|
Rozmowa z upadłym bogiem
Jeśli mógłbym coś powiedzieć o tym miejscu, to rzekłbym, że jest ono... białe. Białe ściany, biały sufit, biała podłoga. Białe drzwi, okna, stoły, krzesła, światła. Biali... ludzie? Wszyscy w białych kitlach, lekarze i pacjenci. Jak tu jeszcze jest? Zastanówmy się...
Głośno. W jednych pokojach są ludzie, którzy potrafią się śmiać i płakać jednocześnie; są tacy, co uważają się za kogoś innego; są i osoby według siebie już nie istniejące. A wszyscy zawodzą, mówią do siebie, łkają, wrzeszczą, śmieją się! Lecz czy to źle...? A co jest złe...? Co za banalne pytanie, nieprawdaż? Czy...
Stop.
Wrócimy do tego później; wpierw chcę, by moja sytuacja stała się i twoją. Stań się mną, postaw się na moim miejscu. Do tego trzeba ci jeszcze kilku detali...
Jest tu miękko.
Białe ściany, białe drzwi, białe stoły, białe krzesła, białe podłogi - wszystkie wyściełane miękkim puchem. Można się wygodnie ułożyć w każdej pozycji...
To dla mnie; wszystko. Dbają o mnie lepiej, niż rodzona matka... Dziwne. Za to, co zrobiłem? Co ja zrobiłem - co ty zrobiłeś. Pamiętaj, teraz jesteś mną. Bądź kimś innym, bądź subiektywny - ale nie ze swojego punktu widzenia.
Chciałbym ci najpierw przedstawić siebie. Imię moje brzmi Michał. Dziwne to nazwa dla człowieka - choć może i trafna. Po hebrajsku znaczy "któż jak Bóg?" - jest więc pytaniem, tak jak i ja jestem pytaniem. Jestem zagadką dla tych, co mnie tu sprowadzili, a w pewnym sensie zagadką dla samego siebie. Oznaczam również... zdziwienie? Podziw? Któż jak Bóg? Czy jestem Bogiem...? Każdy jest bogiem dla samego siebie - istnieje tylko on, a wszystko inne to jego wytwór - taki jest świat dla jednostki, jak ona go postrzega. Zależy właśnie od tej jednostki. Poznaj mnie więc - jest Bogiem. Bogiem samego Siebie.
Lecz może zacznijmy od rzeczy łatwiej przyswajalnych. Wyciągnij przed siebie dłoń, lecz nie patrz na nią, a na to, co ja ci dalej piszę. Nie koncentruj się na niej, po prostu miej ją w zasięgu wzroku. Na dłoni zobacz oczyma wyobraźni linię życia - krótką, przecinającą się z innymi bruzdami - w tym z długą blizną biegnącą wzdłuż wskazującego palca aż do nadgarstka. Jej historia jest poniekąd Moją historią, i to właśnie ją poznasz już wkrótce. Lecz - powtarzam - najpierw stań się mną.
Czy jestem wysoki...? Raczej nie. Mój wzrost nazwałbyś średnim. Pochyl się nieco, aby spojrzeć na świat z mojej perspektywy. Zmruż oczy, aby wszystko wydało się niewyraźne i rozmazane - tak właśnie widzę. Teraz dotknij swej twarzy. Poczuj gładkie policzki, mocno zarysowaną brodę; przesuń dłoń do czoła. Czujesz lekko zakrzywione brwi? Teraz niżej - ostry nos i oczodoły, z pewnością podkrążone z braku snu.
Dotknij ucha. Poczuj małżowinę i opadające na nią włosy. Włosy... rzekłbym - krótkie, na potylicy ścięte wręcz bardzo krótko przez tutejszą obsługę. Czy czujesz ich kolor...? Ciemny, lecz nie smoliście czarny. Zobacz je. Zobacz moimi brązowymi oczami. Zobacz szczupły tułów, zobacz nogi. To jesteś ty.
Urodziłem się, a ty wraz ze mną, w miesiącu czerwcu, jeśli to ma jakieś istotne znaczenie. Ważne na pewno jest dzieciństwo. Matka moja, Edyta, kasztanowłosa, niska osóbka równie naiwna, co niegdyś ja, powiła mnie w niewielkim mieście. Dokładniej - nie w szpitalu, nie w żadnej klinice, a w kamienicy w centrum miasta. W mieszkaniu tak mi bliskim... Wśród starych, niskich i skrzypiących mebli; wśród wiecznych oparów dymu papierosowego; w pokojach z długimi, brązowymi kotarami, nie wpuszczającymi światła słonecznego niemal w ogóle. Tam, gdzie złote ściany pokrył brud, którego nie sposób już było zmyć.
