|
Good day my angel
Robak znowu uderzył swego syna. Jego twarda pięść wylądowała na policzku sześciolatka odbierając mu przytomność. Dziecko potoczyło się pod ścianę. W biednym mieszkaniu było chłodno. W kuchni, najcieplejszym pomieszczeniu, siedziała przy stole brzydka kobieta. W jej szorstkich, sinych rękach tkwiła szklanka z marną wódką. Tani alkohol już nie uderzał jej do głowy, nie sprawiał, że zapominała o swoim życiu i o swojej pozbawionej wyrazu twarzy. W głowie myśli snuły się powoli, odmierzając sekundy do śmierci porażonych etanolem komórek nerwowych. Wszystkie jej odruchy ograniczały się do sięgania po butelkę i napełniania brudnych, oblepionych odciskami palców, naczyń.
Robak bił, bo nic mu się nie podobało. Miał brzydką żonę, był biedny i miał na karku dziecko. Był jeszcze młody, nie wszystko było stracone i to właśnie stanowiło najgorszą świadomość. Gdyby znajdował się na dnie zaprzestałby jakiejkolwiek walki. W obecnej sytuacji nie potrafił jednak się poddać. Był człowiekiem silnym. W jego twardej, jakby wiecznie znudzonej, twarzy widniał spokój, jaki posiadają ludzie przyzwyczajeni do ciągłego niepokoju. Błąkał się po świecie przez wiele lat, widział dużo cudownych rzeczy i w końcu został zesłany tutaj. Jako światły mężczyzna wierzył, że każdy jest kowalem własnego losu. Sam się tutaj zepchnął. Ze światła w mrok, brud i nędzę, tak duchową, jak cielesną. Nie wierzył w przeznaczenie, ani Boga, ale w takich momentach trudno było mu tą wiarę podtrzymać. Chciałby, żeby istniał jakiś zły bożek, na którego mógłby wszystko zwalić. Jednakże taka istota nie istniała. Sam Robak był demonem jakich mało. Bił swego syna, jak w błędnym kole. Uderzył, bo widział w jego oczach nienawiść, swoją własną śmierć, a widział ją, ponieważ uderzył. Z takiego labiryntu nie można było wyjść. Jedynym rozwiązaniem było nie wchodzić, ale takiej ewentualności już nie było. Jednak pewnego dnia Robak wstał ze swojego łóżka, odrzucił szarą pościel i stanął wyprostowany w blasku słońca wpadającego przez zaklejone taśmą okno. Podszedł do łóżka syna i pogłaskał jego śpiącą twarz zaciskając usta i patrząc gdzieś w dal. W końcu powziął decyzję. Trzeba było stąd odejść. Wiedział, że skazuje małego na powolną duchową śmierć. Miał jednak pustą nadzieję, że będzie miał inne dzieci. Nie żegnając się z nikim wyszedł z mieszkania zabierając całe znalezione pieniądze. Nie było tego dużo, ale wystarczyło na skromny posiłek. Potem trzeba było przystąpić do reszty planu.
Siedział na dworcu i starał nie wyróżniać się z tłumu. Robak miał pospolitą twarz nie licząc prawej jej strony. Od zewnętrznego kącika oka, przez kość policzkową aż do żuchwy biegła mu czarna blizna. Zrobił ją jego własny ojciec. W tym momencie nie potrafił sobie przypomnieć czym, za co i kiedy. Teraz polował. Robak mrużył oczy, szukał jakiejś słabej psychiki, pełnej pogodzenia się z brakiem siły. W końcu miał. Jakiś młody chłopak kupił bilet pociągowy aż na dalekie południe. Wyglądał na uczciwego człowieka. Serce Robaka było względnie czyste tylko z jednego powodu - nie posiadał serca. W ciemnym zakolu tunelu wystarczyło tylko kilka milczących uderzeń po nerkach, by bilet znalazł się w jego kieszeni. Nie miał już żadnych pieniędzy, był głodny i spragniony, ale nie przejmował się tym. Jego dusza powoli smakowała zapach wolności. Wsiadł do pociągu, umościł się na wygodnej kanapie i zasnął. Kilka razy podczas tej podróży musiał pokazywać swój bilet, kilka razy musiał też wkradać się do obcych przedziałów i kraść jedzenie. Szczęście dopisywało mu, bowiem nie tylko nikt go nie złapał, ale udało mu się zabrać kilka portfeli. Panowie w garniturach mieli ich dość, on nie miał żadnego. W końcu wysiadł u celu swej podróży. Było ciepło i pogodnie. Robak śmierdział potem i nudą. Pachniał też strachem. Bał się nowego miasta, nowych ludzi i ich słów. Wymienił zdobyte pieniądze na tutejszą walutę i rozejrzał się za jakimś lokum. Wszystko było bardzo drogie i Robak pozostał bezdomny na jeszcze jeden dzień. Nogi bolały go po całym dniu chodzenia po nieznanych obszarach. Posilony kawą i pizzą spacerował po brzegu morza. Obserwował mewy, które nie znały pojęcia klatki. Były wolne i piękne. Nie to, co ludzie. Ludzie w pojęciu Robaka nigdy naprawdę nie kochali, zabijali uczucia swym zawistnym wzrokiem, oddychali własną zazdrością. Tego też nauczył się Robak. Nauczył się wyzyskiwać i walczyć. Po uderzeniu, które zostawiło tą bliznę omal nie zabił ojca. Skatował większego od siebie mężczyznę, silniejszego i starszego, jak psa. Wiedział, że nienawiść to potężna siła i dobrze zapamiętał jej dźwięk. Dobrze zapamiętał drżenie serca, drżenie rąk, strach we własnych oczach, krzyk spłoszonego zwierzęcia i jego agresywną panikę. Nienawiść stanowiła całą wiarę Robaka. Kiedy w jego oczach pojawiało się to uczucie, jak rozżarzone grudy wulkanicznych popiołów, potrafił czynić cuda. Teraz nocował na piasku w opiekuńczych ramionach wydm i wietrznych traw. Było mu dobrze i obserwował gwiazdy, które przesuwały się niezauważalnie wraz z przesuwem kuli ziemskiej.
