|
Sznur
Lubię się nocami włóczyć po ulicach mojego zapomnianego przez
Boga i ludzi miasta. Wieczór jest ulubioną porą dnia, mogę
chodzić wszędzie i nikt mnie nie dostrzegam, a ja widzę wszystko
to, co jest niezauważalne oraz zapominanie przez wszystkich.
Zresztą to dla mnie żadna różnica czy to jest poranek, południe
czy tez najczarniejszy środek nocy i tak nikt mnie nie
dostrzega, może to nawet lepiej.
Ostatnio przechodziłem obok opuszczonej kamienicy, z tego, co mi
się zawsze wydawało nikt tam nie powinien mieszkać, bo budynek
ten przeznaczony był do rozbiórki, a ja zauważyłem światło.
Rozejrzałem się wokoło, chciałem sprawdzić czy jeszcze ktoś
oprócz mojej skromnej osoby to zauważył, nie było nikogo. Miałem
to sobie odpuścić, iść dalej przez nikogo nie zauważony,
zapomnieć, przecież to nie moje sprawa. Już się odwróciłem, gdy
do mojego zmysłu słuchu dobiegły znajome takty muzyki. Naprawdę
niezły kawałek. Z zamkniętego budynku (sprawdzałem wcześniej)
dobiegała mnie muzyka Led Zeppelinów, a konkretnie "Schody Do
Nieba". Według mnie to jeden z najlepszych ich utworów, może
najlepszy (zresztą, co ja tam wiem, więcej ich kawałków nie
znam). Podszedłem bliżej ściany, poszukałem najbliższego okna
skąd mógłbym rozejrzeć się w środku i zorientować się w
sytuacji. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, jednak zajrzałem przez
brudną szybę do środka, chwile później żałowałem, że lubię
słuchać Led Zeppelin, ponieważ przez ich piosenkę podszedłem pod
okno i zajrzałem do środka. To, co zobaczyłem zaskoczyło mnie i
zarazem ogromnie przestraszyło. Pierwsze, co udało mi się
zobaczyć to kawałek grubego sznura zawiązanego w pętle oraz
stare rozwalające się krzesło, na którym ten sznur leżał. Przez
chwilę po prostu nie wiedziałem, co mam ze sobą w tym momencie
zrobić, chciałem uciec stamtąd jak najszybciej jednak nogi
odmówiły mi posłuszeństwa, chciałem krzyczeć, wołać kogoś o
pomoc, lecz jedynie, co wydawało moje gardło to cichy kaszel,
(gdy to sobie przypominam zbiera mi się na wymioty), chciałem
coś zrobić, lecz nie mogłem się zmusić do czegokolwiek, po
prostu stałem tam i patrzyłem na ten sznur i stare krzesło i
czekałem, czekałem na głównego bohatera tego przedstawienia albo
może bohaterów. Chwilę później do zaciemnionego pokoju wszedł
bohater przedstawienia, którego byłem jedynym widzem, a na
domiar złego nie miałem wykupionego biletu wstępu. Był to młody
mężczyzna, wiekiem było mu bliżej do dwudziestego niż do
trzydziestego roku życia, zachowywał się normalnie, tzn. był
spokojny i opanowany, nie jak ktoś, kto miałby za chwilę
popełnić samobójstwo (takie wnioski wyciągnąłem, gdy zobaczyłem
sznur i to krzesło). Nie spieszył się. Powoli podszedł do
krzesła, jakby od niechcenia podniósł z niego leżący sznur,
wszystko, co robił wyglądało na przemyślane i z góry
zaplanowane, nie wykonywał żadnych niepotrzebnych ruchów a
wszystkie czynności wykonywał z niezwykłą precyzją i
dokładnością. Podniesiony sznur trzymał w rękach kilkanaście
sekund, chciał sprawdzić czy zrobiona przez niego szubienica
jest poprawnie zawiązana i czy przypadkiem nie rozwiąże się, gdy
on będzie wisiał, niektórzy twierdzą, że przed śmiercią człowiek
widzi całe swoje życie, kiedyś się tego dowiem. Szybkimi ruchami
dłoni wprowadzał poprawki w swoje "dzieło życia", a gdy na jego
twarzy zauważyłem uśmiech zadowolenia, wtedy on gwałtownym
ruchem zarzucił sznur na wystającą ze ściany belkę. Nie śpiesząc
się podniósł dyndający koniec sznura a następnie przywiązał go.
