Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Homek Toft ::::

Ballada o smutnym drechu



Siedział w oknie patrząc na ostatnie chwile tego dnia. Słońce zachodziło, ciepłymi kolorami malując drzewa i trawnik, także czarna zazwyczaj otchłań brudnego kanału wydawała się bezpieczniejsza. Mógłby teraz nawet napić się trochę tej błyszczącej, świetlistej wody. Zwizualizował sobie kilka kropel tego płynu podobnego ropie spływającego przełykiem i pozostawiającego setki małych złotych gwiazdeczek na prążkowanej wyściółce. Mógłby lśnić od środka, jak serduszko E.T. Chwilę popolemizował z sąsiadką, która uważała się za najmądrzejszą w domu i próbowała walczyć z ludźmi, a szczególnie mężczyznami, oblegającymi parapety. Cóż, takie rozmowy nigdy nie sprawiały mu przyjemności, zwykłe bluzgi. Bluzgi, o których szybko zapominał i potem uśmiechał się zjadliwie do tej kobiety. Popatrzał na beznadziejne życie tych ludzi. Wszystkie takie same mimo różnic, które tak bardzo chcieli podtrzymać. Życia były jak sklonowane. Codzienna hipnoza i medytacje, podczas których jak mantrę szeptali do siebie: Mam przyjaciół, dzisiaj będzie super impreza, będzie bardzo dużo piekącej gardło wódki z bazaru i może nawet coś zabiorę do domu, wyrwę jakiegoś towara i komuś wpierdolę. Kobiety przekonywały swoje świadomości, że okres jeszcze przyjdzie, to nic, przecież wszystko czasem się spóźnia, nawet śmierć. Jakaś nastolatka nakładając na siebie przecudowny puder pełen brokatowych lśnień modliła się, by Stiwen zechciał ją dziś przelecieć. Każdy planował coś na ten wieczór. Niektórzy odkreślali w kalendarzach dni z przykrym obowiązkiem upicia się na oczach kumpli, inni trenowali przed lustrem śmiech, pozostali, cóż, pozostali marzyli może o prawdzie, o prawdzie, która nigdy nie stanie się ich udziałem. Przykra świadomość, że świat jest pełen przymusu i bezsensownych poszukiwań, lęków o słowa i dotyk, dziwnych wyznaczników przeznaczenia. Przykra świadomość, że patrząc na kapsel od tymbarka wierzył. Nie wierzył patrząc na kawałek metalu znikający wśród nielicznych takich samych krążków na kościelnej tacy. Człowiek z parapetu. Wiedział, że teraz, w tym momencie, kiedy on spokojnie patrzy w łagodne fale kanału, na poligonach chłopcy uczą się zabijać, artyści poszukują swojego ja, a małe dzieci w chłodnych pokojach ściskają misie. Spuścił głowę, gdy w jego oczach stanęły dzieciaki uderzające swoje pluszaki piąstkami w nieme, tępe pyszczki, wyłupujące im paznokietkami paciorki oczu, rozpruwające puchate brzuszki plastikowymi nożami z makdonalda. Wiedział też, że w Afryce ktoś podpisuje traktat o likwidacji kopalni diamentu, z której żadna z rąk, szamanów, czy zwykłych parobków, nie wykopie węgla. Widział, jakby tam był, że pingwiny cofając się do środka Antarktydy. Ściśnięte między morderczym mrozem centrum bieguna, a zabójczym upałem na jego brzegach. Otrząsnął się i rozejrzał po pokoju. Nic w nim nie było takiego ciekawego. Nic. Na jego ramionach pięciopasmowa autostrada odmierzała styl jego życia. Łysa głowa przyssała mu się do szyby. Bose stopy, takie same jak stopy innych ludzi.