W końcu przesuw osiągnął fazę dnia. Świt zastał Robaka w porcie. Dowiadywał się o pracę na statku, o jakiś punkt zaczepienia. W końcu przyjęto go na kuter rybacki o imieniu Niewiedza. Codziennie rano pływali nie odzywając się do siebie i wyciągając zastawione nocą sieci. Statek zawsze zawracał w tym samym miejscu - kiedy na horyzoncie pojawiała się mała wysepka. Była zielona od pagórkowatych pastwisk. Na jednym z jej krańców rósł w górę wulkan, który od czasu do czasu lekko dymił. Szare obłoki popiołów były dla załogi wyznacznikiem pogody - kiedy unosiły się pionowo w górę mogli mieć nadzieję, że jutro wypłyną i wrócą bez kłopotów. Poziomy ich układ zwiastował niepokój morza. Wysepka wydawała się Robakowi bardzo dobrym miejscem na mieszkanie. Była cicha i spokojna. W pełnym świetle dnia lśniło tam niewiele domków, była przestrzeń i góra do wspinania się w nudne, gorące dni. Mieszkańcy na pewno potrzebowali rąk do pracy i nie odmówią mu roboty w zamian za chleb i pokój. Pewnego dnia, kiedy statek został na morzu dłużej, aż do późnego wieczora, kiedy słońce zaczynało już chować się za horyzontem, Robak wyskoczył za burtę nie czyniąc najmniejszego hałasu. Wpadł prosto w ławicę drobnych błękitnych rybek. Kilka z nich zajrzało mu w oczy, kiedy wynurzał się na powierzchnię. Nikt nigdy go nie szukał. W ściśle zapakowanym woreczku w kieszeni miał trochę pieniędzy - zapłatę za dwa tygodnie pracy na kutrze. Dzieliło go od wybrzeża wyspy około trzech kilometrów. To dużo. Ale Robak był silnym człowiekiem i miał swoją moc. Gdy odpychał się od mrocznej wody już drugi kilometr poczuł, że braknie mu sił. Wtedy wspomniał ból, wspomniał katowanie jego duszy. W jego uszach zadźwięczały głosy zza ściany jego pokoiku, zadudniły uderzenia w klatkę żeber, zaskomlała matka uginająca się pod ciężarem węgla. Ojciec dzierżący w smagłej ręce kabel od telewizora. Smagnięcie, czarna krew buchnęła na oczy i dłonie. Suchość powiek i krew na pięściach małego Robaka. Wspominał ojców swoich przyjaciół z dzieciństwa. Bogaty ojciec Ryśka brał twarz syna w dłonie i patrząc mu w oczy mówił: Moja nieśmiertelność. Biedny ojciec Roberta był chłodny i zaganiał małego do pracy. Jednak wieczorem, gdy wracali z pola i jedli skromny posiłek na jego wąsatej twarzy gościł szczery uśmiech i duma z silnego, zdrowego dziecka. Jeden dotyk, jedno ciepłe spojrzenie wystarczyło, by czuć szczęście. W odpowiedzi na takie myśli wokół Robaka rosła czarna aura. Połyskująca i elektryzująca, chłodna, barwiąca skórę na nocny kolor. Wtedy w jego ręce wstępowała siła, mógł wyzwalać z siebie energię o jakiej nie śnili zwykli, uśmiechnięci ludzie. Żaden Bóg, żaden Chrystus, żadna inna wiara nie mogła dać swemu wyznawcy takiej potęgi. Na ostatnie trzysta metrów dyszący Robak zwizualizował sobie krwawą scenerię deseru, kiedy to pobił synka, bo ten nie miał ochoty na budyń. Nienawiść do samego siebie była najgorsza. W końcu wylądował na plaży. Noc była chłodna i wydawało mu się, że łzy zamarzają mu na twarzy. Płakał głośno i cały się trząsł. Leżał w embrionalnej pozycji, a stopy omywała mu słona woda morza. Jego siła była wielka, ale wymagała ofiar. Po jej użyciu Robak był bezużyteczny. Nienawidził bezużyteczności, nienawidził bezradności i bezsilności, ale z takiej nienawiści czerpał tylko wątłe ogniki mrocznej aury. Pozwoliła mu ona na doczołganie się w głąb lądu. Kiedy miał pewność, że nie dosięgnie go przypływ zagasił wszystkie złe myśli i wspomniał jedyną dobrą rzecz w swoim życiu. Jedyną istotę, która była dla niego miła i rozumiała go. Istotę, której mimo to nie potrafił w głębi duszy nie nienawidzić. Nie potrafił nie nienawidzić za to, że go nie zabiła.
