Jak to pięknie jest nocą
Przemek „TrOOl” Gliniecki
Ciemność. Wśród braku światła rozległ się cichy szelest. To mały Zbysiu obudził się z drzemki. Powoli wgramolił się na niższą gałąź i przetarł oczy. Malutka kropelka trzymająca się kurczowo liścia upadła potrząśnięta przez niespodziewany ruch obudzonego. Wylądowała jednak miękko i bezpiecznie na istocie wszelkiej rzeczy i tym razem nie zamierzała się puścić. Jakby czegokolwiek się trzymała. Spoczywała, leniwie wsiąkając w glebę.
-Wstawaj! Już noc.- Krzyknął Zbysiu do śpiącego nieopodal Michałka. Tamten zawsze spał za długo. Co noc też był niewyspany. Nawet kiedy się wysypiał.
-Jeszcze chwilka.- Wymamrotał najwyraźniej nadal przez sen.
-Nie ma mowy!- Tym razem potrząsnął koleżką z całych sił.- Nie zapominaj, że nasze życie to chwilka.-Widząc, że tamten się rozbudził kontynuował.- A jeżeli dam ci chwilkę, co dla mnie zostanie?
-Nadal chwilka mój drogi, ale czemu chcesz marnować chwilę na wyjaśnianie tego typu zagadnień dla starszych.- Wyszeptał najwyraźniej już obudzony Michał.
-Bez wyjaśnień są niedomówienia, a niedomówienia są złe.- Wyrecytował z pamięci ten, który obudził się pierwszy.
-Nie powinieneś czytać tylu tych znaków. Śmierdzisz starą wiedzą, a to u nas zabronione, pamiętasz?- Skarcił go ten drugi. Tak właśnie jest, pomyślał. Lecimy przed siebie nie pamiętając nic z dawnej wiedzy. Z tego co kiedyś chciano nam powiedzieć. Nikt już nie pamięta starych mitów i baśni, a tych którzy pamiętają nazywa się wariatami, albo morduje. Boimy się wiedzy. Boimy się świadomości. Boimy się zatrzymać. Tak jak powietrze. Jesteśmy jak powietrze. Posyłamy nędzne pozostałości swojej egzystencji w świat. Nikt tak naprawdę nie wie ile jesteśmy dla siebie warci. W świecie, gdzie pokazywanie emocji grozi spłyceniem ich do granic możliwości, a uwierzenie w kogokolwiek sprawia problemy to jedyne wyjście.
-Pamiętam. Ty za to śmierdzisz hipokryzją.- Wysyczał tamten zdenerwowany. Szykował się pojedynek. Właściwie cały świat na to czekał. Rzeczywistość nigdy nie będzie zaspokojona. Musi się zmieniać. Ktokolwiek ją do tego skłania musi to robić i robić to będzie dopóki ktoś jej nie unicestwi. Albo jego.
-Śmiesz mnie nazywać hipokrytą?- Michał zaczął przygotowywać się do walki. Kolejny gówniarz, który myśli, że jest pępkiem świata, i że właśnie z tego powodu nie dostanie łomotu tej nocy, przemknęło mu przez myśl. Ale teraz nie jest ważne kim jest. Ważne jest jak walczy i czy robi to lepiej ode mnie. Zmierzył go wzrokiem. Poważnym i profesjonalnym spojrzeniem wojownika. Zatarł ręce i zaczął się koncentrować. Nagle poczuł silne uderzenie, które wyniosło go w górę i sprawiło, że łupnął w pień. Jak ta fizyka boli, przeszło mu przed oczami. Powoli. Przy takim bólu głowy wszystko działo się powoli. Skoczył na swojego przeciwnika i złączył się w nim w ostatecznym tańcu śmierci. Walka nie trwała długo. Jednak dla przegranego była to cała wieczność. Zabawne. Dla przegranego otwierała drogę do całej wieczności. Po chwili było już po wszystkim. Po męczącym, porywczym młokosie, którego zwali Zbych. Pieszczotliwie Zbysiu, ale to już nie miało znaczenia. Po jego głupich uwagach i młodzieńczej pasji, której nie cierpiał tak bardzo jak bezinteresowności. Teraz znaczenie miało jak poradzić sobie z jego ciałem i otrzeć jego krew, żeby inni nie zauważyli. I tak zauważą, pomyślał Michał kiedy upuszczał je w ogarniętą mrokiem przepaść pod gałęzią, na której stał.