Takie było moje mieszkanie; przynajmniej na jakiś czas. Przyzwyczaiłem się do niego i nie przepadałem za wychodzeniem - mimo że w swym pokoju wciąż przebywał pijany ojciec - Adam - silny, wysoki brunet z rzadką fryzurą i gęstymi wąsami. Wiecznie nieogolony, chodzący tu i z powrotem w zaplamionym podkoszulku; żłopiący piwo lub, kiedy przyjdą jego koledzy, wódkę. Bijący i poniewierający matkę; następnie zostawiający ją samej sobie, zakrwawioną.
Ale kochałem go. W przeciwieństwie do matki. Mnie nic nie robił - byłem bezpieczny. Więcej - czasem, w chwilach absolutnej trzeźwości, zabierał mnie do kina lub kupował słodycze. Gorzej było, kiedy chciałem bronić rodzicielkę podczas jego ataków - wtedy mogłem oberwać, zatem trzymałem się od niej z dala. Nauczyłem się, jak o siebie dbać i jak robić, aby nie być zagrożonym. Dawałem sobie radę sam, a stopniowo zacząłem matką pogardzać. Cóż... jeśli była na tyle głupia, by dawać sobą pomiatać, nie zasługiwała na lepsze traktowanie. Przecież wystarczyło zrobić niewielki ruch - i wyjść. Pójść na policję, czy gdziekolwiek indziej - i nie wracać... Coś zrobić!
Jednak pozostawmy najodleglejsze lata i przenieśmy się bardziej w przyszłość. Kiedy miałem dziewięć lat, stała się rzecz, która doprowadziła do tego, że jestem tu i o tym opowiadam. Rzecz może i straszna, ale w pewien sposób oczekiwana i nieunikniona. Zamordowałem własną matkę...
Lecz przedstawmy wszystko w kolejności. Od paru lat ojciec raz na tydzień grał w karty ze swymi znajomymi. Na pieniądze, oczywiście - toteż zdarzyło mu się przegrać telewizor czy jakieś meble... Tego wieczora również miała się odbyć pokerowa rozgrywka. Karty leżały, jak zwykle, na stole. Do przybycia gości zostało jeszcze sporo czasu, więc ojciec drzemał na sofie. Nudziłem się niepomiernie, jako że telewizora już nie było, toteż postanowiłem ułożyć z kart domek - co robiłem rzadko, gdyż talia była tą "szczęśliwą" tatka, i nie pozwalał nikomu jej dotykać. Ale ja byłem uparty...
Układając olbrzymi pałac, nawet nie zauważyłem kiedy nadszedł wieczór. Matka wróciła z pracy i robiła porządek w kuchni, a Adam wciąż spał. Nagle rozległo się pukanie do drzwi, dość silne, które zbudziło go w momencie. Goście przybyli. Zdenerwowany, w pośpiechu złożyłem karty i ułożyłem je tam, gdzie stały. Nie zauważyłem, że - co okazało się brzemienne w skutkach - upuściłem jedną z nich na krzesło. Uciekłem jak tylko wpół przytomny ojciec zbliżył się i ciężko opadł na to właśnie zabytkowe siedzenie. Biegnąc, zawinąłem końcówkę dywanu. Omal się nie przewróciłem, ale w przerażeniu nawet nie byłem tego świadomy... Jego znajomi weszli, zasiedli i zaczęła się... zabawa.
Całkiem mojemu staruszkowi wtedy szło - cieszył się ze zgarniętej puli jak nigdy. W pewnym momencie wstał, aby wyjść się załatwić. Jeden z graczy dostrzegł leżącą na krześle kartę i natychmiast zaczęto Adama posądzać o oszustwo. Wypierał się, lecz cóż można zrobić przeciw pięciu pijanym mężczyznom? Pobili go mocno i zabrali pieniądze.
Wtedy wpadł w szał.
Biegał po mieszkaniu i niszczył wszystko, co popadnie. Zrzucał meble, zrywał firanki. Matka, zamiast uciekać, kucnęła w kącie i... czekała. Ja również czekałem. Zostałem, ciekaw, co się stanie. Obserwowałem starcie szału z głupotą.
