Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Phnom Penh ::::

Wszystko albo nic



"Jesteśmy jeno kłamstwem, dwoistością, sprzecznością; kryjemy się i maskujemy sami przed sobą."

Blaise Pascal




Przez ulicę przebiegł czarny kot. Chwilę szedł wzdłuż ogrodzenia, widoczny w pomarańczowym świetle ulicznych latarń. W siatce okalającej dom znalazł niewielką dziurę, przeszedł przez nią, przebył kilka metrów i nagle stanął. Zaczął uważnie wpatrywać się w ciemność, a jego ciało niemal natychmiast naprężyło się, jakby gotował się do skoku. Jednak po paru sekundach zaczął delikatnie stąpać po trawie, zbliżając się do ciemnego kąta ogrodu. Jego wzrok był bezustannie utkwiony w jednym punkcie.
Nagle skoczył! W dwóch susach dopadł miejsca, w którym jeszcze przed chwilą stała jego ofiara - mysz, która zdołała o ułamek sekundy wyprzedzić drapieżnika i teraz uciekała przez ogród. Kot natychmiast rzucił się w pogoń. Zwierzęta błyskawicznie znikły za budynkiem i siedemnastoletni Adam, stojący w oknie jednopiętrowego domu po drugiej stronie ulicy, nie dowiedział się, jak zakończyło się to nocne polowanie. Wpatrywał się w ogród sąsiadów, myśląc, że może ujrzy dalszą część pościgu lub zobaczy zwycięskiego kota niosącego w pysku swoją zdobycz, ale nic takiego nie nastąpiło. Spojrzał w niebo. Okrągły księżyc co rusz przysłaniały szybko płynące chmury. Wiatr niespokojnie kołysał drzewami rosnącymi przy ulicy, a cienie ich gałęzi tańczyły na ścianach domów.
W pokoju Adama nie paliło się żadne światło. On sam stał przy oknie w pomarańczowej poświacie, bosy, ubrany jedynie w slipy. Godzinę wcześniej położył się do łóżka, licząc na to, że uda mu się szybko zasnąć. Lecz kiedy zgasił lampę i wpełznął pod kołdrę, znów dopadły go myśli, o których udało mu się w dzień zapomnieć. Teraz jednak nie mógł uciec ani w poranną toaletę, ani w śniadanie jedzone naprędce, bo się spóźnię na autobus, ani w cosinusy, wzór Einsteina-Millikana, błonę presynaptyczną, ani w nareszcie-w-domu, ani w odrabianie lekcji, ani w film po dzienniku. Był dziwnie rozgorączkowany. Nie wiedział co ze sobą zrobić; wiercił się w łóżku, chodził po pokoju, siadał w fotelu, wyglądał przez okno, podrzucał piłeczkę tenisową, otwierał bez powodu szuflady, wyciągając z nich różne dawno zapomniane przedmioty i oglądając je w ciemności.
- Powinni już spać - powiedział do siebie i wyszedł na korytarzyk. W sypialni jego rodziców było ciemno. Zaczął schodzić po schodach, delikatnie stąpając, aby skrzypienie drewnianych stopni ich nie obudziło. Nie zapalając światła wszedł do kuchni. Za przesuwnymi drzwiami znajdował się, leżący na tyłach domu, ogród. Krzaki i drzewka, skąpane w księżycowej poświacie, drżały głaskane wiatrem. Ich kontury, zniekształcone przez mrok, miały w sobie coś nierzeczywistego. Adam podszedł do lodówki i wziął z niej karton soku pomarańczowego, a z szafki wyciągnął szklankę. Wrócił do pokoju, napełnił ją i usiadł w fotelu. Czerwone cyfry elektronicznego zegarka, stojącego na telewizorze, wskazywały godzinę 23:33.