Siedział na kanapie. Nieogolony i z przymkniętymi oczyma. Rozmawiał z nią. Wspominał sobie jakieś dobre chwile i pokazywał jej, jak ruchome zdjęcia, slajdy. Śmiała się i głaskała go po twarzy. On nie robił nic. Pracował tylko jego mózg wyszukując wciąż nowe fotografie. Filmy leciały jeden za drugim. Był pusty poza tymi obrazami. Tkwiły tam, jak nadpsute paprochy, jak podgniłe odnóża much, jego znikomej jakości uczucia. W dłoniach drzemały straszne rzeczy. Drzemał na nich kurz oraz setki roztoczy chrapiących na rozpiętych pomiędzy liniami papilarnymi hamakach. W końcu otworzył usta.
- A wiesz, że my się nigdy nie całowaliśmy?
Cisza.
- Ale przecież... Nie byliśmy razem, więc... - była trochę zaskoczona, ale to pytanie sprawiło jej przyjemność, którą zaraz skrzętnie ukryła, tak w sercu jak i na twarzy.
- Nie byliśmy? Może nigdy tego nie powiedzieliśmy sobie, ale zastanów się. Albo nie, pozwól mi trochę rozruszać mózg. No, patrz w moje wspomnienia.
Spojrzała. Spuściła głowę i nie potrafiła nic powiedzieć. Kochała go, ale na pewno nie powie mu tego. Nie potrafi czegoś takiego. Takie słowa nie przejdą jej przez usta. Ale rzeczywiście, to był on. Nawet się nie zdziwiła. Taka myśl widocznie zawsze tkwiła w jej podświadomości, a teraz po prostu dała o sobie znać w sposób jasny i odczuwalny gdzieś w sercu. Niewidzącym wzrokiem przytaknęła.
- No, rzeczywiście. Chyba cię kochałam. Nie wiedziałam...
- I co o tym sądzisz?
- Nie wiem. To znaczy... Musiałabym trochę to przemyśleć.
- Ile masz czasu? Coś cię jeszcze może ograniczać w ogóle?
- Nie, nie tutaj. Nie w tym świecie. Wróciłam tu dla swoich niedokończonych spraw. Pozwolili mi. Wiesz, muszę pożegnać matkę, dać jakieś znaki ojcu, te sprawy.
- Aha.
- Do ciebie też bym przyszła którejś nocy. Może poszlibyśmy gdzieś na plażę albo coś. Zrzuciłabym ci jakiś obraz ze ściany i odeszłabym. A ty powoli byś o mnie zapomniał.
- Nie. Takie coś mnie nie satysfakcjonuje, rozumiesz? Zobacz.
Wstał i zaczął chodzić wzdłuż ścian i zrzucać obrazy. Zatrzymał się w końcu przed szafką nocną i kilkoma ruchami zgarnął wszystkie ramki na podłogę. Wrócił na kanapę.
- No, tak. Teraz już rzeczywiście nie mam tu co robić.
- A teraz nie żyjesz. Po prostu sobie odeszłaś.
- Nie po prostu. Przecież wiesz, że...
- Tak, wiem, wypadek. No i co z tego? Ty nie mogłaś tak umrzeć. Rozumiesz, że ja się z takim czymś nie godzę?
- Stało się. Wiesz, mi też jest trochę żal, wyobraź sobie.
- Serio? A ja co mam powiedzieć? Mieszkam teraz sam w tym pieprzonym domu. Gówno mnie rozumie, ze ścianą gadam... Co to jest teraz? Dla kogo ja mam teraz żyć? Gdzie mam się podziać w ogóle? - coś ścisnęło go za gardło i nie mógł dalej mówić żeby się nie rozpłakać.
- Przecież co, kochałeś mnie aż tak? Nie bądź śmieszny.
- Tak.
- Co tak?
- Kochałem cię aż tak.
- Dobra, powoli. Więc oboje się kochaliśmy, ale żadne nigdy tego nie zrozumiało. Żeby ogarnąć cały ten uczuciowy chaos ktoś musiał bardzo daleko odlecieć. Rzeczywiście teraz to rozumiem. Żeby jakąś plątaninę elementów zobaczyć jako uporządkowany wzór trzeba się od tego oddalić. No i się oddaliłam jak cholera - umarłam. Teraz widzę wszystko.
- A pocałowałabyś mnie?
- Nie mogę. Wiesz, jak ja działam na ludzi? Jak muszę uważać? Jakbym przez kogoś przeszła to by zamarzł. A całując cię, to tak jakbym wdmuchnęła ci porcję ciekłego azotu do wnętrza. Zabiłabym cię.
- Mam to gdzieś. I tak już mi wszystko zwisa. Pocałuj mnie.
- Przestań. Proszę cię. W twoim umyśle możemy robić wszystko. Zobacz, przecież już cię dotykałam, przytulałam.
- W moim umyśle to już za dużo takich rzeczy widziałem. Chcę tutaj i teraz, bez udziału umysłu. Po prostu pocałuj mnie i koniec. Chcę umrzeć, bo po co mam tu wegetować?
- Boże... - westchnęła ciężko - Mam cię zabić? Słuchaj, ty nie wiesz wszystkiego. Twoje ciało to po prostu umrze. Ale twoja dusza, jeżeli pocałuje ją martwa dusza.... Żywa dusza się rozpadnie, po prostu przestaniesz istnieć. Na tym świecie, na tamtym, wszędzie cię nie będzie.
- Skąd wiesz?
- Nie wiem. Po prostu wiem.
- Pocałuj mnie. Ten jeden raz. Co ci zależy. Chyba aż tak dużo cię to nie kosztuje.
- Odnajdziesz mnie? Kiedy umrzesz to postarasz się mnie znaleźć?