Spojrzał w górę. Przez inne konary mógł dostrzec niebo. Czarne i piękne jak zwykle. Rozgwieżdżone i czekające, aby je zdobyć. Takie jakie zdołał zapamiętać i pokochać. Pod takim niebem każdy chciałby żyć i umrzeć. Takim jak co noc.
Wzleciał jak najszybciej potrafił. Przebił się przez gałązki małego igielnego drzewka stojącego przy ogrodzeniu po czym przeciął powietrze, aby objąć wzrokiem szerszą połać terenu. Poczuł się jak człowiek. Nigdy nie czuł się tak parszywie, jak tamtej nocy. Mógł poczuć rdzę w ustach i ból w brzuchu. Był absolutnie rozstrojony i chciało mu się spać. To uczucie jednak szybko minęło. Otrząsnął się z niego i poleciał w stronę najbliższej lampy. W końcu był ćmą, a taka była ich natura.
Dobranoc!- Zakrzyknął Filipek ujrzawszy nadlatującego Michałka. Był uśmiechnięty i jak zwykle zabawiał wszystkich rozmową. Przestrzegał, przepraszał, zapominał i wybaczał.- Nie nadlatuj zbyt blisko lampy!- Powiadał młodym ćmom. Panie ćmy przepraszał. O starych zapominał. Niektórym, bardzo nielicznym, wybaczał. Bynajmniej nie dlatego, że był srogi. W rzeczywistości miał bardzo miękkie serce, którym obdarzał czasami zbyt wielu. Toteż to „zbyt” odwdzięczało mu się i wreszcie miał komu wybaczać krzywdy.
-Iście dobra panie Filipku!- Odkrzyknął przybliżając się do lampy. Zmrużył oczy i delektował się światłem. Światło jest piękne. Stare księgi powiadają, że światło jest pierwiastkiem piękna, przypomniał sobie Michał obijając się tradycyjnie o lampę. Tak jak człowiek jest pierwiastkiem wszelkiego niezdecydowania i błędu. Obłudy oraz hipokryzji, dodawał zawsze od siebie, kiedy była mowa o ludziach. Ciężką, choć intrygującą nauką jest chemia, stwierdził wreszcie podlatując, aby przysłuchać się rozmowom.
-Wiecie, że dla ludzi wyglądamy zupełnie jak świetliki, kiedy obijamy się o latarnie nocą?- Mamrocze zawsze Pani Zuzka, kiedy zbliża się ktoś kogo nie zna. To rodzaj powitania i wykazania się jakąś wiedzą o ludziach, co jest w modzie.
-Nie i nie chcemy...- Ujrzawszy Michała Niesforny Tomek ugryzł się w język. Miał serdecznie dość Pani Zuzki, ale nie przystało mu gardzić nią w obecności starszej ćmy.
-Spójrzcie na siebie!- Wrzasnęła ogromna ćma wlatując w krąg światła.- Spójrzcie i zobaczcie!- Wywołała tym niemałe zainteresowanie. Wszystkie ćmy jak jedna stały i skupiały się na sobie. Oglądały się jakby dopiero się urodziły.- Zobaczcie człowieka! Człowieka ukrytego w najciemniejszej warstwie waszej duszy!- Cholerny aktor, przemknęło Michałkowi przez myśl. Nigdy nie nauczą się respektować tego co ważne: wpływów. Każda ćma przylatuje tu tylko i wyłącznie w jednym celu. Aby coś uzyskać. Pozyskać przyjaciela, bądź opiekuna. Zwolennika, wroga – potem to już jeden pies. A raczej owad. Można też poznać kolejną mentalną dziwkę i stwierdzić do czego się nada. Właściwie większość z nich to właśnie takie mentalne zera. Patrzą oczami cielaków jak prawdziwe życie ucieka im przez palce, a potem żalą się, że nie żyją. W końcu to ich życie i nauczyłem się nie żyć za nie. Nie mam chwilki. Nikt jej nie ma.