Żeby mieć pewność, że przygotowana szubienica wytrzyma ciężar
swojego gościa, podszedł do pętli złapał ją obiema rękoma i
mocno szarpnął, wytrzymała, szarpnął drugi raz, wytrzymała,
szarpnął raz trzeci również wytrzymała, po chwili podciągnął
ciężar swojego ciała w powietrze, zawisł w bezruchu przez
moment, jakby chciał sprawdzić jak to będzie. Może mi się
wydawało, ale zauważyłem, że bohater przedstawienia zaczął się
huśtać na przygotowanym przez niego samego miejscu śmierci,
kołysał się na tym sznurze raz do przodu raz do tyłu, jak małe
dziecko, które pragnie się wyszaleć zanim pójdzie spać. Gdy
sprawa ?szubienicy" była już sprawdzona, zajął się krzesłem.
Mimo że wyglądało na to, że do punktu kulminacyjnego
przedstawienia przygotowywał się bardzo długo i starannie jednak
wszystkie sprawy związane z jego nadejściem dokładnie
kontrolował, nie chciałby przez jakiekolwiek przeoczenie z jego
strony całe przygotowanie nie poszły na marne, to miała być
zarazem próba generalna jak i jedyny występ dla publiczności -
dla mnie. Krzesło również przechodziło najsurowsze testy, jakie
tylko przychodziły mu do głowy, jednak z krzesłem nie zajmował
się tak jak długo jak ze sznurem, sprawdził jedynie czy się za
bardzo nie chwieje. Nie chciał upaść za wcześnie? Nie wiem. Po
prostu wszystko dokładnie sprawdzał. Gdy już to zrobił, to po
prostu wyszedł. Jego wyjście z pokoju zaskoczyło mnie równie
mocno jak przedmioty, które zauważyłem przez brudną szybę. Jego
nie było. W tym momencie uświadomiłem sobie, że dalej słyszę
muzykę, jednak to nie były już "Schody Do Nieba", dochodzące do
mnie dźwięki nie były już tak łagodne i melodyjne, było to już
dużo mocniejsze granie z głośnym wyciem wokalisty, przez którego
śpiewany tekst stawał się zupełnie niezrozumiały. Muzyka jednak
nie była zbyt głośna i z łatwością mogłem usłyszeć wszystkie
inne dźwięki. Jego dalej nie było, a ja stałem pod oknem jak
skamieniały dalej nie mogłem się poruszyć, lecz już nie ze
strachu a z ciekawości. Chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Dla
mnie nie była to w tym momencie rzeczywistość, czułem się jak
widz oglądający film sensacyjny, który wie, że główny bohater
dramatu zaraz zginie, a mino wszystko chce to zobaczyć, bo to
jest tylko film. Próbowałem się rozejrzeć w środku, jednak
zabrudzona szyba mocno ograniczała pole mojego widzenia, przed
oczyma miałem jedynie wąską przestrzeń, w centrum, której
znajdowało się stare krzesło i wisząca bezpośrednio nad nim
szubienica. Jego nie było. Powrócił. Powrócił, może po 10
minutach nieobecności, jednak w takich dziwnych sytuacjach czas
staje się pojęciem abstrakcyjnym, minuta może wydawać się
godziną, wspomniana już godzina przechodzi przez człowieka jak
ułamek sekundy. Powrócił, może nawet jego powrót w pewnym sensie
mnie ucieszył. Szedł jakoś dziwnie, dopiero później zauważyłem,
że niósł na rękach jakiś przedmiot, nie wiedziałem, co to było,
mimo że starałem się znaleźć odpowiedni punkt obserwacyjny
jednak przez zabrudzoną szybę nie widziałem nic oprócz ?środka
sceny", mogłem jedynie sobie coś wyobrazić. Nic mi do głowy nie
przychodziło. Przy tym przedmiocie spędził jakiś czas,
ustawiając go, dokręcając i wnosząc ostatnie jakieś tam
poprawki. Gdy wszystko zostało przez niego dokładnie sprawdzone
usłyszałem pewien dźwięk, coś w rodzaju nakręcania budzika,
przynajmniej tak to brzmiało. Potem zauważyłem, że jego
zachowanie diametralnie się zmieniło, nie była już spokojny i
opanowany, wszystkie następne czynności przez niego wykonywane
były bardziej chaotyczne i niesprecyzowane, mimo iż z
konsekwencją doprowadzały mojego bohatera do końca
przedstawienia. Wyraźnie się śpieszył. Szybkim krokiem podszedł
do krzesła, chwile później już stał na nim. Bez namysłu nałożył
na szyje pętle, zrobił to bardzo zdecydowanym ruchem. Czekał.