W końcu Adam zabrał się do swej żony. Zaczął ją okładać pięściami i rzucać od ściany do ściany. Matka zaczęła się cofać w kierunku drzwi. Szła dość szybko tyłem, pamiętam to dokładnie, obawiając się kolejnego ciosu. Zapłakana, dotarła do zawiniętej przeze mnie krawędzi dywanu. Potknęła się i upadła, roztrzaskując sobie głowę o kant stołu.
Jednak wciąż żyła. Ojciec był na tyle przytomny, że zadzwonił na pogotowie. Lekarze przyjechali i zabrali matkę do szpitala. Oczywiście stary tłumaczył, że przez przypadek upadła... Aż dziwne, jak człowiek szybko trzeźwieje w niektórych sytuacjach. Co do mojej rodziny: Edyta zmarła po trzech dniach. Adam zostawił mnie po tygodniu, a wtedy trafiłem do domu dziecka.
Tak właśnie kończy się pierwszy etap mojego życia. Myśl o nim, co tylko zechcesz. Ja wiem jedno - wiele się wtedy nauczyłem. Wiele przeszedłem... Teoretycznie już od tamtej chwili byłem mordercą... Dla dziecka to dość dziwne wrażenie - żyć ze świadomością, że zabiło się własną matkę, nawet jeśli się jej nie kochało. Całe życie pamiętać ten obraz - zakrwawiona głowa starszej kobiety, leżącej w dziwnej pozycji... I odwiedziny w szpitalu, gdzie smród leków był wręcz obezwładniający... Tego zapachu, tak intensywnego, też nie zapomnę. A co zrobiłem dalej?
Na pewno nie załamałem się. Bo i czemu? Ale też nie poczułem się jak ktoś lepszy - nie naszły mnie żadne myśli, że skoro zabiłem i nie wyciągnięto wobec mnie konsekwencji, to mogę coś więcej... Tak postąpiłby tylko głupiec - a ja nie jestem głupi; doskonale zdaję sobie sprawę, że człowiek jest słaby. Pożałowania godni są ludzie, którzy sądzą, że samemu coś osiągną. W pojedynkę można co najwyżej przetrwać.
Ja przetrwałem. I chciałem coś osiągnąć; wyrwać się ze smrodliwego, brudnego, przesiąkniętego głupotą równie co przemocą otoczenia. Moja matka tego nie umiała - i zginęła. Nie chciałem podzielić jej losu.
Zostałem umieszczony w sierocińcu - zwykły dom, wprawdzie duży, lecz wypełniony po brzegi dziećmi. Surowo urządzone pokoje i tak wyglądały lepiej, niż moje poprzednie mieszkanie. Do tego dwóch opiekunów - pani Magda, poświęcająca się dla innych, oraz jej mąż.
Ciekawą osobą była ma opiekunka. Uczyła, że zawsze należy pomagać innym, jak i ona nam pomaga. Dlaczego to robiła...? Z powodu dużych pieniędzy, wykładanych przez władze miasta na dom dziecka? Z dobroci serca...?
A czy jest coś takiego, jak dobroć serca? Wtedy właśnie zacząłem się nad tym zastanawiać. Myślałem, dlaczego tu trafiłem, a dlaczego inni nie. Setki dzieciaków bawią się na ulicach, biegają beztrosko i nie martwią się o nic. Myślą tylko o własnych przyjemnościach. Egoiści. Doszedłem więc do wniosku, że albo los zależy od tylko psychiki człowieka - od tego, jak postrzega otaczający świat i jak go na własne upodobanie kształtuje, albo też nad wszystkim panuje istota wyższa, która daje jednym szczęście, a innym odbiera wszystko. Według Magdy - istota doskonała i miłosierna.
Bóg.
Zatrzymajmy się na chwilę przy religii - miliony ludzi wierzą, że coś nimi kieruje, i są z tego powodu szczęśliwi. Jeśli ktoś próbuje im wmówić, że mają los we własnych rękach, oburzają się i odrzucają taką osobę. Ślepo wierzą w coś, czego istnienia nie mogą dowieść, ale jeśli widzą tabliczkę z napisem "świeżo malowane" - muszą sprawdzić palcem.
