|
Katastrofa
Leżeli obok siebie na piasku przez długie godziny. Zapadał wieczór,
powietrze było coraz bardziej chłodne, słońce chowało się za horyzont
rzucając czerwoną poświatę na taflę morza. Oni jednak nie podnosili się
z ziemi. Nie mówili nic, po prostu nie mieli siły. Po raz pierwszy od
wieli, wielu lat zagrały w nich wszystkie naraz uczucia. Miłość,
pragnienie, dobro, piękno... Nawet pożądanie. W końcu pierwsza odezwała
się ona:
-Jak ci na imię? - Zupełnie nie wiedziała jak zacząć.
-Imię... A czy to ważne? Kiedyś nazywali mnie Adam. Zresztą już prawie
o tym zapomniałem.
-Adam... - powtórzyła kobieta - Zawsze podobało mi się to imię. Nosił
je mój chłopak...
To co powiedziała, sprawiło że mężczyzna znów zaczął płakać jak
dziecko. Tak jak kilka godzin wcześniej, gdy ją zobaczył. Nie wiedząc
co robi przytulił się do niej. I znowu stracił zdolność do mówienia.
- Cholera - odezwał się niewyraźnie, przez łzy - Tyle lat myślałem że
jestem tutaj sam. A teraz - znalazłem kogoś. Kobietę.
- Nie mów nic. Przytul się - usłyszał. Ona czuła to samo. Huragan myśli
i uczuć, nawałnicę skrywaną przez wiele lat i prawie zapomnianą.
- Co teraz będzie? - spytała niepewnie.
- A co ma być? - usłyszała w odpowiedzi.
Nie wiedział. Nie mógł sobie przypomnieć, wyłowić tego z pamięci.
Kiedyś ktoś zadał mu to pytanie. Był wtedy szcześliwy. Ale to było
tak dawno...
- Kurwa, kurwa, kurwa mać! Nie wytrzymam!!! - zaczął gwałtownie
przeklinać w ataku histerii. Nie protestowała. Zagryzła wargi i
dała mu się wypłakać. Skończył, usiadł na ziemi chowając głowę w
ramionach. Kobieta podeszła bliżej, objęła go i rzekła:
- Musimy to jakoś ogarnąć. To co się nam zdarzyło. Na stare lata...
"Na stare lata" zabrzmiało jakoś dziwnie. Fakt, nie byli już młodzi.
Mężczyzna przekroczył niedawno siedemdziesiąty rok życia, lecz był
jeszcze wyprostowany i silny. Musiał taki być. Kobieta była o kilka
lat młodsza i jak na swój wiek atrakcyjna. Drugie słońce zaczęło
właśnie wyłaniać się zza morza po przeciwnej stronie wyspy. Można
to było poznać po promieniach nad ścianą lasu.
Wiesz - rzekł on - wydaje mi się że najlepiej będzie jak powspominamy.
I tak nie wiedziałbym od czego mam zacząć, co w ogóle zrobić. Nie
myślałem że w ogóle będę jeszcze widział człowieka. A co dopiero tak
ładną kobietę.
Uśmiechnęła się. Nie słyszała komplementu od czterdziestu z hakiem
lat. Sama nie wiedziała dokładnie od ilu. Oboje dawno stracili rachubę
czasu.
- Jakie to wszystko wydaje się dziwne - rzekła po namyśle - miłe słówka,
moje "na stare lata", dosłownie wszystko wydaje się tak odległe. Mam
wrażenie że odeszło razem z... no wiesz. I nie ma prawa wrócić.
- Ja też - potwierdził. Dlatego mam taki mętlik w głowie.
- Jesteś wrażliwy...
- Nadwrażliwy. Zawsze byłem. Jeszcze na Ziemi zastanawiałem się nad
bardzo wieloma sprawami. Jako mały chłopiec bardzo ufałem ludziom.
Rodzice rozpieszczali mnie, miałem wszystko, nie musiałem się bać.
