Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Altar ::::

Sznur



Lubię się nocami włóczyć po ulicach mojego zapomnianego przez Boga i ludzi miasta. Wieczór jest ulubioną porą dnia, mogę chodzić wszędzie i nikt mnie nie dostrzegam, a ja widzę wszystko to, co jest niezauważalne oraz zapominanie przez wszystkich. Zresztą to dla mnie żadna różnica czy to jest poranek, południe czy tez najczarniejszy środek nocy i tak nikt mnie nie dostrzega, może to nawet lepiej.
Ostatnio przechodziłem obok opuszczonej kamienicy, z tego, co mi się zawsze wydawało nikt tam nie powinien mieszkać, bo budynek ten przeznaczony był do rozbiórki, a ja zauważyłem światło. Rozejrzałem się wokoło, chciałem sprawdzić czy jeszcze ktoś oprócz mojej skromnej osoby to zauważył, nie było nikogo. Miałem to sobie odpuścić, iść dalej przez nikogo nie zauważony, zapomnieć, przecież to nie moje sprawa. Już się odwróciłem, gdy do mojego zmysłu słuchu dobiegły znajome takty muzyki. Naprawdę niezły kawałek. Z zamkniętego budynku (sprawdzałem wcześniej) dobiegała mnie muzyka Led Zeppelinów, a konkretnie "Schody Do Nieba". Według mnie to jeden z najlepszych ich utworów, może najlepszy (zresztą, co ja tam wiem, więcej ich kawałków nie znam). Podszedłem bliżej ściany, poszukałem najbliższego okna skąd mógłbym rozejrzeć się w środku i zorientować się w sytuacji. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, jednak zajrzałem przez brudną szybę do środka, chwile później żałowałem, że lubię słuchać Led Zeppelin, ponieważ przez ich piosenkę podszedłem pod okno i zajrzałem do środka. To, co zobaczyłem zaskoczyło mnie i zarazem ogromnie przestraszyło. Pierwsze, co udało mi się zobaczyć to kawałek grubego sznura zawiązanego w pętle oraz stare rozwalające się krzesło, na którym ten sznur leżał. Przez chwilę po prostu nie wiedziałem, co mam ze sobą w tym momencie zrobić, chciałem uciec stamtąd jak najszybciej jednak nogi odmówiły mi posłuszeństwa, chciałem krzyczeć, wołać kogoś o pomoc, lecz jedynie, co wydawało moje gardło to cichy kaszel, (gdy to sobie przypominam zbiera mi się na wymioty), chciałem coś zrobić, lecz nie mogłem się zmusić do czegokolwiek, po prostu stałem tam i patrzyłem na ten sznur i stare krzesło i czekałem, czekałem na głównego bohatera tego przedstawienia albo może bohaterów. Chwilę później do zaciemnionego pokoju wszedł bohater przedstawienia, którego byłem jedynym widzem, a na domiar złego nie miałem wykupionego biletu wstępu. Był to młody mężczyzna, wiekiem było mu bliżej do dwudziestego niż do trzydziestego roku życia, zachowywał się normalnie, tzn. był spokojny i opanowany, nie jak ktoś, kto miałby za chwilę popełnić samobójstwo (takie wnioski wyciągnąłem, gdy zobaczyłem sznur i to krzesło). Nie spieszył się. Powoli podszedł do krzesła, jakby od niechcenia podniósł z niego leżący sznur, wszystko, co robił wyglądało na przemyślane i z góry zaplanowane, nie wykonywał żadnych niepotrzebnych ruchów a wszystkie czynności wykonywał z niezwykłą precyzją i dokładnością. Podniesiony sznur trzymał w rękach kilkanaście sekund, chciał sprawdzić czy zrobiona przez niego szubienica jest poprawnie zawiązana i czy przypadkiem nie rozwiąże się, gdy on będzie wisiał, niektórzy twierdzą, że przed śmiercią człowiek widzi całe swoje życie, kiedyś się tego dowiem. Szybkimi ruchami dłoni wprowadzał poprawki w swoje "dzieło życia", a gdy na jego twarzy zauważyłem uśmiech zadowolenia, wtedy on gwałtownym ruchem zarzucił sznur na wystającą ze ściany belkę. Nie śpiesząc się podniósł dyndający koniec sznura a następnie przywiązał go. Żeby mieć pewność, że przygotowana szubienica wytrzyma ciężar swojego gościa, podszedł do