące w oddali domy Karsen. Stirlingowie złupili nieosłonięte murami miasto, ale nie zadowolili się nim i nie odpłynęli z łupami. Łatwe zwycięstwo rozzuchwaliło wojowników z północy.
Garen był Władcą Mieczy. Od wczoraj nosił czarny strój. Od wczoraj czuł na swych plecach ciężar miecza. Uśmiechnął się do siebie. Od wczoraj... A dzisiaj miał ruszyć do bitwy. Do bitwy przeciwko tysiącom. Jego pierwszej i pewnie ostatniej. Nie czuł jednak strachu. Może to chłód poranka sprawił, że myśli o nim nie miały znaczenia.
Z prawej strony usłyszał kroki. Zobaczył Hana, idącego w jego stronę. Był identycznie ubrany. Również identyczny miecz wystawał zza jego prawego barku. Uścisnęli sobie dłonie. Tylko oni dwaj przeżyli próbę. Teraz obydwaj myśleli o tym samym. Czy przeżyli po to, by zginąć za kilka godzin. W milczeniu wpatrywali się w zasnuty mgłą horyzont. Nic, zupełnie nic nie mąciło ciszy poranka. Nawet znad morza nie dochodził najlżejszy szum.
- Przeżyję tę bitwę – rzekł nagle Han. Garen uśmiechnął się smutno.
- Skąd ta pewność? – zapytał.
- Muszę przeżyć. Obiecałem siostrze, że będę drużbą na jej weselu. Nie darowałaby mi, gdybym nie dotrzymał słowa.
- Ja nie mam siostry. Nie mam nikogo – powiedział Garen. – Ale też przeżyję. A wiesz dlaczego? Bo mam ocho-tę napić się jeszcze tego dobrego piwa browaru nad rzeką.
Często zaglądali do browaru nad Seną, milę w górę rzeki od miasta. Piwo z niego uchodziło za najlepsze w okolicy.
- Chętnie pójdę z tobą – rzekł Han, klepiąc Garena po ramieniu.
- Ale płacisz za siebie – Garen wbił palce w pierś kolegi. Obaj parsknęli śmiechem. – Oby tylko Stirlingowie nie dobrali się do niego pierwsi. Niewiele zostanie wtedy z browaru.
Jakiś czas stali wpatrując się we mgłę. Niebo zaróżowiło się nad morzem. W pewnej chwili zauważyli jakiś ruch. Rozpoznali bezładne szeregi wojowników Hagara Niedźwiedzia.
- Sami pchają się pod miecz – rzekł Han, obserwując najeźdźców. – Swoją drogą to miło, że nie kazali się szukać. Pójdę po przełożonego.
- Nie trzeba – Garen powstrzymał go ruchem dłoni. – Strażnik już pobiegł. Lepiej chodźmy się przygotować.
Stirlingowie zbliżali się do Durasax. Armia półdzikich mieszkańców północnych wysp, odzianych przeważnie w skóry zwierząt. W rękach dzierżyli najróżniejszą broń, od mieczy i toporów, poprzez włócznie, aż po zwykłe maczugi. Brodate twarze pełne były chęci mordu i grabieży. Szli pośród okrzyków i cichych pieśni. Tylko kilkudziesięciu z nich mogło sobie pozwolić na luksus posiadania wierzchowca. Byli to głównie wodzowie poszczególnych klanów i najwięksi wojownicy.
Na murach twierdzy pojawili się obrońcy. Coraz więcej postaci patrzyło ponuro na zbliżających się Stirlingów. Wraz ze wschodem słońca mgła podniosła się i można było dojrzeć całą armię.
- Jest ich więcej niż dwa tysiące, lordzie – przełożony zwrócił się do Udinvala.
- Owszem. Ale nawet, gdyby było ich dziesięciokroć więcej, nie zmieni to naszej sytuacji – odparł lord.
- Masz rację. A więc zaczynajmy.
- Czy jest to rozsądne? – przerwał mu Udinval. – Podeszli pod mury...
- Widzisz, panie jakieś machiny oblężnicze, albo chociażby drabiny? – odparł przełożony. – Nie. Oni nie zaatakują twierdzy. To jest wyzwanie. Oni czekają na nas...
Wkrótce na dziedzińcu zebrali się wszyscy Władcy Mieczy. Stanęli w równych szeregach, oczekując na prze-łożonego. Ten pojawił się w drzwiach swojej kwatery, uzbrojony w miecz. Przeszedł kilka kroków i odezwał się, donośnym głosem:
- Nie ukrywam, że dla wielu z nas będzie to ostatnia bitwa, Kto wie, czy nie dla wszystkich. Taki jest los wojowników. Bądźcie dumni, że umieracie z honorem.
Na dziedzińcu panowała zupełna cisza. Wszyscy wpatrywali się w przełożonego. Z cienia wyłoniło się trzech wojowników, niosących podłużny przedmiot. Idący po środku podniósł go i jednym ruchem ściągną ochraniający go pokrowiec. Czarny sztandar z wyhaftowanym srebrnym mieczem załopotał na porannym wietrze. Chorąży przeszedł przed frontem i stanął w pobliżu bramy.