Zawsze uważałem, że ludzie są głupi. To najbardziej bezmyślne stworzenia na świecie. Potrzebują "boga"... Nie wierzą we własne siły, a gdyby je połączyli, mogliby do czegoś dojść - uciec z tej beznadziei codziennego życia, wyrwać się raz na zawsze. Ludzie są z natury przysposobieni do niewolnictwa, skoro nawet nie mogą żyć bez świadomości bycia nadzorowanym. Mając dwanaście lat wiedziałem, że muszę uciec, i to jak najdalej. Uciec od tych... tych zapatrzonych w siebie, głupich ludzi! Czułem, że jestem lepszy. Spójrz tylko na otaczające cię osoby. Idziesz ulicą - i co myślisz o młodzieży? Ci, którzy mają dobrze, chcą się tylko bawić, świętować; pragną bezproduktywnie marnować swoje krótkie życie na rozrywki. I oni powinni służyć. Za to biedni - odrapane brudasy łażące po śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia - też nic nie zrobią, poza użalaniem się nad własnym losem. Zwalają winę za swój los na cały świat, a jednocześnie nie robią nic, żeby podźwignąć się z dna. Chcieliby nagle stać się z bogaczami - ale co by wtedy zrobili? Oni także powinni służyć. Służyć lepszym celom - komuś, kto chce je osiągnąć.
Doszedłem do wniosku, że chcę się poświęcić się właśnie czemuś lepszemu; lepszemu od tego śmierdzącego tłumu. Znaleźć jakiś... cel wyższy. Najwyższy. Wtedy musiałem przyjąć moje drugie założenie: jesteś własnym bogiem i osiągniesz to, czego tylko chcesz. Musisz tylko wiedzieć jak - i nie być sam. A kto może pomóc?
Miałem w sierocińcu jednego... przyjaciela. Jeśli mogę teraz tak go nazwać. Był jedyną osobą, która mi nie przeszkadzała - cichy, spokojny, nie próbował na siłę dostosować się do innych; jeśli ktoś chciał z nim przebywać, musiał dostosować się do niego. Rozumieliśmy się doskonale. Był o rok starszy ode mnie, a jego imię brzmiało "Daniel". Śmieszne... Jak zwierzę. Okazał się jednak inteligentniejszy od większości ludzi. Przedstawiłem mu mój pomysł - zaaprobował go.
Przekonałem Daniela, aby wykorzystać głupotę innych. Tak - wykorzystać, bo do tego, jak wciąż powtarzam, są stworzeni ludzie. Aby przysłużyć się do osiągnięcia celu przez kogoś, kto na to zasługuje! Pomyśl - ja wiedziałem, że jestem lepszy. Myślę, jestem świadomy siebie. Chciałem udoskonalić świat. Ludzkość zasługiwała na coś innego, niż bezmózgą papkę w głowach "ważnych" osób, podejmujących decyzję za każdego człowieka - czy to o wojnie, czy to o podatkach. Swoją drogą, podatki i wojny to najbardziej przebiegły wymysł w historii. Godny kogoś... lepszego. Myślącego. Godny Człowieka. Ten ktoś nauczył się korzystać z ludzi, nauczył się brać, kiedy mu dają. Nauczył się żyć. Był stworzony do rządzenia, i taki człowiek rządzić powinien. Najpierw kazał komuś zbudować mieszkanie - a sam tylko obserwował, albo i nawet się nie pofatygował tego zrobić, a następnie każde płacić sobie za przebywanie w nim. Następnie wysyłał zastępy mięsa, aby zniszczyć swego wroga - podobnie myślącego człowieka...
Jak już wspomniałem, miałem plan, który pragnąłem wykonać wraz z Danielem. I wykonałem go - założyłem kółko religijne. Pomysł tak się spodobał wychowawczyni, że postanowiła, za moją prośbą, uczynić spotkania obowiązkowymi. Na nich to składaliśmy się na naszą parafię, a później odnosiłem pieniądze do księdza. Oczywiście - nie wszystko do niego trafiało, około jednej trzeciej, czasem więcej, zostawiałem i chowałem. Nikt się niczego nie domyślał. Głupcy; nie wiedzieliby że ich okradam, nawet jeśli wyjąłbym im pieniądze z kieszeni.
Wiedziałem, że jest pewien problem. Kółko miało swoich przeciwników - w postaci dwóch rosłych chłopców, którym nie w smak było uczestniczenie w cotygodniowych sesjach. Muszę przyznać, że mieli trochę rozumu, mimo swego wyglądu. Uporałem się i z nimi - najpierw doprowadzałem ich do szału niekończącymi się modlitwami, później zacząłem donosić, że uciekają z zajęć - choć nie uciekali. Wierzono we wszystko, co mówiłem. Już wtedy zacząłem czuć, co to władza... Ich sprawa zakończyła się następująco: pamiętając, że każdy wychowanek zakładu jest ubezpieczony, rozzłościłem dwóch "kolegów" do tego stopnia, że mnie pobili. Wyzwoliłem w nich zwierzę, czyli to, czego nie ma w prawdziwym, myślącym człowieku. Zaaranżowałem przy tym wszystko tak, aby Magda widziała zajście - w efekcie obaj trafili do poprawczaka, a ja dostałem sporą sumkę za złamaną szczękę. Wiele w ten plan włożył sam Daniel... Prawdę mówiąc, on sam opracował ten pomysł.