Wolno wysączył zimny sok. Zaczął szeptać:
- Przecież to ty nas stworzyłeś! Przecież wiedziałeś, że tacy właśnie będziemy. Że będziemy gwałcić i mordować. Wiedziałeś, że będziemy za słabi, przecież jesteś wszechwiedzący... Jesteś? - Adam wstał z fotela i zaczął powoli krążyć po pokoju. - Bo jeśli tak, to już w chwili, w której lepiłeś z gliny pierwszego człowieka, wiedziałeś o wygnaniu z Raju... O potopie, o Sodomie i Gomorze, o tym, że będziesz musiał zesłać swojego syna... Jak więc mogłeś się potem gniewać? Skoro było to wszystko wliczone w twój Plan... Czy to możliwe, że chciałeś stworzyć człowieka, o którym od początku wiedziałeś, że nie spełni twoich oczekiwań? Bo skoro tak, to było to morderstwo z premedytacją... To jest tak, jakby małżeństwo sadystów spłodziło sobie gromadkę dzieci, żeby mieć się na kim wyżywać!
- Czy ty wiesz, co to znaczy być złym? Czy ciebie kiedykolwiek coś kusiło? Czy wiesz, jaka to dla nas przeogromna, obezwładniająca siła...? Czy wiesz, co to znaczy walczyć z samym sobą? Trzeba mieć tyle woli i mocy, aby postępować zgodnie z twoją nauką, wyrzec się - nie, nie Szatana! - części siebie! Bo do tej twojej gliny diabeł musiał - gdy ty nie patrzyłeś - dorzucić kilka kropli ohydnego, lepkiego i śmierdzącego błocka, ponieważ my jesteśmy nie tylko dobrzy, czyści, miłujący i pragnący ciebie, ale jest w nas także zło, pycha, próżność, zawiść, okrucieństwo, nienawiść, czysto zwierzęcy popęd! I to w nas żyje, równolegle do naszej jasnej strony. To również nami kieruje, to bierze udział w nieustannie się toczącej wewnątrz nas walce. Nie możemy się tego ostatecznie wyrzec. Możemy tylko próbować, wytężając wszystkie swe siły, jak najczęściej dawać wygrywać dobru. Ale jesteśmy za słabi... Nie dałeś nam narzędzi, aby pokonać Szatana... A jeśli nawet niektórym z nas na ogół udaje się wygrywać: nikogo w swoim życiu nie zabić, nie zdradzić, nie okraść, prawie nikogo nie oszukać; jeśli nawet jesteśmy dla ludzi dobrzy, nadludzkim wysiłkiem hamujemy się przed robieniem im świństw, to myśli jakie mimowolnie przelatują nam codziennie przez głowę - te wszystkie przekleństwa, Schadenfreude, brudne fantazje seksualne, te impulsy do czynienia zła, które szybko odganiamy od siebie, ale które jednak się pojawiają - sprawiają, że grzeszymy. Ale jakże nie grzeszyć? Jak nadzorować, jak cenzurować swoje myśli?!
Te gorączkowe szepty zmęczyły go. Poza tym zaschło mu w gardle. Znów nalał sobie soku i szybko wychylił całą szklankę. Usiadł na skraju łóżka. Po chwili odchylił tułów do tyłu tak, że leżał, trzymając jednocześnie stopy na ziemi. Jego niewidzący wzrok utkwiony był w sufit.
- Myślałeś, że nas to nie będzie dotyczyło?! Że będzie nam łatwo się oprzeć?! Jakże twoje dzieci mogłyby się tak od ciebie odwrócić? A jednak... To dlatego tak się gniewałeś? Byłeś nami zawiedziony, nie mogłeś więc wiedzieć w chwili, w której nas stwarzałeś, że tacy właśnie będziemy... Chociaż zaraz... Może ty się gniewałeś nie tylko na nas, ale także na siebie? Bo w końcu popełniłeś błąd... Może nie mogłeś znieść tej odpowiedzialności, nie byłeś w stanie powiedzieć: "tak, to ja ich stworzyłem i to ja jestem winien tego, jacy oni są"? Może to była złość na samego siebie, do której nie chciałeś się przyznać, więc w jakimś nielogicznym akcie wzburzenia zacząłeś nas karać? Utopiłeś niemal wszystkich ludzi, spaliłeś mieszkańców dwóch miast... Słynne boże miłosierdzie...
- Która? - Adam spojrzał w kierunku zegarka stojącego na telewizorze. - Jeszcze dwadzieścia minut do północy... Właściwie można by wcześniej... Nie, niech będzie o dwunastej...