- Rozumiem - odrzekła - miałam całkiem inne dzieciństwo ale rozumiem.
Będąc małą dziewczynką bardzo chciałam mieć złudzenia, potem gdy
dorosłam, też. Ale nie mogłam ich mieć od najmłodszych lat. Życie
obeszło się ze mną wyjątkowo brutalnie.
- Powiedz, nie pisnę nikomu słówka - zaśmiał się gorzko.
- Wredny, cyniczny żart! - obruszyła się. Nigdy, nikomu o tym nie
mówiłam - dodała zaraz ocierając łzę. Ale masz rację, w tej sytuacji...
Mój ojczym był alkoholikiem. Bił mnie i mamę, a gdy miałam piętnaście
lat...
- Nie kończ - rzucił szybko mężczyzna i objał kobietę ramieniem, po czym
wrócił do wspomnień:
- Tak więc rosłem sobie i chciałem zmienić cały swiat wokół. Stanowiłem
modelowy przykład małego egoisty. Momentami wręcz potwora. Gdy zacząłem
studia, zmieniłem się. Studiowałem historię i prawo. Wtedy zacząłem
patrzeć na oczy. Przyszły pierwsze zwycięstwa i porażki. Takie
prawdziwe. Zaczałem mieć przyjaciół, kochać, pracować. Po prostu żyć.
Tak jak się żyć powinno.
Urwał, jakby szukając odpowiednich słów. kobieta odezwała się:
- Tak, na studiach i moje życie się zmieniło. Poznałam cudownego
chłopaka, właśnie Adama. Był mi i chłopakiem i ojcem. kochałam go do
szaleństwa. Planowaliśmy ślub, ale... wiesz co się stało. Zastanawiać
nad wszystkim zaczęłam się później.
- Czyli wtedy gdy już nie było nad czym - rzucił gwałtownie, po czym
zreflektował się. Przepraszam - dodał - cynizm ze mnie wyłazi. Nie
dziwota. Jakoś musiałem się przystosować. Ale cynizmowi zaczynałem
ulegać od dawna. jeszcze przed... katastrofą - odważył się wreszcie
powiedzieć - na krótko przed wybuchem doszedłem do wniosku, że
wszystkie ludzkie sprawy w gruncie rzeczy niczym się nie różnią. Że
czego byśmy się nie podjęli, służy to zawsze kilku tym samym celom.
Pod tym względem nie różnimy się od zwierząt.
Nie przerywała, choć kiedyś nie zgodziłaby się z tym co mówił.
- Człowiek to ułomne stworzenie. A czasami bestia. A życie to... to nie
bajka. Zrozumiałem to wcześnie. Może nawet za wcześnie. Długo nie
mogłem się pogodzić ale w końcu to zrobiłem. Stałem się humanistą, z
yskałem siłę. I pewność, że nic już mnie nie złamie. I wtedy nadeszła
katastrofa. Pamiętasz coś jeszcze?
- Niewiele - odpowiedziała - to się stało tak nagle, nic na to nie
wskazywało. Nie wiem w ogóle jak do tego doszło. Jak ktoś mógł wyzwolić
energię zdolną rozerwać na kawałki całą Ziemię. Już na okrutny żart
zakrawało to że ci idioci zmitygowali się i powiedzieli że mają te
kapsuły...
- O kapsułach też słyszałem - przerwał - Pieprzeni specjaliści z tych
cholernych tajnych agenji i ich równie pieprzone super tajne
eksperymenty. Ciekawe co oni jeszcze chowali tam pod ziemią?
- A czy teraz to ma jakiekolwiek znaczenie? Ważne że znaleźliśmy się
w kapsułach - rzekła, choć wiedziała że i to ani przez chwilę nie było
ważne - Ja po prostu mieszkałam blisko i kiedy powiedzieli że mają,
pojechałam z całą rodziną. Nie pamiętam nic więcej... Nie wiem ile tego
wystrzelili i co się stało z resztą. Obudziłam się tutaj, z jeszcze
jedną dziewczyną. Utopiła się niedawno. Biedna, dobra Mary. Wtedy
wsiadłam w tę łódź i popłynęłam umrzeć gdzieś na morzu. Straciłam
nadzieję. Przestało mi zależeć...
