|
Cool-jazz
Zadymiony, pogrążony w mroku bar z obitymi zielonym suknem ścianami, z sączącym się z głośników cool-jazzem, z zanurzonymi w skórzanych fotelach i w sobie dwudziestokilkuletnimi ludźmi, ze stolikami, na których stoją pełne niedopałków popielniczki i nie najczystsze kufle, co chwila podnoszone do znużonych ust. Świadomość, brak sił i wiary, bierność.
Przy jednym ze stolików on i ona wraz z kilkorgiem znajomych zatopieni w niebieskiej mgle. Niespiesznie ogłuszają się alkoholem, usypiają się wolną solówką na trąbce, która wlewa im się do żył, pulsuje w nich leniwie, nieśmiało... Zajęci swoimi lepkimi myślami, czasem wdają się w jakieś puste, guzdrzące się rozmowy, słowa pełzną z ust, oczy apatycznie ślizgają się po twarzach.
Potem on i ona wracają do tego zaniedbanego, odnajmowanego mieszkania - z nieznajomymi sąsiadami, ze starą wanną w łazience, w której biorą dwie nieistotne kąpiele, z książkami na półkach, szafie, biurku, podłodze, ze stosem jazzowych płyt w rogu pokoju, z białym talerzykiem służącym za popielniczkę, z lodówką, w której masło, żółty ser, keczup i kilka puszek piwa, z jednym na pół uschniętym kwiatkiem w doniczce, z nie zasłanym łóżkiem, do którego po kolacji z kilku kanapek popitych pozostałą z rana herbatą wchodzi ta dwójka; tak samotni, że aż prawie się kochający. Przy zgaszonym świetle, w kompletnej ciszy odruchowe pocałunki, nieważny dotyk, rytuał, który dawno utracił moc i znaczenie. Powolny pląs zimnych ciał, pozorne zjednoczenie. Leniwe falowanie, nieznacznie przyspieszony oddech, oczy nie szukające oczu, dwie osobne dusze, przepojony smutkiem tępy orgazm, koniec.
Ona zaraz zasypia zmęczona dniem, on siada w fotelu, w ciemnościach znajduje na stoliku paczkę papierosów, wyciąga jednego, zapala go, mrużąc oczy przed blaskiem płomienia, i - strzepując od czasu do czasu popiół na biały talerzyk - wpatruje się w widoczny przez okno skrawek bezgwiezdnego nieba. Czerwono-pomarańczowy świetlik kreśli łuki w mroku, po czym umiera, aby po kilkunastu minutach odrodzić się w ogniu zapalniczki i powtórzyć cały cykl swojego krótkiego życia.
Przy ostatnim papierosie robi się już jasno. Na balkonie owiewa go poranny chłód. Zza horyzontu wyłania się czerwone słońce, słychać też wrzask rozbudzonych ptaków. Nie gasząc papierosa, rzuca go w dół i obserwuje nierealny lot żarzącego się punktu. Przystawia stary, drewniany stołek do balustrady. Krok na stołek, krok na balustradę, krok w nic.
Phnom Penh
phnom@go2.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|