-Spadaj pajacu!- Krzyknęła jedna z młodszych ciem z tłumu. Anonimowość zawsze popłaca. Anonimowość, krzyknął w myślach przypomniawszy sobie o Zbysiu. Musiał za wszelką cenę zachować anonimowość w tym świecie pełnym idiotów, którzy krzyczą z tłumu. Nie miał za wiele czasu. Lada chwila jakiś chrabąszcz robiący przelot kontrolny zauważy ciało, a wtedy będzie już po wszystkim. Doda dwa plus dwa i wyjdzie mu imię. A kiedy wyjdzie mu imię będę oddany światłu. Na zawsze. Nocne powietrze sprawiło, że umysł rozjaśnił mu się trochę. W końcu nic na razie się nie stało, a póki co miał na głowie inne zmartwienia. Takie jak na przykład wytłumaczenie wielkiej głupiej ćmie, że wcale nie miał zamiaru jej obrazić i właściwie to nie on krzyknął. Było jednak za późno. Aktor skoczył na niego z durnym okrzykiem, że „tępi człowieczeństwo”. Dwa ciała starły się i złączyły w walce wirując ku ziemi. Poczuł zapach przeciwnika, bicie jego serca i jego cios wymierzony prosto w oblicze.
Zapadł mrok ciemniejszy niż sam pierwiastek nocy, ukryty gdzieś w obliczu boga – w niebie. Cały świat stanął mu przed oczami, tak jak go wymyślono. Potem pojawiły się gwiazdy prześwitujące między drzewem, pod którym upadł. Piękne i niedostępne jak zwykle. Trawa, w którą uderzył oplatała go swoimi mokrymi rękami stworzonymi z czystej błogości.
Krwawię, przemknęło mu przez myśl. Rana odniesiona w bitwie nie była jednak zbyt poważna. Przynajmniej nie cieleśnie, bowiem rana odniesiona na honorze dużo bardziej przypominała uczynienie z kogoś inwalidy. Wstyd pozostaje i z wiekiem tylko narasta. Ta noc była zdecydowanie za ludzka. Trzeba było coś z tym zrobić. Zdecydowanie trzeba było.
Gdzieś na drzewie pośrodku lasu przystanęła ogromna ćma. Musiała odsapnąć, bowiem tej samej nocy obleciała trzy lampy głosząc swoją niepodważalną hipotezę, że każda ćma ma w sobie coś z człowieka. Nie zauważyła swojej niedoszłej ofiary ukrytej w ściółce, między szyszką, a kamieniem. Świat wygląda tak inaczej, kiedy oglądasz go z rynsztoku. Wygląda tak dziko. Wszyscy pędzą gdzieś w jakimś celu, tylko ty gdzieś go zgubiłeś i nie wiesz gdzie tak pędzić. Leżysz po prostu i gapisz się w gwiazdy, jakby cały świat nie istniał. Zadajesz sobie wtedy jedno zasadnicze pytanie, na które boisz się odpowiedzieć: „Bo on istnieje, prawda?”. No, pomyślał Michał koncentrując się na istocie wszelkiej rzeczy. Pora wstać. Las przebiła ciemnoniebieska wstęga. Przedzierała się przez liście, aż znalazła swój cel. Wielka ćma upadła porażona czystym pierwiastkiem gniewu w czwartym stanie skupienia. Są noce, kiedy nie możesz odpędzić się od myśli, że wszystko zostało już napisane, a ktoś wkłada ci w usta słowa, pomyślał Michałek szukając najbliższej lampy, aby wyjaśnić swoje niekontrolowane użycie starej wiedzy. Był bardzo zmęczony, a kiedy zbliżył się do skupiska wszelakiej maści owadów ledwie usłyszał okrzyki na jego widok:
-Łapać go! Morderca! Szaleniec!- Ale nie zdążył zareagować. Dwa szerszenie pochwyciły go i nie zamierzały puścić. Z nimi nie ma żartów. Racja, powiedział do siebie. Żarty się skończyły. Mógł dostrzec radość niektórych ciem, które nawet nie skrywały swojego zadowolenia. Wreszcie bowiem pozbyły się siłacza, który był zawieszony między tradycją, a modą i oba te twory zgniatał powoli. Strażnicy wzbili się wysoko pociągając go za sobą. Czuł zbyt dobrze znane nocne powietrze. Nigdy nie wzbijał się tak wysoko. Oni robili to tylko w wyjątkowych sytuacjach. Powietrze wyżej jest takie zimne i piękne. W końcu jest pierwiastkiem piękna w trzecim stanie skupienia i prowadzi wprost do gwiazd. Ujrzał tysiące świateł rozrzuconych, jakby Stwórca upuścił je przypadkiem. Tak, stwierdził w końcu. Piękno to przypadek, upuszczony gdzieś przypadkiem na Ziemię.