- Obiecuję.
- Dobrze... To twoja decyzja. Ja nie chciałam cię już więcej widzieć - w myślach uśmiechnęła się. Była szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa, mimo że przecież nie żyła.
Jego dusza rozpadła się na kawałki, które fruwały, jak podbijane wiatrem strzępy lustra. Ale nie umarł. Za to znienawidził także ją. Za to znienawidził siebie. Do tego wszystkiego zostawił własnego syna z tą szmatą w domu - melinie. Obudził się rankiem na plaży. Odtworzył w myślach wszystko i zrozumiał, gdzie się znajduje. Jego wysepka. Wstał chwiejnie na nogi i szybko namacał rulonik z pieniędzy. Był. Poszedł przed siebie wzdłuż morza. Ciepły piasek delikatnie pobudzał, ale jednocześnie dawał wspomnienie snu, zapraszał do położenia się i wpatrzenia w ogrom błękitu. Robak doszedł do samotnej chaty nad morzem. Drewniany domek stał na grubych balach, a do drzwi prowadziły spróchniałe schodki. Zapukał do drzwi. Otworzyła mu kobieta, której natychmiast padł w ramiona i zemdlał. Przestraszona zajrzała w jego twarz i ułożyła go na podłodze. Na chwilę przyłożyła dłoń do serca i westchnęła. Już spokojna prześledziła palcem czarną bliznę. Zamknęła oczy przy tej czynności i jakby trochę się skurczyła. Patrząc w drgające powieki Robaka pokiwała głową i wtargała go na jedyne stojące tu łóżko. Opiekowała się nim przez trzy dni, aż wycieńczony odzyskał przytomność i jakie takie zdrowie.
Kobieta nazywała się Oddech Winy, ale nazywali ją po prostu Oddech. Zresztą nikt nie rozumiał związku między członami jej imienia. Nikt nie potrafił określić jej wieku, choć mówili, że zbliża się do czterdziestki. Wokół jej oczu zaczęły pojawiać się drobne pajęczynki, a usta nie były już tak jędrne jak kiedyś. Miała szare włosy, które pachniały jak wilgotny popiół. Przybyła tutaj nie wiadomo skąd w deszczowy dzień, kiedy wulkan przejawiał wzmożoną aktywność. Stąd ten zapach. Na nadgarstkach nosiła czarne rzemyki i korale z onyksu, ale ubierała się raczej na jasno, najczęściej w białe, luźne suknie o nieokreślonym kształcie i wymiarze. Była na swój sposób piękna i bardzo skromna. Pozwoliła zostać Robakowi, jak ten długo zechce i nie kazała pracować. Robak jednak nie potrafił się nie odwdzięczyć. Chciał być czysty i nie mieć żadnych długów wobec tej kobiety. Podświadomie bał się jej i wielokrotnie łapał się na tym, że obserwuje ją z ukrycia. Spostrzegł, że przy najlżejszym zachwianiu równowagi psychicznej kładzie dłoń na sercu. Była silna i szybka. Mówiła niewiele, tak jak i sam Robak, ale z jej słów biła charyzma i mądrość. A pewnego dnia poznał jej sekret, który sprawił, że życie Robaka zmieniło się na zawsze.
Robak i Oddech mieli dwie wspólne cechy. Nie mówili wiele i lubili oglądać słońce w chwilach, kiedy można było na nie patrzeć. Teraz zbliżał się wieczór i morze stawało się żółto granatowe. Połyskiwało i zdawało się poruszać, jak żywa istota. Delikatne, różowe chmurki czasem wczołgiwały się na słońce i całowały je.
Oddech stała na schodkach swego domu i myślała o czymś. Robak wielokrotnie spoglądał na jej poważną twarz, czasem uśmiechającą się bezwiednie, i próbował naprawić jakoś połamany oścień. W mieście trwała zabawa i jej dźwięki dochodziły aż tutaj. Zdawało im się, że jakaś grupa młodych chłopców powróciła ze służby wojskowej na lądzie. Armia była w tych okolicach słaba i utrzymywano ją tylko z tradycji lub dla zachowania pozorów siły. Teraz Robak wyczuwał kilka wyraźnych, sunących ku niemu istot. Wiedział, że są jeszcze dość daleko, ale pospieszył się z naprawą ościenia. Związał go szybko szorstką linką i odprężył się. Wiele tygodni spokoju na tej wyspie sprzyjały poznawaniu siebie i Robak nauczył się korzystać z ciążącej na nim klątwy. Teraz nazywał swoją nienawiść darem. Dar mówił mu, że zmierzające ku plaży aury nie są przyjazne, oczami duszy dostrzegał wokół cienistych postaci otoczkę z żółci. Bezmyślny gniew, który rozpaczliwie szukał ujścia. Robak bardzo dobrze znał taki rodzaj energii. Towarzyszył mu w osobie ojca i czasem widział go w lustrze. Ze zdziwieniem spostrzegł, że także Oddech patrzała w przestrzeń za jego plecami. Była czujna i jakby węszyła w powietrzu. Gdy spojrzała na niego udał, że wiąże supły na drzewcu krótkiej włóczni. W końcu stało się i z mroku wychynęło trzech ludzi. Byli głośni i trochę pijani. Robakowi drżały ręce. Dzięki pracy i zdrowemu trybowi życia jego brzuch i ramiona nabrały kształtów i siły. Teraz ledwo gasił napinające się mięśnie. Pachnieli ojcem, pachnieli pluszowymi misiami bez oczu, śmierdzieli zatęchłym w ślinie piwem, które kapało na spoconą poduszkę. Oddech przyłożyła dłoń do serca i odetchnęła głęboko.