- Mnie nigdy nie przestało - rzekł on - ani przez chwilę. Żyłem sam
przez nie wiem jak długi czas. Jakoś się przystosowałem. Coś mnie
trzymało, jakieś cholernie silne wewnętrzne przekonanie że jednak
trzeba żyć, niezaleznie od tego jak będzie. Humanistą byłem, humanistą
zostałem. A dziś, gdy cię zobaczyłem, odebrało mi siły do wszystkiego.
Skończył i znów instynktownie przytulił się do kobiety. Nie mówili
nic przez długi czas, w końcu zapadli w sen.
Obudzili się następnego dnia. Kobieta była w dobrym nastroju.
Mężczyzna nie odzywał się przez dłuższy czas. Postanowiła więc
przerwać milczenie.
- Adamie - rzekła - powiedz, czy to nie cud? Spotkalismy się
kilkadziesiąt lat po katastrofie Ziemi, na planecie niemal bliźniaczo
do niej podobnej, po tylu latach samotności? Po latach długiego,
czasem beznadziejnego oczekiwania?
Atak bezslinej złości który wzbierał w nim od dawna, osiągnął apogeum.
Panował nad sobą, jednak mówił głośno i gwałtownie:
- Cud? Jaki cud! - niemalże krzyczał - to kpina! Cholerna kpina tego co
siedzi gdzieś tam w górze! Psiakrew, mówili że on stworzył ten świat!
Roślinki - dobrze, zwierzątka - dobrze, ale człowiek? Kurwa, ten
palant nad nami, jezeli jest, to jest zdrowo rabnięty! Jeden gatunek
potrafił zniczczyć wszystkie inne! Mało tego, zniszczył siebie! Pomyłka
stwórcy albo ewolucji. Od małego dziecka każdy człowiek stawia się
światu, chce po swojemu! Od wieków budowali te głupie państwa i
paranoiczne ustroje! Zamiast, psiakrew, żyć w zgodzie z naturą. Wojny,
głód, choroby, pogoń za kasą i przyjemnościami - to nakręcało starą
Ziemię. I przekręty absolutnie we wszystkim. I te przekręty nas
wykończyły! Super tajny program badań kosmosu! Sekret nas sekretami!
Walnęło to wszystko pewnego pięknego dnia, i dobrze! Mój ojciec robił
w tym gównie. Był mało znaczącym szarakiem, ale miał wystarczające
koneksje żeby upchnąć mnie do kapsuły. Ogłosili że je mają, zgoda.
Ale mieli dwa i pół tysiąca miejsc! A w dwa dni zjechało się
czternaście milionów ludzi i to z samych Stanów. Prawie cała ludzkość
do ostatniej chwili nie wiedziała co ich wykończyło! A wykończyli
ich inni ludzie. Siedzieliśmy na beczce z prochem od badrzo dawna. To
się musiało tak skończyć!
- A ty przez te wszystkie lata nawet nie próbowałeś się z tym pogodzić!
- zripostowała ostro. Twój humanizm możesz sobie wsadzić! Buntownik
bez powodu i na przekór wszystkiemu. Jak prawie każdy facet zresztą.
Powiem ci, dlaczego przetrwałeś sam. Bo się postawiłeś. Wszystkim
przeciwnościom. Skleciłeś ten szałas, żarłeś te owoce, może polowałeś
jak byłeś młodszy. Chciałeś zyć. I tylko żyć. Na nic nie czekając.
Zabiłeś w sobie nadzieję, zabiłeś uczucia. Jak widać nie do końca, bo
wyszły z ciebie wczoraj. Ale nade wszystko jest w tobie cynizm, ten,
który wywlokłeś na wierzch żeby przeżyć!