Ze stajni uczniowie wyprowadzili konie. Wojownicy dosiadali ich, formując kolumnę. Kiedy już wszyscy byli w siodłach, przełożony dał znak dłonią, odzianą w rękawicę. Dwóch uczniów natychmiast zaczęło otwierać bramę. Oddział ruszył.
Przejeżdżając pod łukiem bramy Garem odniósł wrażenie, jakby opuszczał kogoś bliskiego. Otrząsnął się z przykrych myśli. Byli już na przedpolu Durasax. Kawalkada jeźdźców ruszyła galopem. W pędzie uformowali klin, który mierzył w sam środek ściany przeciwnika. Ziemia zadrżała od uderzeń kopyt setki koni. Wśród czarno odzianych postaci, powiewał biały płaszcz. Lord Udinval jechał ramię w ramię z Władcami.
Jak drapieżny ptak spadający na ofiarę, Władcy Mieczy wbili się w szeregi Stirlingów. Błysnęła stal. Rozpędzone rumaki tratowały pieszych, pozostawiając za sobą zmiażdżone ciała. Miecze wojowników z twierdzy zbierały żniwo. Mocne, pewne ciosy zwalały z nóg przeciwników chcących dosięgnąć jeźdźców. Czarna strzała przebiła się przez szeregi Stirlingów. Żaden z Władców nie został poważnie ranny. Oddział zawrócił. Czarny sztandar załopotał w kolejnej szarży. Najeźdźcy patrzyli na zbliżający się klin. Nagle gdzieś z boku z dzikim wyciem pojawili się inni jeźdźcy. Pędzili wzdłuż szeregów piechoty, wymachując toporami i lancami. Z tysięcy gardeł wydarł się ryk radości. To wódz jednego z klanów, zebrał grupę konnych i ruszył, by zetrzeć się z wrogiem.
Czarny klin nie zwalniając pędu, skręcił w bok. Oba oddziały spotkały się wśród szczęku oręża i kwiku ranionych koni. Czarni wojownicy w milczeniu rozdawali ciosy. Stirlingowie, nienawykli do walki w siodle nie mieli większych szans. Ich radość zmieniła się w przerażenie. Wkrótce gwałtowne starcie zakończyło się. We wszystkie strony rozbiegły się luźne konie, pozbawione jeźdźców. Czarny sztandar łopotał zwycięsko.
Szeregi Stirlingów zawyły z wściekłości, rzucając się bezładnie na wroga. Nie było już mowy o jakichkolwiek formacjach. rozgorzała zażarta, chaotyczna walka. Czarny klin został ogarnięty przez falę chaosu i rozerwany na kilka mniejszych grup. Przeciwnik skutecznie wykorzystał przewagę liczebną.
Koń Garena nagle zarżał boleśnie i runął na ziemię. Młodzieniec w ostatniej chwili wysunął stopy ze strzemion, wyskakując z siodła. Wylądował na zakrwawionej trawie i poderwał się na nogi. Błyskawicznie sparował dwa ciosy. Jedno mocne machnięcie mieczem i brodata głowa spadła obok leżącego konia. Garen szybkimi unikami i zwodami wyprowadzał w pole swych przeciwników. Bitewny gwar, okrzyki, jęki rannych, zapach potu i krwi, wszystko to sprawiło, iż stracił poczucie rzeczywistości. Jak czarny demon śmierci pokonywał coraz to nowych wrogów. Instynktownie zadawał ciosy, parował cięcia i unikał pchnięć. Przed oczyma migały mu dziesiątki najróżniejszych twarzy, znajomych, w zaciętym grymasie determinacji i obcych, pełnych żądzy mordu.
Władcy Mieczy walczyli wiedząc, że nie ma już nadziei. Ich umazane krwią miecze raz po raz zanurzały się w ciałach Stirlingów. mimo to wrogów nie ubywało. Coraz to któryś z czarnych jeźdźców padał pośród martwych ciał.
Jeal z rozcięta twarzą siał spustoszenie pośród wrogów. Jego koń, doskonale zahartowany w niejednej bitwie, gryzł i bił kopytami. Kiedy tylko mógł, Jeal rozglądał się, poszukując twarzy Garena. Nigdzie go jednak nie widział.
Stirlingowie wkrótce zrozumieli, z jak strasznym wrogiem przyszło im się potykać. Umiejętnie jednak wyko-rzystywali swą liczebność. Atakowali po dwóch, trzech, chociaż mimo to nie zawsze udawało im się dosięgnąć „czarnego diabła”. Walczyli jednak nadal, w przekonaniu, że prędzej czy później zwyciężą. Z setki Władców Mieczy zostało zaledwie czterdziestu. Wśród nich był przełożony, walczący ze stoickim spokojem. Jego opano-wanie dodawało ducha umęczonym wojownikom z Durasax.