-Idziesz na sąd koleżko.- Syknął z niewytłumaczalnej litości jeden ze strażników. Nie mieli tego we krwi, ale ten stanowił wyjątek.- Najpewniej zginiesz.
-Nic ci do tego. To moja chwilka. Nawet jeżeli połknie je Wielki. Zawsze będzie moja.- Strażnik tylko pokiwał głową na znak niezrozumienia.
-Wy ćmy zawsze będziecie takie same. Zaślepione pięknem, choć brzydkie jak noc.- Brednie, pomyślał Michał, ale dla świętego spokoju nic nie mówił. Noc to najpiękniejszy twór jaki istnieje.
Podróż dobiega końca, powiedział właściwie na głos więzień. Mógł dostrzec Wielkiego, ukrytego gdzieś w lesie. Choć nie widział go dokładnie, wiedział gdzie jest, a obraz zaczął układać się w jego kształty. To tak jak szukanie ubrania, kiedy jest ciemno. Ćmy nigdy nie szukają ubrań. Brzydzą się nimi jako symbolem człowieczeństwa. Po co ludzie się ubierają? Żeby ukryć swoje myśli, bo podobno ich ciała to zewnętrzne warstwy ich umysłów. Wreszcie mógł zobaczyć Wielkiego we własnej osobie. Jego oczom pokazało się największe drzewo jakie kiedykolwiek widział. Największe z największych – Wielkie. Jego konary były grube i stare jak ziemia, liście, choć niewiele ich zostało przyozdabiały go godnie i ze smakiem. Ponad to kora była czysta i zadbana. Tak wyglądał sędzia. Jedyny władca losu tamtej nocy. Ostateczny arbiter rzeczywistości.
-Nie ma zbrodni bez kary, ani kary bez zbrodni. Przynosimy ci do osądu, o Wielki tą ćmę.- Wyrecytował z pamięci Strażnik, po czym odleciał popędzając swojego kolegę. Ogromne drzewo spojrzało na Michałka starymi, zmęczonymi oczami, zamykanymi zbyt wiele razy przed ludźmi, aby były wypoczęte. Wielki nie mógł bowiem patrzeć na ludzi. Tak jak wszystkie drzewa. Jedno, choćby najmniejsze, spojrzenie rodziło wariatów, czy też kapłanów. Jedno i drugie w zbyt wielkim nasileniu powodowało kłopoty.
-Zbliż się.- Zagrzmiało gdzieś z góry, a pod oskarżonym ugięły się cienkie nóżki. Podążył małymi kroczkami, aż przypomniał sobie, że ma skrzydła. Nie mógł myśleć. Nie mógł mówić. Takie chwile w życiu nazywa się zakochaniem, albo sądem nad życiem. Oba wywierają na istocie równie wielkie wrażenie.- Nie bój się. To nie ja będę wykonywać wyrok. Masz chwilkę?
-Tak.- Wykrztusił ,po chwili cicho, skazany. Tak, miał chwilkę i tak był już skazany. Bez zbędnych słów. Bez debat. Po prostu zapadł wyrok i nie musiał być o tym nawet poinformowany. Bez słowa sięgnął wprost do swojego serca i wyjął z niego chwilkę. Żywą i piękną. Położył ją na konarze drzewa, tak aby tamto mogło się nią zająć. Miał mało czasu. Musiał zobaczyć gwiazdy. Ostatni raz powąchać noc, zanim wsiąknie go i rozpuści w sobie. Wyjrzał ponad konary Wielkiego i upadł na miękkość tego świata. Gwiazdy. Po prostu zobaczył gwiazdy.
Jak to pięknie jest nocą,
Oddać komuś chwilkę.
Jak to pięknie jest nocą,
Gapić się w gwiazdy bez sensu.
Jak to pięknie jest nocą,
Kiedy nikt nie pyta o kierunek.
Jak to pięknie jest nocą,
Starać się zrozumieć.
Jak to pięknie jest nocą,
Kiedy gwiazd jest tyle,
Co oddanych światłu,
Chwilek.
Jak to pięknie jest nocą,
Kiedy się umiera.
(2003-07-29, Toruń)