- Mamy gości, Robaku - zawołała do niego.
Trzej mężczyźni nawet nie spojrzeli na niego. Od razu podeszli do niej i otoczyli ją. Wydała się im słaba, biała i zbyt dobra, by móc stawić jakiś większy opór. Gdy jeden z nich uśmiechnął się do niej i zapytał, czy się jej nudzi i czy nie byłaby zadowolona z ich towarzystwa Robak zacisnął prawą dłoń na ościeniu, który wciąż wiązał mechanicznie liną. Pod palcami trzasnął bambus. Bardzo chciał jakoś to załatwić, porozmawiać z tymi facetami, ale czuł, że nie będzie potrafił. Jeżeli zaraz dadzą spokój to ich zostawi. Nie dali spokoju. Czego pan chce? Dlaczego nie mogą po prostu odejść? Proszę zabrać rękę. Kurwa mać, niech spierdalają. Dziwnie warczał i przerażał tym swoją małą, jeszcze świadomą cząstkę. Zostawcie mnie.
Robak poderwał się i bezszelestnie zabiegł ich od tyłu robiąc duży łuk na piasku. W ręku trzymał połamany oścień. W końcu wzniósł ramię w górę, złamał promienie zachodu i piękno morza. Opuścił na jakieś ciemne plecy. Potem jeszcze z boku, ktoś otarł się o jego stopy padając. Poczuł na twarzy dwa chaotyczne, rozgorączkowane spojrzenia. Ktoś go uderzył w policzek i wytrącił z dłoni broń. Robak skoczył do przodu, chwycił jakiś materiał i szarpnął do siebie jednocześnie wyrzucając do przodu głowę. Czoło trafiło w nos. Głośny trzask i ryk bólu. Potem mechanicznie zasłonił się przed ciosem z boku i wraził pięść w miękki splot słoneczny napastnika. Jęknął: Boże!, gdy dłoń zagłębiła się w ciele aż po nadgarstek. W dłonie ujął twarz plującego krwią mężczyzny i spojrzał mu w oczy. Widział w nich strach i to dało mu siłę, jeszcze więcej siły. Zaśmiał się w powietrze i wrócił do drugiego. Kopnął w żebra, kopnął w goleń i przewrócił płaczącego w piasek. Pierwszy, którego uderzył powoli się podnosił, więc podbiegł do niego i zagrał nim w piłkę. Dyszał ciężko, ale w jego żyłach pulsowała czerń, mroczna aura, połyskliwa i podniecająca. Czuł się, jakby wąchał pieprz w czarnych włosach dziewczyny, wrzała w nim cała jego męskość. Zresztą nie miał czasu, między jednym, a drugim ciosem, żeby zastanawiać się, czy to adrenalina, testosteron, czy cokolwiek innego. Wierzył w moc nienawiści i kiedy skończył oddał się w jej ramiona. Wspomniał chwilę triumfu, kiedy oglądał swoje małe, kruche pięści umoczone w krwi ojca. Kiedy zobaczył w lustrze swoje gęste, czarne brwi i dotknął sycząc blizny. Czuł się spełniony, ale nie miał już więcej siły. Osunął się na kolana i zaczął rozwierać palce i zaciskać je w pięści. Mętne oczy stały się w końcu jednością z pierwszymi gwiazdami. Czerń uciekała, opuszczała jego ciało po tym, jak go wykorzystała. Zadowolony był z takiej służby. Nienawidził tej suki nienawiści, nienawidził jej, ale nie znał żadnego innego uczucia, które dawałoby siłę.
Kilka dni po tym wydarzeniu Oddech zawołała Robaka do chaty. Wszedł niechętnie odrywając się od pracy przy łodzi i rozejrzał po izbie. Kobieta usiadła na krześle wskazując mu miejsce naprzeciw siebie, na łóżku.
- Dobrze pracujesz Robaku, nie mówisz wiele, wyczuwasz moje humory i dostosowujesz się do nich. Lubię cię. Ale też boję się ciebie. To, co zrobiłeś z tymi facetami nie było normalne.
- Nie - spokojnie potwierdził.
- Pewnie nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale trudno było dostrzec twoje ciosy, a kiedy widziałeś ich krew, ich ból, uśmiechałeś się, tak jakbyś... Heh, nieważne jak - westchnęła ciężko - Nie potrafię dobrze o tym mówić. Prawie w ogóle zapomniałam, jak mówić.
- Oddech, to nienawiść. Nienawiść daje mi taką siłę. Chcesz zobaczyć? Powoli zaczynam już nad tym panować. Wyjdźmy na zewnątrz.