Wstał i podszedł do okna. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ten uśpiony krajobraz, który znał z wielu podobnych nocy. Widywał już gałęzie tej jabłonki sąsiadów obsypane kwieciem, uginające się pod ciężarem owoców lub śniegu, ogołocone z liści jesiennym wiatrem. Stojąc w tym samym miejscu przeżywał zakład Pascala, rozmyślał nad Dostojewskim, polemizował z Nietzschem, analizował Kafkę, rozpatrywał własne dylematy moralne. I tylko dwie rzeczy pozostawały niezmienne: problemy z zaśnięciem, których skutki zawsze boleśnie odczuwał następnego dnia oraz poczucie braku harmonii, rozstrojenia, wybicia z równowagi, tego nieokreślonego niepokoju istnienia. - Ale właściwie dlaczego tak jest? Dlaczego ten świat tak wygląda? Nie rozumiem tego... Heller miał rację: kiedy weźmie się pod uwagę twoje możliwości jako Stworzyciela, a potem przypomni Oświęcim albo obejrzy film dokumentalny o życiu w Sudanie, nieodmiennie dochodzi się do wniosku, że albo popełniłeś wiele błędów (więc nie jesteś nieomylny i wszechwiedzący), albo z premedytacją stworzyłeś świat, w którym jest tyle zła i cierpienia... Co znowuż prowadzi do stwierdzenia, że nie jesteś wcale nieskończoną dobrocią... Boże, jesteś więc partaczem czy sadystą...?
- Niby stary truizm, ale dający wiele do myślenia: gdybym ja był na twoim miejscu, stworzyłbym lepszy świat i lepszego człowieka. Na mojej Ziemi nikt by nikogo nie zabijał, nikt by nikogo nie nienawidził, nikt by nie cierpiał, nie zaznał nigdy głodu ani bólu. Wszyscy byliby szczęśliwi. Nie mogę pojąć, dlaczego twoja rzeczywistość taka nie jest. Czyżbym ja był lepszy od ciebie? Czyżbym bardziej kochał człowieka...? Może to dlatego, że ja znam naszą sytuację, znam ból, znam lęk przed śmiercią. Ty jesteś wieczny, nie wiesz co to przemijanie, nie wiesz jak bardzo potrafi przerazić wyobrażenie sobie chwili własnej śmierci... Ba! Ciebie nawet nigdy nie bolała głowa!
Wypity sok szybko dał o sobie znać. Adam założył kapcie i poszedł do łazienki. Mieściła się ona pomiędzy jego pokojem a sypialnią rodziców, więc starał się zachowywać cicho, aby ich nie obudzić. Jednak mimo to nie chciał przerywać swoich szeptów i nawet sikając, myjąc ręce i wycierając je w ręcznik, niemal bezgłośnie mówił do siebie:
- A ci, co twierdzą, że świat powszechnej szczęśliwości byłby nie do zniesienia przez swoją monotonię i bezbarwność, nie mają racji. Przecież wierzący całe swoje życie robią wszystko, aby do takiego miejsca się dostać. Raj jest takim miejscem! To tam przecież chcą trafić, aby móc wiecznie odpoczywać w spokoju i błogości. Więc niech się może zastanowią, może nie chcą zostać zbawieni, bo - jak mówią - "umrą z nudów". Już ich widzę, jak tłumaczą, że w Raju inaczej się odczuwa, że to inna rzeczywistość, że tam ta jednostajność nie przeszkadza i tak dalej. Więc dlaczego tak nie mogło być tutaj?! Tak, wiem: już kiedyś tam byliśmy. Ale wygoniłeś nas stamtąd. Za co? Za to, że mieliśmy w sobie zło, które ty w nas wetknąłeś. Już pominę kwestię zbiorowej odpowiedzialności, ale przecież to jest absurd: stworzyć nas złymi, a potem nas za to karać!
Ostatnie słowa wyszeptał patrząc w swoje lustrzane odbicie. Własna twarz zawsze wydawała mu się obca, jakby należała do kogoś innego, a jemu została użyczona tylko na chwilę, ale w tym momencie zdziwiła go jeszcze bardziej niż zwykle. Wpatrywały się w niego zmrużone od jaskrawego światła oczy, a mówiły doń spierzchnięte wargi. Nad nimi rosły miękkie, czarne włoski, których jeszcze nigdy nie golił. "Ja naprawdę tak wyglądam?" - przeleciało mu przez myśl. Odwrócił wzrok od lustra, zgasił światło i wrócił do swojego pokoju. Usiadł w fotelu, wyciągnął nogi przed siebie i wznowił swój monolog.