Czekał, jakby całe jego zdecydowanie go w tym momencie opuściło.
Miałem nadzieje, że zejdzie z tego krzesła a jego próba
samobójcza będzie tylko próbą zakończoną fiaskiem. Miałem
nadzieje, że powróciła w jego żyły chęć życia, że wszystkie te
drobiazgowe przygotowania pójdą na marne. Jednak tak nie było,
on wciąż czekał, a ja nie mogłem zrozumieć, na co. W pewnej
chwili usłyszałem dźwięk, jaki można usłyszeć w bardzo starych
zegarach, przed wybiciem przez nie pełnej godziny, a mianowicie
zazębiające się ze sobą tryby. Czyżby czekał na pełną godzinę
swojej śmierci, może na północ by swojemu odejściu z tego świata
nadać jeszcze więcej dramatyzmu. Instynktownie spojrzałem na
zegarek, było cholernie ciemno, nie mogłem dokładnie zauważyć,
która mogła być w tym momencie godzina, jednak jestem całkowicie
przekonany, że na pewno nie pełna godzina nie wspominając już o
północy. Gdy ostatni tryb wydał swój dźwięk, on jakby na rozkaz
zwalił z pod swoich stóp krzesło i zawisł, był odwrócony tyłem
do mnie, więc nie widziałem jego twarzy. W tym samym momencie
oślepił mnie nagły błysk ostrego i przenikliwego światła, a mój
bohater runął na podłogę. Stałem tam oszołomiony i kompletnie
zdekoncentrowany. Nie mogłem zrozumieć, co się stało, tyle
drobiazgowych przygotowań, ?kompleksowe testy jakości", a tu
porostu sznur nie wytrzymał. Nie wiedziałem, co się dzieje.
Chwilę później wszystko stało się jasne. On po prostu wstał,
ruszył kolka kroków naprzód, podszedł do ustawionego wcześniej
przedmiotu i przeniósł go w pobliże miejsca gdzie miał położyć
kres swojego życia. To był aparat. Przedmiot, który tak
dokładnie ustawiał, a ja nie mogłem go zauważyć to był zwykły
aparat faktograficzny, no może nie zwykły, ale profesjonalny
aparat wraz ze statywem. Powoli do mnie docierało, co się
właściwie stało, poszczególne części układanki w mojej głowie
przybierały końcowy kształt. Nie wiem, kim był ten młody
człowiek, może był artystą, to chyba najbardziej pasuje do jego
zachowania, ani w jakim celu robił sobie zdjęcie siebie w
momencie ?chwili śmierci", ale trzeba mu przyznać, że miał dużo
odwagi, ponieważ mały błąd w jego powiedzmy to ?obliczeniach" a
naprawdę mógł zginąć. Wszystkie czynności, z pozoru
przygotowania do wielkiej sceny samobójstwa miały na celu
zrobienia jednego zdjęcia. Tylko jednego. I nic więcej się nie
stało. On pozbierał swoje zabawki i wyszedł nie oglądając się za
siebie. Gdyby to zrobił pewnie by mnie zauważył.
A ja. A ja tam stałem, zupełnie sam, jeszcze długo,
zastanawiając się nad cały tym wydarzeniem, którego byłem
mimowolnym świadkiem. Nie potrafię sobie wyobrazić, co bym
zrobił gdyby on naprawdę się powiesił. Lubię sobie wmawiać, że
pewnie bym mu pomógł, wpadłbym przez okno do tego pokoju, jednym
szybkim ruchem podźwignąłbym wisielca i czym prędzej go odetnął.
Uratowałbym go. Sam już nie wiem, w momencie, gdy mój aktor
zwalił spod swoich nóg krzesło, jakaś siła popchnęła moje ciało
do przodu, chciałbym wierzyć, że instynktownie chciałem pomóc.
Od tamtego wydarzenia minęło sporo czasu, a ja pamiętam je jak
bym oglądał je wczoraj wieczorem. Nie wiem, co się teraz dzieje
z tamtym chłopakiem, nigdy też nie widziałem tamtego zdjęcia.
Tamta noc trochę zmieniła mnie. Zacząłem coraz bardziej
przejmować się innymi, a siebie zostawiłem na dalszym planie.
Jednak dalej mogę się włóczyć po moimi zapomnianym mieście nie
zauważonym przez nikogo.
Wszystko tutaj przedstawione zostało wymyślone w moje głowie i
nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.
Altar
salusa@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|