Coś dzisiaj powstrzymywało jego senność. Po szafkach krążyły cienie. Głowa pękała od myśli, od uczuć, od rozbicia. Uniósł dłoń do twarzy, umieścił ją między swym nosem a sufitem. Dłoń. Paznokcie, opuszki, linie papilarne, linia życia. Chciałby ją spleść z jakąś inną. Linię życia. Wstał i stanął przed oknem. Ciemna noc zapadła już kilka godzin temu. Leniwy widok snujących się samochodów, cichnące wystrzały, nieruchomiejące firanki, piłeczki córek mafiosów. Zostawiały zabawki na noc, bo nikt nie śmiał ich tknąć. Podszedł do biurka od komputera i wyjął kilka kartek z podajnika drukarki. Zapalił lampkę i kliknął długopis. Usiadł i sklecił kilka rymów. Kilka prostych wersów o swoim zagubieniu, aktorstwie, o swoim niezdecydowaniu, które pojawiło się zbyt nagle. Leniwa noc, gwiazdy nie otwierały dziś oczu, a wiatr nie poruszał liśćmi. Zmiął kartkę, i kolejną. Zbyt hiphopowe. Kolejna i kolejna. Zbyt nowoczesne, nie takie wiersze pamiętał, że chwalili w szkole. Otworzył się i zapisał kilka kartek zwykłymi uczuciami. Nie, to zbyt sentymentalne, jeszcze ktoś to znajdzie. Schował twarz w dłoniach i spróbował wycisnąć z niej myśli, te złe opowieści, wspomnienia i plany.

Dźwięk domofonu wyrwał go z odrętwienia. Właśnie przemijała najmroczniejsza część nocy. Zszedł na dół i zetknął się z grupką swoich kumpli z laskami. Jedna zajebista dupa zawiesiła mu się natychmiast na szyi i zaczęła coś gadać niedorzecznie. Objął ją w talii i uśmiechnął się do chłopaków. Tamci niepewnie trzymali się na nogach i świecili matowymi oczami. Rozmawiał z nimi, jakby rozmawiał z dziećmi, uważał na każde słowo, na każde słowo, którym mógłby dać im do myślenia. Czasem muskał palcami skórę dziewczyny i czuł jej ciepło, które go nie podniecało. Zauważył to z niejakim smutkiem. Przez te cholerne myśli, tą głowę nabrzmiałą od nieprzespanych marzeń, wszystko stawało się coraz trudniejsze. Osiągał spełnienie, prawdziwe spełnienie, zarówno fizyczne jak i psychiczne już tylko z fantazjami. Było coraz trudniej widzieć w tych ludziach marne namiastki społeczeństw i kultur. Przykro było marszczyć brwi na widok ich oczodołów pustych po ostrym ćpaniu. Dawniej po białej, wąskiej dróżce na papierze lub blacie dosięgał gwiazd, mógł szukać wzrokiem latarni i patrzeć im prosto w żarówki. Było wspaniale, teraz było ciężko. Pocałunek - nic, jak deszcz. Ślady podkładu - żadnej radości ze ścierania go przed lustrem. Ci chłopcy napawali go zmęczeniem i nieodparcie rezygnował przy nich z siebie. Z tego niedawno obudzonego człowieka. Tak, był drechem, prawdziwym, łysym w oryginalnych szmatach, w czerwonych butkach za sześć stów, z ciężkim złotem na ręku. Miał fajnego maluszka ze spoilerami i kilkoma lusterkami wstecznymi. Miał skórę i najnowszą nokje. Miał to wszystko. Miał ciężar na duszy. Wszystko zmieniało się, wracało jak w ciągu kosmicznych deżawu. Musiał mechanicznie uspokoić trochę zbyt rozdygotanego Dżorcza. Dżems także wykazywał zdenerwowanie. Kopał w rynnę i dziwnie patrzał się na betonowe płyty na chodniku. Uśmiechał się do nich szeroko, jakby próbując je ze swoimi zębami. Chciał niszczyć, gryźć, pojedynkować się ze swoim marnym życiem. Potrzebował jakiegoś bodźca z zewnątrz, stymulatora, podrażnienia.
- Spokojnie, Dżems. Nie idziesz czasem do domku?
- Nie, stara na hawirze czeka. Jak coś wyczuje, to mam z głowy telepator.
- No, widzę, że ty to zajebisty luzak dzisiaj jesteś, Dżems - stwierdził.
- No racza - odrzekł z dumą chłopak.
- No to spierdalaj, dasz radę. Stara ci wybaczy.
- Dobra, nara, ludzie. Jutro na miejscówce?
- Pewka. Nara, Dżems, dasz radę - odprowadzał go chór głosów i śmiechu.
Gdy Dżems zniknął w przepastnych fałdach sukni matki Nocy wszyscy się rozeszli na łagodne polecenie właściciela wspaniałych, połyskujących jak droga mleczna dresów. Odblaskowe atki przemieszczały się po schodach niosąc ich nosiciela do mieszkania. Trzask drzwi, uderzenie stalowych sztabek zamków, klapnięcie na dywanik. Setki zawiedzionych myśli i możliwości, które teraz piętrzyły się tu i tam w mózgu. Połączenia między neuronami bolały, każdym nanometrem ciążyły na duszę. Ciążyły, implodowały, wypychały włosy na skórę głowy.