pętli złapał ją obiema rękoma i mocno szarpnął, wytrzymała, szarpnął drugi raz, wytrzymała, szarpnął raz trzeci również wytrzymała, po chwili podciągnął ciężar swojego ciała w powietrze, zawisł w bezruchu przez moment, jakby chciał sprawdzić jak to będzie. Może mi się wydawało, ale zauważyłem, że bohater przedstawienia zaczął się huśtać na przygotowanym przez niego samego miejscu śmierci, kołysał się na tym sznurze raz do przodu raz do tyłu, jak małe dziecko, które pragnie się wyszaleć zanim pójdzie spać. Gdy sprawa ?szubienicy" była już sprawdzona, zajął się krzesłem. Mimo że wyglądało na to, że do punktu kulminacyjnego przedstawienia przygotowywał się bardzo długo i starannie jednak wszystkie sprawy związane z jego nadejściem dokładnie kontrolował, nie chciałby przez jakiekolwiek przeoczenie z jego strony całe przygotowanie nie poszły na marne, to miała być zarazem próba generalna jak i jedyny występ dla publiczności - dla mnie. Krzesło również przechodziło najsurowsze testy, jakie tylko przychodziły mu do głowy, jednak z krzesłem nie zajmował się tak jak długo jak ze sznurem, sprawdził jedynie czy się za bardzo nie chwieje. Nie chciał upaść za wcześnie? Nie wiem. Po prostu wszystko dokładnie sprawdzał. Gdy już to zrobił, to po prostu wyszedł. Jego wyjście z pokoju zaskoczyło mnie równie mocno jak przedmioty, które zauważyłem przez brudną szybę. Jego nie było. W tym momencie uświadomiłem sobie, że dalej słyszę muzykę, jednak to nie były już "Schody Do Nieba", dochodzące do mnie dźwięki nie były już tak łagodne i melodyjne, było to już dużo mocniejsze granie z głośnym wyciem wokalisty, przez którego śpiewany tekst stawał się zupełnie niezrozumiały. Muzyka jednak nie była zbyt głośna i z łatwością mogłem usłyszeć wszystkie inne dźwięki. Jego dalej nie było, a ja stałem pod oknem jak skamieniały dalej nie mogłem się poruszyć, lecz już nie ze strachu a z ciekawości. Chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Dla mnie nie była to w tym momencie rzeczywistość, czułem się jak widz oglądający film sensacyjny, który wie, że główny bohater dramatu zaraz zginie, a mino wszystko chce to zobaczyć, bo to jest tylko film. Próbowałem się rozejrzeć w środku, jednak zabrudzona szyba mocno ograniczała pole mojego widzenia, przed oczyma miałem jedynie wąską przestrzeń, w centrum, której znajdowało się stare krzesło i wisząca bezpośrednio nad nim szubienica. Jego nie było. Powrócił. Powrócił, może po 10 minutach nieobecności, jednak w takich dziwnych sytuacjach czas staje się pojęciem abstrakcyjnym, minuta może wydawać się godziną, wspomniana już godzina przechodzi przez człowieka jak ułamek sekundy. Powrócił, może nawet jego powrót w pewnym sensie mnie ucieszył. Szedł jakoś dziwnie, dopiero później zauważyłem, że niósł na rękach jakiś przedmiot, nie wiedziałem, co to było, mimo że starałem się znaleźć odpowiedni punkt obserwacyjny jednak przez zabrudzoną szybę nie widziałem nic oprócz ?środka sceny", mogłem jedynie sobie coś wyobrazić. Nic mi do głowy nie przychodziło. Przy tym przedmiocie spędził jakiś czas, ustawiając go, dokręcając i wnosząc ostatnie jakieś tam poprawki. Gdy wszystko zostało przez niego dokładnie sprawdzone usłyszałem pewien dźwięk, coś w rodzaju nakręcania budzika, przynajmniej tak to brzmiało. Potem zauważyłem, że jego zachowanie diametralnie się zmieniło, nie była już spokojny i opanowany, wszystkie następne czynności przez niego wykonywane były bardziej chaotyczne i niesprecyzowane, mimo iż z konsekwencją doprowadzały mojego bohatera do końca przedstawienia. Wyraźnie się śpieszył. Szybkim krokiem podszedł do krzesła, chwile później już stał na nim. Bez namysłu nałożył