- Zazwyczaj jeśli jakiemuś rzemieślnikowi zdarzy się wykonać coś, co wadliwie funkcjonuje, to potem próbuje to naprawić. A ty stworzyłeś nas złymi i później już nie ingerowałeś, nie wprowadziłeś żadnych poprawek. Pomimo że jesteś wszechmocny i mógłbyś to zrobić... Jedyne, co robisz od tamtej pory, to bezustanne karanie nas. Tak, ingerencja w nasze dusze byłaby dla ciebie przyznaniem się do winy, ale czy jesteś aż tak pyszny, że nie możesz tego zrobić...?
- Ja wiem, że świat dla wielu jest piękny, że są ludzie, którzy bywają szczęśliwi, mnie również się to zdarza... Wiem też, że jest miłość, która potrafi uczynić życie człowieka cudownym... Ale czy rozumiesz, jak ja się czuję, mając wszystko, mając szansę na udane życie, wiedząc jednocześnie, że gdzieś w Afryce codziennie tysiące umierają z głodu, pragnienia, malarii, AIDS albo jeszcze innego twojego błogosławieństwa? Jakim prawem stworzyłeś ludzkość, dając tylko niektórym z nas możliwość zaznania szczęścia, skazując jednocześnie resztę na niewyobrażalne cierpienie?! Lepiej byś uczynił, gdybyś nie stwarzał świata! Wszystko albo nic, Boże, wszystko albo nic... Uwierz mi: poświęciłbym się, wyrzekłbym się wszystkiego, co mam - istnienia - gdybym w ten sposób mógł uchronić miliony przed tymi nieznośnymi mękami... Swoją drogą: czym wielkim jest czyn Chrystusa? On umarł, aby zbawić całą ludzkość, podczas gdy historia zna niezliczoną liczbę przypadków, kiedy jednostki poświęciły swoje życie jedynie dla oddalenia w czasie śmierci jednej lub kilku osób.
Adam wstał z fotela. Do północy pozostawało pięć minut. Przez chwilę błąkał się po pokoju, aż nagle olśniła go myśl:
- To nieprawda, że twoje decyzje są niepojęte! Owszem, cierpienie człowieka gnijącego od wewnątrz z powodu raka, śmierć niemowląt w bydlęcych wagonach jadących do Treblinki i wszystko inne, co złe, jest absurdalne, nierealne i niezrozumiałe, ale jedynie przy założeniu, że jesteś nieskończoną dobrocią. Wtedy, żeby nie utracić wiary, trzeba sobie wmówić, że ty wiesz lepiej, że to ma jakiś - niedostrzegalny dla nas - cel. Ale kiedy tylko przyjmie się hipotezę, że my jesteśmy stworzeni naprawdę na twój obraz i podobieństwo, czyli że ty jesteś taki jak my, a więc też popełniasz błędy, też czasem kieruje tobą zło, wszelkie niejasności znikają, wszystko staje się niezwykle klarowne...
- Już rozumiem! Już rozumiem jak to możliwe, że na świecie jest zło. Bo skoro jesteś wszechmogący, mógłbyś pokonać Szatana... Ale prawda jest taka, że jego wcale nie ma! Nie ma Szatana! Szatan to twoje alter ego! Ty jesteś jednocześnie Bogiem i Szatanem! Ty też jesteś dwoisty... Jesteś dobry i zły, kochasz nas i nienawidzisz, dajesz nam trochę szczęścia i trochę cierpienia... Jakaś część ciebie chce nas uszczęśliwić i zsyła niektórym z nas miłość, przyjaźń, radość... Ale znowu twoja ciemna strona gustuje w zadawaniu nam bólu, uwielbia obserwować jak cierpimy, świetnie się bawi mogąc jednym ruchem ręki uśmiercić milion ludzi... Sadysto!... To, że masz nad nami całkowitą władzę, że jesteś panem każdego naszego oddechu - bo każdą sekundę możesz uczynić tą dla nas ostatnią - musi ci sprawiać niewypowiedzianą rozkosz! Inaczej nie ciągnąłbyś tego tyle tysięcy lat...