Okropna przemiana w świetle księżyca i przy akompaniamencie nieludzkich wrzasków. Obudził się około południa w absolutnych ciemnościach. Śmierdziało popularnymi petami i cytrynowymi bełtami. Wstał i został powalony przez jakąś twardą, drewnianą przestrzeń. Głośny stuk. Rozłożył ręce na boki. Nie natrafił na nic. Tkwił w jakiejś próżni, która zdawała się pochłaniać światło. W czarnej dziurze ginęły promy kosmiczne, ginęły załogi Enterprajsów i Sokołów, ginął poblask potylicy. Namacał w kieszeni swoją nokje. Odblokował klawiaturę. Telefon wybuchnął zielonym światłem, twardy panel wesoło ciążył w dłoni. Był teraz pewniejszy z czterema kreskami zasięgu i trzema baterii. Wystawił przed siebie jak pochodnię i zaczął wytrzeszczać oczy. Nagle światło padło na jakąś powierzchnię. Wyciągnął dłoń do przodu i pomacał. Rozłożył ręce na boki na początku, nie pomyślał o kosmosie przed sobą i za sobą. Opierając palce o tą dziwną ścianę stwierdził, że robił tak przez całe życie. Że zawsze tkwił na jednym poziomie, na linii prostej utworzonej przez barki, ramiona i całą resztę kończyn górnych. Lekko, z przestrachem, przymykając oczy pchnął barierę. Ustąpiła. Jaskrawe światło zalało jego twarz i całe ciało. Zmrużył oczy i ścisnął wszystkie myśli w jednym odgrodzonym terytorium mózgu. To, w co nie wierzył, światło, stało się dotykalne. Z łomoczącym sercem (wyobrażał sobie, że tak musiała czuć się Alicja i Nijo, kiedy wyciągali im z głów kable) przestąpił próg szafy i stanął na pokiereszowanej spadającymi gwiazdami podłodze.