Na słonecznej plaży Robak zamknął oczy i wzbudził w sobie gniew na swoją przeszłość. Zaczął gnieść w rękach piasek i w końcu, gdy pomyślał o tym, że zostawił syna wstał i wyciągnął przed siebie rękę. Rozcapierzył palce i skupił całą czarną aurę w opuszkach. Wspomniał swoją znienawidzoną miłość, pocałunek, który miał go zabić i już nie potrafił tego powstrzymać. Mroczna energia wytrysnęła z niego i rozdzielając się na wiele pojedynczych nitek powoli i metodycznie zaczęła ścigać wrzeszczące mewy. Po kolei, jeden po drugim, ptaki pikowały w dół z atakiem serca i przy dotknięciu chłodnej wody doznawały śmiertelnego szoku termicznego. Robak klapnął na piasek i spojrzał zadowolony z siebie na Oddech. Kobieta stała nieopodal z pochyloną głową i ręką na sercu. Uśmiechała się do siebie szeroko nie rozdzielając warg. Nagle zefir znad mórz powiał porywając jej ciężkie, popiołowe włosy. Z szeroko otwartymi oczami Robak śledził główki ptaków wystające ponad słoną wodę. Obserwował ich czarne, błyszczące żywo, zdziwione oczka i szybkie machnięcia skrzydeł. Mrugał powiekami i cały drżał. Nie wiedział czemu. Gdy się opanował Oddech już nie było. Zmierzała powoli ku chacie. Nieobliczalna. Wydawało mu się, że jest trochę przygarbiona i strasznie samotna idąc tak wzdłuż fal. Dogonił ją i spojrzał w jej twarz. Poszarzałą i smutną.
- Ty czerpiesz swoją siłę z nienawiści. Widziałam te obrazy, chciałeś mi wyjaśnić, więc je widziałam - podniosła wzrok do jego oczu i szeptała dalej - Jesteś wspaniałym człowiekiem Robaku, tylko ludzie pokazali ci złą drogę. Poszedłeś nią, bo nie znałeś innej. Choć ten lodowaty pocałunek... Nie tęsknisz za nim? Za tym jednym ciepłym, mimo wszystko, dotykiem?
- Książkę piszesz? Co ja mam teraz zrobić, opowiedzieć ci swoją historię?
- Nie gniewaj się. Jesteś rozbity.
- Nie widziałem twoich obrazów. Nie widziałem wyjaśnienia twojej mocy.
- Byłeś zbyt zaabsorbowany sobą. Spójrz - sięgnęła za bluzkę i wyjęła prostokąt papieru - Oto zdjęcie mojej miłości. Największej, jaką w życiu poznałam. Żyję już dość długo, by móc wiedzieć, że takie uczucie już się nie powtórzy.
Robak spojrzał w portret. Pokiwał w zadumie głową i oddał właścicielce.
- Czerpię to z miłości do niego. Jednak, jak widzisz, sporo mnie to kosztuje. Wspomnienie naszego związku, choć niezwykle miłe, szarpie moją duszę. Wyrywa z niej kawałek po kawałku sedno. Nie miałam żadnego mężczyzny poza nim. To znaczy, fizycznie tak, psychicznie może i też... Ale tylko ten jeden sprawił, że otworzyłam się przed innym człowiekiem i on zaufał mi.
- Teraz chociaż wiem, że nie jestem jedynym człowiekiem, który ma taki dar.
- Dar? - Oddech smutno pokiwała głową - Może to dobrze, że tak o tym myślisz. Nie zamierzam cię zmieniać, Robaku, nie zamierzam cię namawiać do porzucenia twojej siły, twojej nienawiści, wiem zresztą, że nie potrafiłbyś tego zrobić. Jeżeli będziesz dla mnie tak miły, jak do tej pory, nie mam nic przeciwko twojej obecności. Ale nie zabijaj już więcej ptaków, dobrze?
- Postaram się - stwierdził poważnie i poczuł się niezwykle szczęśliwy.
Początkowo rzeczywiście nic się nie zmieniło. Potem Robak i Oddech Winy zaczęli powoli zbliżać się do siebie. Jak drażniący duszę cierń, tkwiła w nich świadomość, że nigdy nie powrócą do swoich dawnych miłości, nawet jeśli ich nienawidzili lub nadal kochali. Oboje byli bardzo nieśmiali mimo przeżytych już lat i zgromadzonych doświadczeń. Gdy Robak ujmował jej dłoń trzęsły mu się spracowane ręce i wprawiał ją w gniew swoją słabością. Wiedział jednak, że spróbuje jeszcze raz, bo potrzebował teraz dotyku i ciepła. Ona również lekko musnęła palcami jego palce. Z trudem znosiła jego twarz wtuloną w popiołowe włosy. Przestawał, gdy wyczuwał jej strach. Gdy próbował ją przytulić była sztywna i odpychająca. Potem odwróciła się i pospiesznie, niezręcznie objęła go chowając swoją twarz, ukrywając uczucia. Pierwsza wspólna noc i kilka kolejnych nie dały im rozkoszy ani ukojenia. Uczyli się jednak na nowo i powoli pokonywali wstyd i lęk. Gdy w końcu im się udało, długie gwiaździste noce stały się nocami namiętności i radości z odnalezienia bezpiecznej przystani w osobie drugiego człowieka. I mimo, że ich miłość nie była miłością tą jedyną i największą, cieszyli się z niej. Dawała życie ich wspomnieniom, ich trochę już skostniałym źródłom wewnętrznej siły. Może wydawać się to bardzo obłudne, może nawet złe, ale w swoich twarzach widzieli twarze przeszłości. Robak spoglądał w oczy mroźnego ducha, który miał go zabić, który miał dać mu wolność. Oddech w jego dłoniach rozpoznawała ufny dotyk mężczyzny z fotografii. Było im naprawdę dobrze na tej wyspie, bo nie potrzebowali niczego poza sobą.
Trwali w niepewności. Wszak nigdy nie wiesz, czy pierwsza miłość ostatnią, czy ostatnia pierwszą. Nie przeszkadzało im to i cieszyli się sobą, cieszyli się miłością. Bo jakakolwiek była - była i to było najważniejsze. Jednak, jak to zwykle bywa, szczęście nie może trwać długo. Nie może trwać tak długo, jakbyśmy tego chcieli i odchodzi, zazwyczaj pozostawiając skazę na duszy.