Rzucił się na łóżko i przez chwilę leżał milcząc. Tyle myśli przewijało się równocześnie przez jego głowę, a on próbował jakoś uporządkować ten chaos pytań i wniosków.
- To dlatego taki jest twój świat... Choć właściwie nie potrafiłbyś stworzyć go inaczej, bo nie znasz dobra w czystej postaci... Znasz jedynie dwoistość, jin i jang, wykluczające i jednocześnie dopełniające się kontrasty... Dlatego w nas ogień miesza się z wodą, a niebo z ziemią... Dlatego znamy słodycz i cierpienie... Dlatego potrafimy kochać i gwałcić...
- Więc ty nic nie poprawiasz dlatego, bo odpowiada ci rzeczywistość. Ona nie jest taka w wyniku twojego błędu - stworzyłeś ją tak rozmyślnie, aby móc delektować się naszymi męczarniami... Siedzisz na widowni zbudowanego przez siebie Koloseum, i - jak najprymitywniejszy z nas - oglądasz z zachwytem odwieczną masakrę. Uwielbiasz, gdy z areny, na której zarzynamy się wzajemnie, kapie na twoje oblicze krew. A gdy zaczyna ci się nudzić monotonia naszych codziennych tragedii, otwierasz klatki, z których wyskakują wygłodzone lwy, aby rozszarpać nas na strzępy. Kochasz, kiedy niektórzy z nas w swych ostatnich chwilach kierują z nadzieją wzrok w twoją stronę. A ty - z wyżyn swojego cesarskiego tronu - nieodmiennie kierujesz kciuk ku dołowi.
- Wiesz, już wolałbym, żeby ciebie nie było... Rozumiesz?! Wolałbym, żeby ateiści mieli rację, że tylko Big Bang i nic poza tym. Żeby prawdziwa okazała się ta absurdalna hipoteza, w którą tak bezrozumnie wierzą, że z niczego samoistnie powstało coś, że ze związków chemicznych - bez niczyjego udziału - wytworzyły się żywe organizmy. Przecież to się nie zgadza z zasadami logiki! Ale ja w ciebie wierzę... Ja czuję, że jesteś... Ja wiem, że musiałeś być, żeby powstało życie... Choć świadomość, że siedzisz tam, na górze i że bawisz się naszym kosztem, sprawia... że cię nienawidzę... Nienawidzę cię!!! Daj mi przed sobą stanąć w dniu Sądu Ostatecznego, a plunę ci w twarz! Słyszysz?! Plunę ci w twarz!!! Za pięćdziesiąt milionów ofiar drugiej wojny światowej. Mało? To za jedno etiopskie dziecko umierające podczas suszy z głodu. I chętnie pójdę smażyć się w piekle! Jeśli ono istnieje, bo skoro nie ma diabła... Boże, jesteś okrutnym tyranem i jeszcze chcesz, abyśmy ciebie kochali... Jak można ciebie kochać? Jak można kochać ojca, który zabija własne dzieci? Ojca, który swoimi dziećmi się bawi, z premedytacją zadaje im ból i czerpie z tego przyjemność? Boże, jak bardzo ślepym trzeba być, aby cię kochać!
Adam spojrzał na zegarek. Północ, której - równolegle do swojego monologu - na swój sposób oczekiwał, nadeszła dwie minuty wcześniej.
- Naprawdę to zrobię? Dzisiaj? Po tym wszystkim? Po tym co powiedziałem, co pomyślałem? Niemożliwe... Jakaś część jego osoby cieszyła się na myśl o tym, co miało się zaraz zdarzyć, inna zaś była temu przeciwna, obawiała się i chciała odłożyć to na później. Świadomość tego, co dokonało się w ciągu minionych minut, kłóciła się z tym, co zamierzał teraz zrobić. Przez chwilę jeszcze próbował oprzeć się pokusie, ale zwyciężyło przekonanie, że to i tak jest nieuniknione i że prędzej czy później musi się stać. Wiedział, że jeżeli nie podda się teraz, to zrobi to jutro, a najpóźniej pojutrze. Dobrze znał siebie i był pewien, że nie będzie w stanie przeciwstawiać się cały czas, nie miał na to sił. Stwierdził, że w gruncie rzeczy to żadna różnica, czy dziś, czy dopiero za dwa dni ulegnie swojej słabości. Ważne, że to się stanie. Więc po co się bronić...?