Co zrobiłem? Czym się teraz szczycę? Poświęceniem. To było poświęcenie. Cecha, której większość tłumu nie ma. Każdy inny wybrałby jedną z dwóch możliwości: albo spróbowałby pobić dryblasów, czy to sam, czy z pomocą, a kiedy nie udałoby się to, przyjmowałby posłusznie baty, albo też od początku nie przeciwstawiałby się przeciwnikom. Zaślepienie...
Po roku zbierania "datków" miałem tyle, że wystarczyłoby mi na wszystko, czego bym wówczas zapragnął.
Po dwóch latach, kiedy hojnie dofinansowano ośrodek, byłem już całkiem bogaty.
Kiedy osiągnąłem pełnoletność i dano mi wolną rękę co do dalszego życia, miałem pieniądze na start w szerszym świecie. Świecie, który miałem zawojować. Niestety - stosunki z Danielem nieco się ochłodziły... Domagał się większej części z pieniędzy, kiedy umówiliśmy się po równo. Pazerność dopadła i jego... Jakże okrutnie się w swej ocenie pomyliłem. Przyjaciel okazał się częścią szarej, ulicznej papki. Byłem pewien, że już nikomu nie zaufam - a przecież każdy dyktator miał wiernych doradców. Trwałem w samotności...
Do czasu.
Do czasu aż zacząłem studiować. Zamieszkałem w niewielkim akademiku, gdzie mogłem uczyć się filozofii. Jednak moje drogi z sierocińcem nie rozeszły się całkowicie... Daniel, mimo tego, że znaliśmy się dobrze i nawet odwiedzaliśmy, zaczął mi grozić. Wiedział, jaką sumkę mam przy sobie - wszak była to taka sama ilość, jak jego. Z tym, że chciał jeszcze połowy mojej części. Nasłał na mnie jakichś typków spod ciemnej gwiazdy... Ku jego niepocieszeniu zdołałem uciec. Przyznam, iż Daniel mnie nie zawiódł. Zrobił tak, jak ja mogłem; zachował się jak drapieżnik. Źle go przedtem oceniałem; był przebieglejszy ode mnie. Był godnym przeciwnikiem; tak bystrym, że nawet ja uważałem go za przyjaciela. Nie miałem jednak chęci walczyć...
I wtedy, w połowie semestru, spotkałem Ją. Miała na imię Julia i była niewysoką brunetką o błękitnych oczach i pięknej twarzy. Co ważniejsze - chciała mnie poznać. Czy ja tego chciałem...? Sam nie wiem. Na początku zdawało mi się, że jest kolejną wymalowaną kretynką, jakich pełno... Że jest głupia.
Głupi ludzie to teraz epidemia. Gdzie nie spojrzysz, tam albo panna o ilorazie inteligencji niższym niż chłopak, który ją wylizuje. A i o nim nic dobrego powiedzieć nie można. Zalewa nas chłam. Tandeta. Idiotyzm. Skąd to przychodzi? Na pewno nie z mojego kraju - tutaj nikt nie jest na tyle mądry, aby wymyślić coś oryginalnego... Ale... Wszystko przecież jest jasne.
Zachód. Wszystko przez zachód... Nie dziwię się. Stosują tam świetną politykę - reklamowanie wszystkiego - nawet największego chłamu - na taką skalę, aby ludzie stracili poczucie wartości. Niewielu czerpie korzyści kosztem mas, co zresztą zawsze budziło mój podziw.
Podczas spotkań z Julią... Rozmawialiśmy. Toczyliśmy długie dyskusje o dosłownie wszystkim. Prawie nigdy się z nią nie zgadzałem, lecz już sama możliwość przedstawienia otwarcie swoich poglądów, z jakimi wolałem się na razie nie ujawniać, dawała mi przyjemność. I wszystko trwałoby pewnie nadal...