Nazajutrz spakował wszystko do malucha. Torby pełne ubrań i prowizorycznego jedzenia. W foliowe worki przewiązane szczelnie taśmą załadował pliki brudnej forsy. W jego głowie pulsowały myśli. Pulsował stres, czy siostra go przyjmie na kilka dni. Mieszkała wiele miast stąd. Ale musi spróbować, tu nie może zostać, zamęczyłby się. Cokolwiek tu ma: pieniądze, kobiety i kumpli. Tak dłużej nie można, przed umysłem nie można uciec, nie można go zagłuszyć ani wyplenić z siebie. Chujowo tylko, że niektórzy myśleli, że ja nie myślę - pomyślał. Ale to nie było teraz ważne. Nie liczy się tak naprawdę, ilu ludzi w życiu skopałeś, ile psychik zdeptałeś, ile wytoczyłeś krwi na prześcieradła rodziców kumpeli. Traci znaczenie, ile zaliczyłeś szpar, ile pokonałeś półek i wycisnąłeś na klatę. Liczą się tylko myśli. Możesz próbować je zabijać. Kiedy się pojawiają, bolą i męczą, są te o samobójstwie, te o bezlitosnych dziewczynach, te o łatwych dziewczynach, te o sensie, teologiczne. Nie ma odwrotu. Możesz medytować, wbijać paznokieć w nasadę kciuka. Musisz zrozumieć, że twoje myśli, to obraz ja, które chcę się do ciebie przebić. I im się to uda, nie możesz udawać dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nawet zabijając całe ich legiony, rozdmuchując ich szwadrony fizycznym potępieniem swych mięśni, nie dasz im rady. A to z jednej prostej przyczyny. Bo nie chcesz im tej rady dać. Pomyśl, że zabijając myśli, niwelując swoją świadomość, coś, co je produkuje, zabijasz siebie. Coś w tobie je produkuje, te myśli. Nie wygrasz sam ze sobą. W sobie nosisz potwora, w sobie nosisz siebie. Zabijając myśli, zabijasz siebie. Mordujesz duszę, stajesz się obłokiem, wrakiem, radiowozem wyrzuconym na złom, z nienawiścią okładanym kijami i rurkami, choć przecież jest już bezużyteczny. Czekała go już tylko śmierć, choć on o tym nie wiedział. Nikt nie przypuszczał, że teraz, w momencie pogodzenia się, zrozumienia, można umrzeć. Prawda była taka, że jeżeli uciekasz przed złymi myślami, pragniesz zastąpić je sztucznym szczęściem, śmiechem i zabawą to uciekasz sam przed sobą, niszczysz samego siebie, nie dajesz dojść sobie do głosu. Kiedyś to zrozumiesz, że nie warto tak się bić, na pewno zrozumiesz. Zrozumiesz, jeśli nikt ci nie przerwie.

Pod jego nogi podturlała się piłeczka. Kolorowa, okrągła, gumowa, o średnicy dwudziestu centymetrów, niewinna zabawka. Podniósł ją i dokładnie się przyjrzał. Dostrzegł wszystko to, co przed chwilą napisałem. No, znalazł jeszcze biały wentylek i ślad bucika. Poszukał wzrokiem jakiegoś dziecka, do którego musiała należeć ta kulka. W końcu znalazł. Z uśmiechem patrzał na podskakującą ku niemu dziewczynkę. Po drodze szybko przemknęła przez wyrysowane kredą klasy. Stanęła przed nim. Jeszcze szerzej się uśmiechnął i coś nawet powiedział. Ona też się uśmiechnęła. Wyciągnęła rączkę po piłkę. Dał jej. Liść przełamał się i spadł. Łza na policzku kaskadera spływała poziomo do jego ucha. Prędkość była niesamowita. Wyobraź sobie szybkość tak wielką, że nie dostrzegasz jej nawet. Nie, nie lot Supermena, ani uporządkowany maraton elektronów między stacją mir a Ziemią. Nie twoja myśl, ani moje palce, żadne tam gepardy, żadne czarne, tłuste muchy. Przedmiot tak szybki, że kiedy go widzisz, jego już tam nie ma. Ciało tak rozpędzone, że kiedy ścigacie się wokół planety, ono, zanim ty wystartujesz, znowu stoi obok ciebie. Liść. Kropla. Ruch rączką. Pulchny paluszek na spuście miniaturowej klamki. Otwarte drzwi. Korytarz pusty i ciemny. Nagle rozświetlony, i zaraz znów ciemny, jakby korki poszły natychmiast po tym, kiedy nacisnąłeś włącznik. Kula, jak człowiek z armaty, wrzeszcząc, raniąc swoje ciało, uderza w inne ciało. Krople krwi przez chwilę wiszące w powietrzu. Krople. Liść. Łza. Piłeczka tocząca się w stronę czarnych sandałków. Oddech. Źrenice. Krew. Kierownica. Nie można zapalić. Kuwa jedź. Mechanizm, ulga, odprężenie, jedziemy. Machająca dziewczynka. No i chuj. Czasem tak bywa. Pomyślał, że niby czemu ludzie walczą o życie. Nie chcą stracić, jakkolwiek beznadziejne by nie było. Z nadziei? Na co? Na miłość, na inną śmierć? Na pobudzenie? Przebudzenie, ze względu na co? Jedziemy. Tak. Mapa wskazuje nam drogę. Jego wspaniały, błyszczący dres za dwanaście stów, refleksy płyty sidi zawieszonej na lusterku. Radość z oszukania pał. Powiew wiatru gładzącego łokieć i polerującego złoto. Setka myśli i ten jeden wiersz, który trzeba spisać. Albo powiedzieć swojej miłości. Te kobiety... A w jego nieprzytomnym umyśle wszystko to się gotowało. Wszystkie myśli. Dziwny instynkt każący mu tamować krew płynącą z brzucha. Lepkie ręce na kierownicy. I tylko jej piskliwy głosik:
- Tatuś mi dał, żebym tym puknęła w każdego, kto dotknie moich piłeczek.
I jego twardy, trochę już zachrypnięty głos, wilgotny i wystraszony. Jego twarz jak twarz dziecka, które wbiło w świnkę morską widelec. Wytrzeszczone oczy, strach w źrenicach, mózg przebiegany setkami usprawiedliwień, niemych wrzasków, dziwnych ruchów palcami. Próba wyciągnięcia, świadomość krwi i agonii czegoś niezwykle ważnego. Jego głos, rozedrgany, jak podbródek:
- Tatuś... Ty nie masz żadnych piłeczek jeszcze... mała suko...
Zakrztusił się różową pianą śliny.