- No, szybko. Niech już będzie po wszystkim...
Oparł się półleżąc o poduszkę i przykrył kołdrą. Sięgnął ręką na stolik nocny i podniósł z niego pilota do telewizora. Nacisnął przycisk z cyfrą 7 i po chwili niebieski poblask wypełnił pokój. Na ekranie pojawiła się ładna brunetka, która pukała do mieszkania swoich znajomych. Nikt nie odpowiadał i już chciała odejść, ale nacisnęła klamkę i okazało się, że było otwarte. Weszła do środka, lecz zachowywała się cicho, myśląc, że może nakryła włamywacza. Z sypialni dobiegały jakieś stłumione odgłosy, więc podkradła się do niej i przez uchylone drzwi zajrzała do środka. Na dużym łóżku leżała naga blondynka z dużym biustem, mając między nogami głowę również roznegliżowanego bruneta o atletycznym ciele.
Adam wsadził prawą dłoń w slipy i zaczął się masować. Zsunął majtki do kolan i chwycił członek w rękę, gdy tylko ten nabrał rozmiarów. Z początku pieścił się powoli, ale po chwili zaczął przyspieszać. Wtedy zrzucił z siebie kołdrę i spojrzał na swojego penisa w stanie erekcji - podniecało go własne podniecenie. W tym czasie na ekranie para była już w innej pozycji: brunet leżał na plecach, a jego partnerka siedziała na nim i miarowo poruszała biodrami. Oczywiście było widać, że oni jedynie udawali zbliżenie, że tak naprawdę ona tylko ocierała się o niego. Ta sztuczność, a także brak ujęć pokazujących narządy płciowe w trakcie stosunku, zawsze Adama irytowały w wyświetlanych w telewizji filmach erotycznych. Choć teraz o tym nie myślał. Patrzył na dziewczynę stojącą w drzwiach, która podekscytowana podglądaną sceną zaczęła się pieścić, i chciał, żeby dołączyła do swoich znajomych, bo myśl o miłości lesbijskiej bardzo go pobudzała. Nie musiał długo czekać na spełnienie tych fantazji, bo wnet brunetka jednym ruchem zsunęła z siebie letnią sukienkę i w samej bieliźnie weszła do sypialni. W następnym ujęciu również ona była naga i całowała się ze swoją przyjaciółką, dotykając jej piersi, podczas gdy brunet ocierał się o nią od tyłu.
Niedługo trwało, zanim Adam poczuł, że zbliża się orgazm. Wtedy szybko naciągnął slipy, wyłączył telewizor, wyskoczył z łóżka i przemknął do łazienki. Tam, po zapaleniu światła, błyskawicznie przekręcił zamek w drzwiach, szepnął do siebie: "Jakie to brudne!", podniósł deskę od sedesu i uklęknął przed nim na oba kolana. Wznowił przerwaną przed chwilą masturbację. Myślał o tej blondynce z dużym biustem. Wyobrażał sobie, że to ona go pieści. Poruszał prawą ręką coraz szybciej, lewą trzymając się brzegu muszli. Wyszeptał: "Possij mi go, o tak, o tak, o tak!", a jego całym ciałem wstrząsnęły spazmatyczne dreszcze. Poczuł ulgę. Wytarł papierem toaletowym resztki spermy z czubka penisa, wstał, wsunął slipy i spuścił wodę w klozecie, uważnie patrząc, czy nie zostawił żadnych śladów. Myjąc ręce wpatrywał się z odrazą w swoje lustrzane odbicie.
Gdy wrócił do pokoju, rzucił się na łóżko i przykrył kołdrą. Zaczął szeptać.
- Znowu to zrobiłem... Jakie to brudne!... Nienawidzę tego... Nienawidzę tego zniewolenia wobec popędów, nienawidzę swojej słabej woli! Dlaczego nie potrafię się przed tym obronić? Dlaczego nie umiem wytrzymać bez tego dłużej niż kilka dni? To jest tak poniżające!