Los znów spłatał mi figla - tak jak w przypadku feralnego pokerowego wieczoru oraz przyjaźni z Danielem... Telewizor w moim pokoju był włączony; akurat nadawali jakąś murzyńską komedię. Napomknąłem, że nie lubię czarnych, a ona - oczywiście, idealna księżniczka o sercu czystym jak łza ,w swoim mniemaniu, godzi się dodać - oburzyła się okrutnie. Czy możesz mi wyjaśnić, czemu każdy, komu powie się o własnych uprzedzeniach, natychmiast nabawia się takowych względem ciebie? Tłumaczyłem: czarni wiecznie narzekają. Są jak ludzie biedni - mają ciężki los, ale nie robią z tym absolutnie nic. A teraz, kiedy jest równość rasowa i tym podobne bzdury, jest jeszcze gorzej. Obrażają nas - białych - ludzi o całe wieki wyprzedzających ich technologicznie, którzy dali im możliwość rozwoju; którzy pokazali im szeroki świat. Gdyby nie biali, czarnuchy pewnie dalej tkwiłyby w tej swojej Afryce, srając w bambusową rurkę i uciekając przed tygrysami. Fakt - może i źle ich traktowaliśmy, ale niech się cieszą, że w ogóle żyją. Przeważnie silniejszy gatunek eksterminuje słabszy; w tym przypadku było inaczej. Nie dość, że pozwoliliśmy im żyć, że wprowadziliśmy ich w naszą kulturę - pozwoliliśmy z niej korzystać - to jeszcze doprowadziliśmy do traktowania ich z nami na równi. A oni...? Powiem tak: obejrzyj dowolną murzyńską komedię, na przykład taką, jaka leciała tego wieczoru, spędzonego z Julią. Na czym opierają się żarty? Tylko i wyłącznie na drwinie z białych - i to jest w porządku. Ale kiedy biały powie żart o czarnym, tłumy się oburzają i niemal dochodzi do linczu. Czarni są święci. Czarni są nietykalni. Wybaczyłbym im to, gdyby sami doszli do własnej pozycji - ale nie. To biały zrobił z Europy i Ameryki królestwo murzynów. Trzeba było postąpić tak, jak z Indianami...
Tłumaczyłem jej to. Wszystko wykładałem spokojnie i powoli, a mimo to nie chciała słyszeć o podobnych teoriach. Nawet nie próbowała zrozumieć, tylko odrzuciła mnie w jednym momencie... Pytała, czy żydków też nienawidzę. Nie odpowiedziałem.
Chociaż, mówiąc szczerze, do żydków nie żywię niechęci. Dlaczego? Bo zapracowali na to, do czego doszli... Że Hitler wybił ich miliony - i co z tego? Zgromadził armię, więc miał do tego prawo... Prawo silniejszego. Prowadził prawnie wypowiedzianą wojnę. Grał uczciwie. A teraz? Teraz pozostał w pamięci jako potwór. Czy człowiek, który potrafi wykorzystać słabość gorszych ludzi, jest potworem...? Nie. Nienawidzi się go tylko z zazdrości. Każdy ma w sobie marzenie - marzenie bycia takim Hitlerem. Chce być tak potężny, aby móc decydować o życiu milionów. Chce być małym Bogiem. Ale przecież... To jest "chore". Zawsze było, ale przestaje być, jeśli tylko tak uważająca osoba sama stanie się Hitlerem. W psychice jednostki władza jest w porządku. W psychice tłumu - już nie. Ogół jest świętością, a jednostki "odszczepieńcami".
Pomimo, że podobno istnieje Bóg z nieograniczoną władzą.
Pomimo, że każdy jest własnym bogiem.
Julia wyszła, szlochając i trzaskając drzwiami. A działo się to na kilka dni przed moim trafieniem do... Szpitala.
Zanim mnie tu wsadzili, psychiatra orzekł w sądzie, że nie jestem zdolny do odróżniania dobra od zła. Że jestem chory psychicznie. Tak, jakby znał mnie lepiej niż ja sam. Uniknąłem dzięki niemu więzienia, ale w moich aktach jest teraz napisane, że jestem szczególnie niebezpieczny i że nie powinienem przebywać bez nadzoru... To, co zrobiłem, było okrutne, lecz... Czy właściwe? Osądzić możesz ty, samotnie... Dowiedz się zatem, co takiego się przydarzyło. Poznaj zdarzenia, które zaprowadziły mnie najpierw przed oblicze sądu, a później do wariatkowa. Osądź to z mojej perspektywy, jeśli potrafisz...