- A co u jasnej cholery miałem zrobić? Nie zrozumiesz mnie kobieto, bo
tu się różnimy. Robiłem to co musiałem. Czym miałem się rozczulać?
Słoneczkiem? Ptaszkami? Tymi stworkami podobnymi do kupy gówna,
które są tu wszędzie i smakują jak kurczak? Chciałem żyć, jak
powiedziałaś.
Oboje opadli z sił. Pierwsza odezwała się ona:
- Chyba masz rację. Mężczyzna i kobieta tylko będąc razem mogą sobie
pomóc. Osobno też mogą żyć, ale jest im bardzo trudno zobaczyć w tym
wtedy jakiś sens. Nie mam prawa cię osądzać. Widzisz, po znalezieniu
się tutaj także wiele myślałam. Także było mi ciężko. Opłakałam
chłopaka, rodzinę i przyjaciół. Doszłam do tych samych wniosków co
ty, tylko w przeciwieństwie do ciebie pogodziłam się z nimi. Ten twój
wybuch - to było bardzo ludzkie. To właśnie takie wybuchy, brak
kontroli nad emocjami i pragnieniami, nasze ludzkie namiętności
i tylko one doprowadziły do katastrofy. A teraz? Jesteśmy być może
ostatnimi ludźmi w całym wszechświecie. A to dalej w nas siedzi.
Od tego nie uciekniemy. Ja też to mam. Ale ja, jak powiedziałeś,
jestem kobietą. Rok psychologii to może mało, lecz przydał mi się -
dodała po krótkiej chwili. Więc to jednak cud, mój Adamie, że mimo
wszystkiego co zaszło, spotkaliśmy się tutaj. Dobrze o tym wiesz.
Zawsze dziękowałeś Bogu za to, że udało ci się przeżyć. I chyba
zawsze na coś czekałeś, sam nie wiedząc na co...
Milczał dość długo, a po chwili dodał:
- Masz rację, to jednak cud. Mimo wszystko. Mimo tego że jako gatunek
skończyliśmy tak, jak od początku na to zasługiwaliśmy. Ile lat
jeszcze nam zostało? Jesteśmy silniejsi niż te cherlaki z Ziemi,
które na dobrą sprawę nie musiały się o nic martwić, ale dłużej
niż piętnaście lat już nie pożyjemy. Dobrze więc. Ani słowa o
katastrofie. Liczy się tylko tu i teraz. Czas, który nam został,
spędziny jak ludzie.
- Masz rację - odparła i przysunęła się do niego bliżej.
- Nie zapytałem cię jeszcze o imię. Jak się nazywasz?
- A czy to ważne? - odpowiedziała. Ewa - dodała po chwili namysłu.
Pierwsze promienie słońca, które wstawało wcześniej, zastały kobietę
skuloną w kącie chaty. Na poziomej belce wisiał zimny już trup
mężczyzny, zaś na jednej ze ścian widniało wyskrobanych ostrzem kilka
zdań:
"Wybacz, nie wytrzymałem tylu wzruszeń. Nie powinniśmy byli się
spotkać. Może gdybyśmy byli młodzi. Można by było zacząć od początku.
A teraz - to wszystko nie ma sensu. Zresztą nie miało ani przez chwilę.
Od samej starożytności."
Ewa przeczytała napis i rzekła, ni to do siebie, ni to do niego:
- A zatem uciekłeś tchórzu. Jak to mężczyzna... nie, jak każdy człowiek.
Ale ty mówiłeś że zawsze ci zależało, biedny cwaniaku. Teraz, dopiero
teraz przegraliśmy!!!
Wyszła na brzeg morza, ocierając kilka łez. W jej oczy momentalnie
rzuciła się mała, drewniana, przypominająca łupinę łódka, której
jeszcze nie było gdy wchodziła do chaty. Gramoliło się z niej na
brzeg dwoje może pięcioletnich dzieci, chłopiec i dziewczynka.
Donald
sponsor@krak.tke.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|