- Tak, teraz tak mówię. Po orgazmie. A jeszcze kilka minut temu, w momencie największego uniesienia, myślałem, że przecież to takie przyjemne, że właściwie nikomu nie robię tym krzywdy... Czułem się usprawiedliwiony... Klęczałem przed kiblem i marzyłem o tym, żeby ta farbowana blondyna ze sztucznymi cyckami, która pewnie miała w swoich ustach więcej penisów, niż ja mam włosów na głowie, wsadziła w nie i mojego i zrobiła mi laskę... I to najlepiej z połykaniem, bo to by było dla niej bardziej upokarzające, więc bardziej podniecające dla mnie... Jakiż ja jestem żałosny...
- Przecież te filmy są tak głupie, tak naiwne i tak kiczowate; są adresowane do jakichś seksualnie sfrustrowanych facetów, do tych, co dzwonią na sex-telefon - i ja to przecież wiem - ale mimo wszystko one mnie podniecają. Mnie - czytającego filozofów i klasyków literatury, odcinającego się od motłochu, cierpiącego za miliony, kłócącego się z Bogiem. Jaki ze mnie Prometeusz, skoro onanizuję się przy filmach dla emocjonalnych niedorozwojów, skoro w ogóle się onanizuję? Jakie to niegodne... Jak mogę uważać się za dobrego człowieka, skoro ulegam tak niskim popędom? Jak to pogodzić? Jak pogodzić człowieka i zwierzę we mnie? Czym jestem...? Wszystko albo nic... Wszystko albo nic... Więc...? Nic... Nic! Jestem zły... Jestem zwierzęciem...
- Ale co to da? Co zmieni to, że teraz tak mówię, skoro jutro zapewne też to zrobię. Znowu przeżyję to samo: podniecenie, masturbacja, potępienie... Ale kiedy jestem za słaby, żeby to w sobie opanować, nie raz już próbowałem... Jakież mam wyjście...? Brzydzę się sobą! Tak mi wstyd! Ale przecież się nie zabiję...
- W takim razie jak można cokolwiek brać serio? Skoro wiadomo, że wszystko jest podszyte onanizmem. Skoro każdy prorok, każdy filozof i każdy artysta defekuje... Nie lubię tego medycznego słownictwa... Jak można sobie wyobrazić Mozarta podcierającego się albo drapiącego po jajach, a potem ze wzruszeniem słuchać jego Requiem? Jak można mieć kogokolwiek za autorytet, skoro ta osoba zapewne ślini się przez sen albo chrapie? Jak można bezgranicznie zakochać się w kobiecie, zatracić w niej, czcić ją, wiedząc, że ona pierdzi? Jak można podziwiać kogoś za dobroć i szlachetność, mając świadomość, że on lub ona prawdopodobnie miewa brudne fantazje o seksie z nieznajomymi lub w najgłębszych pokładach świadomości marzy o najzwyklejszym, prymitywnym i brutalnym stłuczeniu na kwaśne jabłko swoich przeciwników. Bo każdy - nawet jeśli przez całe życie uda mu się nie zrobić nic złego - ma jakąś skazę, o której zazwyczaj on sam tylko wie, której się niezmiernie wstydzi, której nie potrafi zwalczyć... Nawet najlepszy z ludzi ma w sobie coś takiego, co nie pozwala mu powiedzieć, że jest dobrym człowiekiem... Ale to dla mnie nie jest żadnym usprawiedliwieniem... A to, że mam odwagę powiedzieć, że jestem onanistą, wcale nie jest osiągnięciem. Od tego wszyscy powinni zacząć, aby nauczyć się z pokorą i wyrozumiałością patrzeć na innych...
Adam przeciągle ziewnął. Czuł się już zmęczony: zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Zegarek wskazywał, że od północy minęło pół godziny, a on musiał wstać o szóstej rano, żeby zdążyć na autobus do miasta, w którym chodził do szkoły.
- Dobra, koniec na dzisiaj. Czas spać - powiedział, układając się na łóżku. - Dzięki temu brudnemu orgazmowi teraz przynajmniej łatwiej mi będzie zasnąć. Nie ma tego złego...
Powiercił się jeszcze chwilę, próbując znaleźć najwygodniejszą pozycję. Zamknął oczy. Po kilku minutach już spał. W pokoju dało się słyszeć jego oddech: cichy, miarowy. Spokojny.


Phnom Penh

phnom@go2.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||