Od Julii dowiedziałem się tylko tyle, że nie chce mnie widzieć. Nie próbowałem jej nawet przekonywać; ton głosu mówił wszystko. Trzasnęła przede mną drzwiami i skryła się we wnętrzu małego mieszkanka. Odszedłem - cóż miałem zrobić? W drodze do domu jednak napotkałem "przyjaciela", pragnącego położyć ręce na moim bogactwie... Daniel był w towarzystwie dwóch dryblasów, których blizny na twarzach świadczyły, że mają doświadczenie w "pobieraniu należności". Rozpoznałem ich szybko. To byli chłopcy, których zapędziłem do zakładu poprawczego. Daniel musiał ich odnaleźć i dać szansę na wyrównanie rachunków... Pomyśl tylko - człowiek, który najpierw ich wyprawił do paki, daje szansę na wyrównanie rachunków ze... swym wrogiem! Geniusz, muszę przyznać. Miał mnie, a ja nie mogłem nic zrobić. Jeśli chciałbym podać dokładny opis, to zacząłbym wymieniać szczegóły - jak złapali mnie na klatce schodowej, skatowali i zawlekli do mieszkania, gdzie ponownie pobili... Oszczędzę sobie.
Kiedy zabrali wszystkie pieniądze jakie miałem i wynieśli się do diabła, zacząłem rozmyślać. Uświadomiłem sobie, w jakiej sytuacji się znajduję. Dokonałem złego wyboru - i to niejednego. Dziewczyna - jedyna, na jakiej mi zależało - znajdowała się gdzieś... Nie wiem, gdzie. Wyjechała; sprawdzałem telefonicznie. Może przerwała studia i wróciła do domu...? Czy aż tak bardzo na nią wpłynąłem? Jedno, co było jasne, to to, że więcej jej nie spotkam. Jak widać, zadrwiono ze mnie okrutnie - człowiek, którego uważałem za przyjaciela przez trzy bite lata okazał się zakłamany i zdradliwy. Pokonał mnie moją własną bronią.
Musiałem się zemścić. Musiałem udowodnić sobie, że jeszcze coś znaczę.
I cóż takiego okrutnego uczyniłem...?
Zabiłem.
Teraz masz okazję dowiedzieć się czegoś nie o mnie, a o sobie. Zapewne już moje życie zostało przez ciebie osądzone, tak samo i moja osoba. Masz o mnie swoje zdanie - mam nadzieję, że udało ci się postawić na moim miejscu. Czy robiłbyś inaczej? Podejmował inne decyzje...?
Jest okazja, aby to sprawdzić. Znasz wszystkie ważne zdarzenia z mojego życiorysu; jestem dla ciebie jak otwarta księga. Mówię ci więc, że zabiłem. Jak myślisz, kogo? Wiesz, jakie osoby przyczyniły się do mojego... upadku. Wiesz, kto zawiódł mnie, kiedy go potrzebowałem. Może wpadłem w szał i postanowiłem odpłacić zacnym kolegom z sierocińca...? A może to Julia dowiedziała się, co to znaczy porzucać Boga? Czyżby Daniel doświadczył na własnej skórze skutków zdradzania przyjaciół? Czy też był ktoś jeszcze - a było kilka osób. Jak uważasz?
Para zbirów. Wziąłem nóż; szukałem ich przez kilka dni, błądząc po mieście i wypytując każdego... Płacąc wszystkim, którzy tego zażądali, pieniędzmi ukradzionymi ze sklepu. Wtedy nie liczyły się środki; ważny był tylko cel, który je uświęca. Kiedy wreszcie dotarłem do zaplutego mieszkania w jednej z kamienic, zastukałem delikatnie do drzwi, a kiedy się uchyliły - pchnąłem bandytę prosto w brzuch. Osunął się i upadł, torując mi drogę do środka - do serca dzikiej, napędzanej narkotykami orgii. Tam dokończyłem dzieła, spokojnie czekając na przyjazd policji; zbyt byłem wyczerpany, aby uciekać - zresztą pozostawiłem dookoła mnóstwo śladów, a dotarłem tu poprzez wypytywanie - dzięki czemu wszyscy w okolicy wiedzieli, kto był sprawcą tej... rzezi. Postawiono mnie przed sztabem lekarzy ludzkich umysłów, a następnie przed tym, co ma władzę osądzać moralność człowieka. Dokładnie tak...
...mogło być. Czy było?
A może dopadłem Julię? Cóż jest prostszego nade przekupstwem... Opłacić woźnego na uniwersytecie, aby otworzył drzwi do szafki z aktami personalnymi... Znaleźć adres, dojechać tam i dać upust złości, jaka wzbierała we mnie od pamiętnej, wieczornej rozmowy. Dusić... Powoli, z uczuciem, delektować się życiem ulatującym z ofiary. Patrzeć na bezsilną szamotaninę kruchego, kobiecego ciała. Wreszcie - delikatnie ucałować zwłoki, w których niegdyś mieszkała ubóstwiana dusza... I, odgrywając swój wielki finał, zadzwonić po policję - żeby znaleźli mnie przy zwłokach, trzymającego w ramionach ukochaną... Będącego podczas romantycznego uniesienia.