We wnętrzu wulkanu panowało istne piekło i jego gęste, powolne legiony szykowały się do wymarszu. W masach były niezwykle szybkie, dopadały stadami domy i drzewa i bezlitośnie zarzynały je rozżarzonymi ostrzami swoich noży. Niczym żywa rtęć zabijały morza i kaleczyły odwieczne skały. Czerwone, we wnętrzu białe i kipiące, rozlewały się parującymi jęzorami niwecząc wszystko, co stworzono, czy to ręką Boga, czy człowieka. Tutejsi ludzie dobrze znali gniew wulkanu. Dobrze zasmakowali już w pyle i duszących oparach snujących się wiele tygodni po wybuchu nad pastwiskami i uliczkami. Wiedzieli, że jedynym ratunkiem są łodzie. Wyposażali je we wszystko, co posiadali i co mogło się na nich zmieścić i wypływali jak najdalej. Ci, których było na to stać, wynajmowali na ten czas pokoje w hotelu na lądzie. Biedniejsi nocowali na morzu i czekali. Tym razem jednak wybuch przyszedł zbyt nagle. Szykował się tak długo i cicho, że wszyscy zaczęli go bagatelizować i jak co dzień wyszli na słoneczne pastwiska doglądać swoich stad. Także Oddech miała stadko owiec, które z racji klimatu nie potrzebowały ani obórki ani dostaw paszy. Potężny grzmot zwalił ją z nóg podobnie jak jej zwierzęta. Widziała gotującą się lawę płynącą kącikami ust wulkanu. Wokół padały kamienie ciągnąc za sobą ogony dymu. Szybko zebrała owce w ścisłą grupę i chciała oddalić się do swojej chaty, do łodzi, która kołysała się przygotowana na morzu. Nagle ostry odłamek uderzył ją w biodro. Upadła na kolana i podparła się lewą ręką, prawą zaciskając na ranie. Krew obmywała jej palce. Wiedziała, że jej obfitość nic nie znaczy. Pocisk trafił w kość, więc krwotok zaraz ustanie. Trochę już uspokojona podniosła się i natychmiast runęła. Noga nie była w stanie utrzymać ciężaru ciała, kość niebezpiecznie jęknęła i wzdłuż całego uda, przez łydkę aż do palców stopy rozeszło się gorące promieniowanie. Zaklęła w duchu i zaczęła czołgać się w dół pagórka - pastwiska, czasem tocząc się po nim, czasem przeskakując jakiś kawałek na czworakach. Czasem jednak leżała dysząc ciężko i próbując walczyć z mroczkami. Ręce jej cierpły od darcia trawy i wbijania paznokci w ubitą ziemię. Przewróciła się na wznak i spojrzała bezwiednie w wielki błękit pochłaniany przez chmury sadzy i popiołu. Leżała tak z rozrzuconymi włosami, podobna tym obłokom, jednak nie czuła z nimi jedności, nie była pogodzona, że życie może ją odejść. Położyła dłoń na sercu i ze zdziwionym spazmem paniki odkryła, że nie ma w nim nic poza Robakiem. Zrezygnowana, bo teraz nie potrafiła się już cieszyć z tego, że czuje do niego prawdziwą miłość, zaczęła się znowu czołgać. Zaczynała tracić przytomność, bolało ją całe ciało i dusza, skołatana myślami, nie pogodzona wciąż z brakiem umiłowanej fotografii.
Robak usłyszał grzmot i natychmiast pobiegł na pastwiska. Żył tu już tak długo, że znał każdy element otoczenia, każdy głaz i każdy występ ukryty pod źdźbłami trawy. Musiał pomóc Oddech zagnać owce na brzeg, gdzie groziło im mniejsze niebezpieczeństwo, niż na pastwiskach i odpłynąć jak najdalej stąd w morze. Wszędzie czuć było drażniące pyłki popiołu i swąd gotujących się kamieni. Marszcząc nos biegł dalej. W końcu dopadł pastwisk i szukał wzrokiem Oddech. Skakał spojrzeniem z miejsca na miejsce i w końcu dostrzegł świeże ślady krwi. Skóra mu ścierpła, zbladł, ale nie przerwał poszukiwań. W końcu dostrzegł ją leżącą kilkaset metrów w dole. Nieopodal szturchały się nawzajem bokami spanikowane owce. Jęzory lawy były już niedaleko i unosząc wzrok na morze widział, jak niektórzy ludzie już wypływają. Zbiegł w dół zbocza i po dwóch minutach był już u jej boku. Z trudem otworzyła oczy i natychmiast mocno je zamknęła. Robak obejrzał jej plecy, ale były nienaruszone. Pasmo czerwonej trawy doprowadziło go do biodra i tam zatrzymał palce na dłużej. Wyczuł strzaskane kości i rozerwane mięśnie. Przerwał oględziny słysząc jej urywane jęki. Próbował ją jakoś ocucić, rozmawiać z nią, ale nie odpowiadała. Była w szoku. Tak. Musi jej pomóc. Wziąć ją na ręce i biec do morza. Potem łódź i wszystko będzie dobrze, na pewno. Przemawiał uspokajająco sam do siebie. Wziął ją w końcu na ręce i wbiegł w stojący mu na drodze kierdel. Zwierzęta zameczały prostestująco i jeszcze bardziej zwarły szeregi. Rozdzielał wściekłe kopnięcia na prawo i lewo i w końcu wydostał się z labiryntu wełny i przestraszonych oczu. Wrzasnął na owce, żeby lazły za nim, ale nie usłuchały. Biegł przed siebie. Słyszał z tyłu dziwny syk, odgłos pękających bąbli i wrzenie. W końcu doleciał go swąd pieczonej baraniny i rozdzierające wrzaski owiec. Nigdy nie przypuszczałby, że są zdolne do takiego krzyku. Płakał czarnymi łzami, zresztą cały był czarny od sadzy i krążącego w powietrzu popiołu. Za nim stąpała królowa matka, sedno wulkanu. Za nim siedmiomilowymi krokami biegła lawina żaru. Lawa staczała się ze zbocza o wiele prędzej od niego i wiedział już, że nie ma szans. Oddech otworzyła oczy i zobaczyła jego łzy rzeźbiące jasne smugi na policzkach.