Garen przebił mieczem kolejnego Stirlinga. Rozejrzał się dzikim wzrokiem, szukając następnego wroga. Kil-kanaście kroków od niego, jeden z Władców Mieczy bronił się przed wściekłymi atakami trzech jeźdźców. Jego koń rżał przeraźliwie, stając dęba. Garen rzucił się z pomocą. Nie zdążył jednak. Czarno odziany wojownik, trafiony potężnie w pierś, zachwiał się i runął pod kopyta swego konia. Garen ze smutkiem rozpoznał twarz Ruzo. Rzucił się w stronę czarnego wierzchowca. Wykorzystując rozpęd, wskoczył na siodło. Jego miecz sprawnie odbił dwa cięcia. Uderzając potężnie, znad głowy, Garen uśmiercił jednego z jeźdźców. Starł się z dwoma pozostałymi. Sprawnie parował ciosy. Brodaci mężczyźni w ciężkich, żelaznych hełmach walczyli zacięcie. Młodzieniec zauważył, że są dobrymi wojownikami. Powoli okrążali go, starając się zaatakować z dwóch stron. Garen błyskawicznie zwarł się z jednym z nich. Spojrzał w jego oczy, dostrzegając dzikość i chęć mordu. Odtrącając miecz Stirlinga, młodzieniec wyszarpnął zza pasa swój sztylet i błyskawicznie wbił go w ciało przeciwnika, tuz pod pachą. Poczuł, jak żelazo zgrzyta o żebro. Jeździec krzyknął z bólu i wypuścił miecz. Garen wyrwał sztylet i zwrócił się przeciwko ostatniemu wrogowi. W samą porę, aby zasłonić się przed ciosem, skierowanym w pierś.
Stirling był straszliwie silny. Garen z trudem odbijał jego ciosy. Czuł, że zaczyna drętwieć mu ramię. Brodaty wojownik roześmiał się, unosząc miecz. Młodzieniec, wyginając się w dziwaczny sposób, ciął go od dołu w korpus. Ostrze, przecinając skórzaną zbroję, przebiło się przez pierś i zatrzymało na brodzie Stirlinga. Z rozerwanego gardła buchnęła jasna krew, tryskając na twarz Garena.. Jeździec w milczeniu spadł z konia, zsuwając się z miecza Garena. Najbliżej stojący Stirlingowie z przerażeniem spojrzeli na pokonanego wojownika. W swym barbarzyńskim języku zaczęli krzyczeć coś dookoła. Garen nie rozumiał tych słów, ale wyczuwał w nich strach.
Nagle, gdzieś od strony Seny dobiegł głos rogu. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę. Róg zabrzmiał powtórnie. Dołączyły do niego następne. Szeroką ławą, ku bitwie szły krasnoludy. W ich hełmach błyszczało słońce, kolczugi chrzęściły w rytm równych kroków. Niscy, krępi mieszkańcy gór dzierżyli w dłoniach olbrzymie, bojowe topory. Na ten widok bitwa niemal ustała. Kiedy krasnoludy były już dostatecznie blisko, z wojennym okrzykiem na ustach rzuciły się na Stirlingów. Nowe starcie nie trwało długo. Najeźdźcy rzucili się do odwrotu. Gdzieniegdzie broniły się jeszcze pojedyncze grupy, ale zwycięstwo zamieniło się w nagłą klęskę. Ci którzy zdążyli, spychali okręty na wodę, by jak najszybciej znaleźć schronienie na morzu. Kilkaset krasnoludów pędziło ich śladem.
Słońce chyliło się ku horyzontowi. Na pobojowisku nie było nikogo. Nikogo oprócz trzech mężczyzn.
- Aż wierzyć mi się nie chce, że jednak będę na weselu siostry – odezwał się Han.
- Mhm. Bitwa wygrana – mruknął Garen.
- Dzięki tobie i krasnoludom – dodał Jeal.
- Dzięki mnie?
- Zabiłeś ich wodza – wyjaśnił Han. – Widziałem wszystko dokładnie. To był ostatni z tej trójki.
- Więc to był Hagar Niedźwiedź? – Garen zaskoczony spojrzał na Jeala.
- Nie – pokręcił głową mężczyzna. – Udinval mylił się, sądząc, że to był on. Widziałem kiedyś Hagara. Już wte-dy miał siwe włosy. A ten, którego zabiłeś, był blondynem w sile wieku.
- Szkoda. Tak chciałem go dopaść.
- Nie martw się. Jeżeli jest ci przeznaczony, to znajdziesz go któregoś dnia.
Garen spojrzał na pobojowisko. Stirlingowie... Ale czy ci sami, którzy osiem lat temu spalili jego wioskę? Czy wtedy był to Hagar Niedźwiedź? Przeznaczenie... Czy Konar miał rację? Czy rzeczywiście człowiek może wpływać na swój los? Chłopak wiedział, że może nigdy nie znajdzie odpowiedzi na te pytania.
Od strony Durasax dostrzegł samotnego krasnoluda, idącego w ich stronę.
- Urosłeś, gówniarzu! – powiedział brodacz na powitanie. Garen z uśmiechem uścisnął dłoń Grobliego.
- Chodźcie – rzekł. – Mam ochotę na kufel piwa.
Bydgoszcz, 1 październik 2002.
Cezary Czyżewski