Brzmi wiarygodnie? Bardziej wiarygodnie niż to, że postanowiłem ukarać sprawcę całego zamieszania - Daniela? Z nim przecież było tak łatwo - wszak wiedziałem, gdzie go odnaleźć. Tak, znałem jego adres! Krótka podróż autobusem, wkradnięcie do domu podczas jego nieobecności, a potem - wyczekiwanie. Długie, niekończące się wyczekiwanie. Ciemność. Noc zapadła godzinę temu. Dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza. Skrzyp nienaoliwionych, masywnych, drewnianych wrót... Szybki skok i ogłuszenie ofiary. A potem... Stałem nad nim, przywiązanym do krzesła. Nie mogłem dać mu odejść zbyt łatwo. Zadarł ze mną; rozdrażnił mnie. Wpierw musiał wycierpieć to, co i ja wycierpiałem we własnym mieszkaniu...
Co więc się wydarzyło? Któraś z tych wersji jest prawdziwa, ale nie wiesz która, czy tak? Wszystkie raczej prawdopodobne, choć jedna bardziej prawdziwa od drugiej...
Tak, to prawda, zamordowałem sprawcę moich nieszczęść. Sprawiłem, że wił się z bólu. Kiedy teraz nad tym pomyślę, śmieszne wydaje mi się, jak istotne są szczegóły. Niepozorny, mały kawałek kartonu, na którym wymalowano wzorek może stać się przyczyną ciągu nieszczęść. Daje początek reakcji łańcuchowej. Może gdyby kilka tysięcy lat temu jakiś starożytny Grek nie zdeptał paru kwiatków, nie doszłoby do narodzin Hitlera? Może nie narodziłbym się ja, czy też ty? Czy świat by jeszcze istniał, jeśli nie byłoby jednej, małej stokrotki?
To tak, jak z kartą. Gdybym tego wieczora zajął się czymś, a nie bawił w ustawianie zamków, matka żyłaby do dziś. Może udałoby się zrobić z dwóch zbirów porządnych ludzi; być może z Daniela byłby porządny człowiek. Julii nie spotkałby zawód - wciąż żyłaby szczęśliwa, kontynuowała by studia i znalazła jakiegoś porządnego mężczyznę... Sierociniec rozwijałby się, mając zaoszczędzone więcej gotówki - całe mnóstwo pieniędzy, które ukradłem, a które później mnie ukradziono.
Szpital psychiatryczny miałby jednego pacjenta mniej.
Może.
Może.
Może!
Wszystko gdybanie... Tymczasem rzecz już się dokonała - zabiłem ojca. Znalazłem go i zamordowałem, a tnąc ostrą brzytwą skaleczyłem się i dorobiłem na dłoni blizny przecinającej i tak krótką linię życia. Blizny, znaczącej przebieg całego mojego parszywego żywota.
Zabiłem. Za tą jedną, jedyną kartę. Jeden pierdolony skrawek papieru, który zepsuł życie kilkunastu ludziom, a pewnie i większej liczbie - kto wie, ile osób padnie ofiarą napaści moich ofiar?
Ale czuję się dobrze. Jestem zadowolony z tego, co robiłem. Dokonywałem słusznych wyborów - jak na sytuację, w jakieś się wówczas znajdowałem. Większość przekonań wciąż uważam za słuszne. To, co się zdarzyło, było do pewnego stopnia niezależne ode mnie; ja się tylko dostosowałem. Stałem się jak tłum, którego nienawidziłem... Nieświadomie byłem narzędziem w rękach kogoś dużo potężniejszego. Byłem marionetką... Boga? Jaki więc jestem? Kim więc jestem?
Zagadką?
Proszę, skończmy to już. Jazgot w pokojach obok jest nie do wytrzymania. Siedzą tam i wydaje im się, że są Napoleonem, czy kimś innym. Są w swoim lepszym świecie. Świecie bieli, świecie miękkich poduszek i kaftanów, i papki podawanej codziennie.
Czas coś z sobą zrobić.
Jedyną rzecz, jaka mi pozostała... Zgodnie z wypisanym na dłoni przeznaczeniem.
Military
militarypolice@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|