- Robak...
- O, obudziłaś się. Nie martw się, już jesteśmy - załkał w duchu, bo nie potrafił okłamać siebie.
- Czemu płaczesz?
- Nie wiem. To od pyłu.
- Nie płacz. Przecież masz swoją siłę. Wspomnij ojca i wspomnij swoją miłość, tą prawdziwą, jedyną - uniosła dłoń do jego twarzy i przejechała ostrym paznokciem po jego bliźnie. Mocniej. Prawie zapomniał już o czarnej aurze. Nienawiści moja, przybywaj! Wspomniał wszystko. Szybko przelatywały obrazy jego młodości, jak przewijana do przodu kaseta. Zapiszczał dialog, jaki prowadził z duchem swojego uczucia. Zabrzęczały szmaty lustra, jakie pękło w jego duszy wraz z pocałunkiem pierwszej śmierci. Ale nie czuł jej. Nie potrafił nienawidzić. Potrafił już tylko kochać. Kochać ją. Spojrzał w twarz zmęczonej skrajnie Oddech i wychrypiał:
- Już nie potrafię. Ty jesteś moją miłością. Prawdziwą. Nie jedyną, ale prawdziwą. Nie potrafię nienawidzić.
- Jak to? Potrafisz już tylko mnie kochać? Nie potrafisz mnie uratować? - wyjęczała.
- Chyba nie. Przykro mi - stanął na pożółkłej od gorąca trawy. Za nim skwierczała wyspa i drżał świat - A ty, możesz przywrócić mi siły? Możesz nas wskrzesić? Połóż rękę na zdjęciu i...
- Tego już nie ma we mnie, Robaku... - odparła zgorzkniała Oddech - Już nie...
- Jak to? Przecież to twoja jedyna, prawdziwa miłość, nie chrzań! Oddech!
- Hehe - zakaszlała wypluwając grudy powietrza splecionego z kurzem wnętrza Ziemi - Ty jesteś moją prawdziwą miłością, Robaku. Tylko ty. Nie jedyną, ale prawdziwą.
W milczeniu obejrzał się za siebie. Lawa. Tylko ona istniała. Nie! Była jeszcze Oddech. Uczepił się jej czarnej twarzy i popiołowych włosów całą psychiką i trwał tak. Nie potrafił już nienawidzić siebie, ani jej. Nie potrafił nienawidzić niemocy ich obojga. Poddał się, a gdy składał ostatni pocałunek na jej ustach gorący oddech piekła omiótł jego pięty. Nie wrzeszczał, palił się cicho i spokojnie. U jej boku. Oddech była jego prawdziwą, choć nie jedyną miłością. A czego może więcej pragnąć niż śmierci u boku tej kobiety? Ona chyba też była spokojna, bo kiedy spojrzał w jej oczy zobaczył żar miłości. Choć może było to tylko odbicie żaru spływającego po zboczu? Nigdy się tego nie dowiemy. Jedyne, co możemy podarować Robakowi, temu udręczonemu mężczyźnie, to pozwolić mu wierzyć, że było to ciepło odwzajemnienia.
Czyż każde z nas nie oszukuje się tak patrząc w oczy swoich miłości? Czyż każde z nas nie robi sobie nadziei? Czyż każde z nas nie zadaje sobie pytań, dobrze znając odpowiedzi? Czyż nie jest najtrudniej oszukać samego siebie, a może najłatwiej? Więc oszukajmy jeszcze jednego człowieka. Może nawet nie będziemy kłamać? Może Oddech naprawdę kochała Robaka, a Robak Oddech? Może powinno się wierzyć na słowo, bez dowodów? Jak dziecko? Może tylko w ten sposób da się to wszystko ogarnąć? Na tym polega właśnie żywot ptaka: na lataniu, a nie zastanawianiu się, jak się lata. A jeżeli ty zastanawiasz się teraz, czy twoja miłość jest prawdziwa, jeśli zacząłeś zastanawiać się, czy jesteś jej wart, jeżeli zaczęłaś się zastanawiać, czy on jest dla ciebie dość dobry...
To lepiej mnie zabij / Wyrzuć z pamięci / Lepiej odejdź, pozwól mi odejść / Lepiej zapomnij / Pozwól zapomnieć / Lepiej daj mi następną szansę / Wiem, potrzebujesz tego, czego ja / Nigdy mogę ci nie dać / Nie dlatego, że nie chcę ci dać / Lecz dlatego, że sam tego nie mam / Najgorsze jest jednak to
Homek Toft
podobny-chmurom-zbieg@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|