Jechał do swojej siostry z dziurą w brzuchu i mocno czerwonym i zaskorupiałym dresie. W jego głowie. W jego głowie była pustka. Zamglonymi oczami odprowadzał kolejne paski na autostradzie. Przed sobą, za sobą, obok siebie, nad sobą. Pod sobą i znów nad sobą. Potem był już tylko las i rwanie w ręku i biodrze. Taki spokojny metodyczny ból. Ograniczony i hermetyczny. To chyba ostatnia moja myśl - pomyślał. O czym warto by byłoby sobie opowiedzieć? Może przypomnieć sobie czas, kiedy jeszcze nie miał atków i drechów. Kiedy miał włosy?

Przypomniał sobie jak odłamek szyby leciał w powietrzu i trafił Boba w nogę. Jako czternastoletni gówniarze czuli się w zobowiązani do ratowania świata przed złym szatanem. Mieszkał w ich bloku, bezczelny luj. Wzięli raz cegłę, podeszli blisko, bo byli za słabi, żeby rzucić z odległości większej niż pięć metrów. Bob złożył dłonie wokół ust w trąbkę i dał znak. Twardy gliniany prostokąt uderzył w kruchy prostokąt szatańskiego okna.
- Jebać Żydów i policję!!! Za Polskę i Lechię!!!
Tacy byli dumni z siebie. Ten wrzask Boba skutecznie wprawił wszystkich przechodniów w konsternację. Nikt nie wiedział, kto tak wrzasnął, nikt nie podejrzewał jakichś chłopców. Szybko znikli zresztą z pola widzenia. Jednakże Bob dziwnie kulał i drżał. Twarz skakała mu non stop, jakby słuchał disco polo, którego nienawidził. Nienawidzili tej pieprzonej muzy. Potem słuchali jej i chociaż każdy miał ochotę się krzywić raczej śmiali się do siebie. Szatan wybiegł przed dom i zaczął bluzgać. Bob schował się za swetrem drecha i trząsł się.
- Widzieliście, kto to zrobił? - ryknął diabeł.
- Nie, ale wydaje mi się, że ktoś pobiegł tam, dopiero co przyszliśmy. Słyszeliśmy jakiś hałas i...
- Dobra, dzięki. Niech no ja złapię, gnoje małe.
Bob drżał jak osika. Bob krwawił tak wspaniale, przygodowo tak. Krew prawdziwa.


Homek Toft

podobny-chmurom-zbieg@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||