na szyje pętle, zrobił to bardzo zdecydowanym ruchem. Czekał. Czekał, jakby całe jego zdecydowanie go w tym momencie opuściło. Miałem nadzieje, że zejdzie z tego krzesła a jego próba samobójcza będzie tylko próbą zakończoną fiaskiem. Miałem nadzieje, że powróciła w jego żyły chęć życia, że wszystkie te drobiazgowe przygotowania pójdą na marne. Jednak tak nie było, on wciąż czekał, a ja nie mogłem zrozumieć, na co. W pewnej chwili usłyszałem dźwięk, jaki można usłyszeć w bardzo starych zegarach, przed wybiciem przez nie pełnej godziny, a mianowicie zazębiające się ze sobą tryby. Czyżby czekał na pełną godzinę swojej śmierci, może na północ by swojemu odejściu z tego świata nadać jeszcze więcej dramatyzmu. Instynktownie spojrzałem na zegarek, było cholernie ciemno, nie mogłem dokładnie zauważyć, która mogła być w tym momencie godzina, jednak jestem całkowicie przekonany, że na pewno nie pełna godzina nie wspominając już o północy. Gdy ostatni tryb wydał swój dźwięk, on jakby na rozkaz zwalił z pod swoich stóp krzesło i zawisł, był odwrócony tyłem do mnie, więc nie widziałem jego twarzy. W tym samym momencie oślepił mnie nagły błysk ostrego i przenikliwego światła, a mój bohater runął na podłogę. Stałem tam oszołomiony i kompletnie zdekoncentrowany. Nie mogłem zrozumieć, co się stało, tyle drobiazgowych przygotowań, ?kompleksowe testy jakości", a tu porostu sznur nie wytrzymał. Nie wiedziałem, co się dzieje. Chwilę później wszystko stało się jasne. On po prostu wstał, ruszył kolka kroków naprzód, podszedł do ustawionego wcześniej przedmiotu i przeniósł go w pobliże miejsca gdzie miał położyć kres swojego życia. To był aparat. Przedmiot, który tak dokładnie ustawiał, a ja nie mogłem go zauważyć to był zwykły aparat faktograficzny, no może nie zwykły, ale profesjonalny aparat wraz ze statywem. Powoli do mnie docierało, co się właściwie stało, poszczególne części układanki w mojej głowie przybierały końcowy kształt. Nie wiem, kim był ten młody człowiek, może był artystą, to chyba najbardziej pasuje do jego zachowania, ani w jakim celu robił sobie zdjęcie siebie w momencie ?chwili śmierci", ale trzeba mu przyznać, że miał dużo odwagi, ponieważ mały błąd w jego powiedzmy to ?obliczeniach" a naprawdę mógł zginąć. Wszystkie czynności, z pozoru przygotowania do wielkiej sceny samobójstwa miały na celu zrobienia jednego zdjęcia. Tylko jednego. I nic więcej się nie stało. On pozbierał swoje zabawki i wyszedł nie oglądając się za siebie. Gdyby to zrobił pewnie by mnie zauważył. A ja. A ja tam stałem, zupełnie sam, jeszcze długo, zastanawiając się nad cały tym wydarzeniem, którego byłem mimowolnym świadkiem. Nie potrafię sobie wyobrazić, co bym zrobił gdyby on naprawdę się powiesił. Lubię sobie wmawiać, że pewnie bym mu pomógł, wpadłbym przez okno do tego pokoju, jednym szybkim ruchem podźwignąłbym wisielca i czym prędzej go odetnął. Uratowałbym go. Sam już nie wiem, w momencie, gdy mój aktor zwalił spod swoich nóg krzesło, jakaś siła popchnęła moje ciało do przodu, chciałbym wierzyć, że instynktownie chciałem pomóc. Od tamtego wydarzenia minęło sporo czasu, a ja pamiętam je jak bym oglądał je wczoraj wieczorem. Nie wiem, co się teraz dzieje z tamtym chłopakiem, nigdy też nie widziałem tamtego zdjęcia. Tamta noc trochę zmieniła mnie. Zacząłem coraz bardziej przejmować się innymi, a siebie zostawiłem na dalszym planie. Jednak dalej mogę się włóczyć po moimi zapomnianym mieście nie zauważonym przez nikogo.




Wszystko tutaj przedstawione zostało wymyślone w moje głowie i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.


Altar

salusa@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||