|
I gdy zawyją syreny...
Porządek we własnym pokoju to rzecz względna. W tumulcie myśli przeszukiwał obszar ograniczony czterema ścianami. Zazwyczaj wystarczyło sięgnąć ręką w sobie tylko znane miejsce i znaleźć potrzebną rzecz. Zazwyczaj...
- Mamo! Gdzie dałaś mój dowód osobisty? - krzyknął rozsypując stertę równo ułożonych na biurku kartek.
Ech, jak człowiek sam burdel zrobi, to znajdzie w nim wszystko, pomyślał. Ale niestety - tym razem siły porządkowe w liczbie jeden, reprezentowane przez Wydział d/s Walki z Brudnymi Skarpetkami - w osobie rodzicielki, zamiotły pokój syna równie dokładnie, co szybko i bezlitośnie.
- Mamo!! Gdzie jest dowód osobisty? - tym razem krzyknął trochę głośniej przebijając się przez lecący właśnie szlagier Iron Maiden. Kochał ten zespół. Znał wiekszość piosenek na pamięć. Na ścianie wisiał plakat reklamowy płyty "Somewhere in time" z którego był szczególnie dumny. W końcu teraz to naprawdę skarb. Podobnie jak poster "Live After Death" wiszący tuż obok.
- ...i skarpetki spod kanapy? - dodał już ciszej. Jak prawie każdy facet, dzielił rzeczy na brudne i brudne, ale nadające się jeszcze do noszenia.
Na chwilę zapomniał o dowodzie. W pośpiechu otworzył pufę i wysypał zawartość na środek dywanu, tworząc przy tym wzór, jakiego nie powstydziłby się Julia. Chwycił pierwszą z brzegu skarpetę. Może być czerwona, byle była jeszcze jedna do pary. Mimo, iż ręce automatycznie kontynuowały poszukiwania, to myślami był już gdzie indziej. Jednak znalazł w końcu upragnioną część garderoby. Cóż, dziurawa na pięcie - ale to nic. W zanadrzu miał kolejny patent "chwytających życie", jak to kiedyś określił jego znajomy. Odwrócił skarpetkę dołem do góry i tym sposobem czerwony materiał w całości ukrył najsłabszy punkt Achillesa.
Nucąc pod nosem "Brave New World" zbiegł po schodach na parter. Pusto. Na stole w kuchni zobaczył kartkę. Kochana mama. Jak zwykle, pomyślała o wszystkim. Ale nie o dowodzie.
- Nic to, może się obejdzie - uśmiechnął się pod nosem i lekceważąco machnął ręką.
Sięgnął po pozostawione na stole drugie danie i wrzucił do mikrofalówki. Z pewną fascynacją patrzył, jak mięso zaczyna zmieniać barwę, a sos majestatycznie bulgotać. Zasadniczo "drugie danie" było jego kolacją. Tak to już bywa - młodość ma swoje prawa, a systematyczne posiłki tradycyjnie, obok szeroko rozumianej stabilizacji, giną na ołtarzu szaleńczego impulsu. Często się nad tym zastanawiał. Zagadką było dla niego, gdzie w człowieku zmagazynowana jest ta olbrzymia energia, pozwalająca na dokonywanie rzeczy niemal niemożliwych. Cichy dzwonek oznajmił, że posiłek jest gotów i tym samym, wyrwał go z rozmyślań. Ostatnim błyskiem, wypieranym już przez zapach gorących ziemniaków, przypomniał sobie, jakie to wspaniałe uczucie, gdy jest się wolnym. Przypomniał sobie również, jak po ostatnim ognisku odprowadzał kumpli na przystanek. W niebieskich spodniach, skórze i... klapkach. Omal nie zakrztusił się przypominając sobie miny ludzi na przystanku. O ile widok kogoś w klapkach i skórze był jeszcze do przełknięcia, o tyle widok tej samej osoby, ale bez skarpetek, na dodatek śpiewającej na całe gardło niezrozumiałe dla ogółu piosenki, wywoływał różne reakcje. Ale wszystko sprowadzało się do jednego. Nie przejmował się zupełnie zdaniem innych. Szarych ludzi, którzy codziennie go mijali nie mając pojęcia, jak ubarwić monotonne życie. Nie przejmował się również tym, że nie wie co będzie dalej. Żył chwilą. Korzystał z życia, ale jednocześnie starał się go nie nadużywać. Chciał być matematykiem. Kochał liczby, symbole, zbiory. Kochał logiczne myślenie. Ale póki co - był zwykłym, może trochę zbyt naiwnym, chłopakiem. Noga kurczaka kurczyła się w zastraszającym tempie. I chyba znikłaby całkiem, gdyby nie jazgotliwy dźwięk klaksonu za oknem. Niedbale rzucił widelec na stół, tuż obok talerza i w pędzie złapał wysłużoną skórę.
Miał jechać do kolegi. Umówili się na naukę języka niemieckiego i jak to zwykle bywa w takich przypadkach, do nauki nigdy nie miało dojść. Wiedział po prostu, że tam gdzie jest trójka kumpli o nauce nie ma mowy. Tradycyjnie już, po złudnym przerzucaniu książek i zdawkowych zdaniach na temat niemieckiej gramatyki, rozsiadali się nieco wygodniej i rozmawiali. Tak po prostu. O wszystkim. Do późna w nocy. Czasem szli na piwo, śmiali się i wygłupiali. Gdyby ktoś starszy ich wtedy widział, pomyślałby, że to jakieś podejrzane typy. Ale nikt tak nie myślał. Z dwóch prostych powodów - raz, że było za ciemo. A dwa? Zazwyczaj było zbyt późno. Zwyczajnie - nikt ich nie widział, a oni, nie przejmując się niczym, szli na piwo. I po to właśnie, między innymi, był mu potrzebny dowód osobisty.
- Cześć Adrian! - uśmiechnął się do znajomego.
- Cześć i smacznego - z iskrą wesołości odpowiedział tamten jednocześnie znacząco dając do zruzumienia, że sos z obiadu pod nosem nie jest często spotykaną ozdobą. Szybko otarł zabrudzenie chusteczką. Zabawne, gdzieś już widziałem takiego żuczka, pomyślał. Raz jeszcze spojrzał na znajomo wyglądającą plamę sosu, teraz już na chusteczce, po czym schował ją do kieszeni.
Pogawędzili jeszcze przez chwilę i ruszyli. Jechali dość szeroką drogą miedzy kamienicami tworzącymi jakby kamienny szpaler po obu stronach asfaltowej rzeki. Srebrny fiat przesuwał się przez oświetlone latarniami uliczki, mieniąc się, w swym szaleńczym tańcu, westchnieniami refleksów pełgających po metalicznym lakierze. I zapewne dojechaliby na miejsce, gdyby nie rozpędzony samochód, który wypadł z uliczki uderzając ich w bok.
***
- Mamo, gdzie ja jestem?
- Jesteś tutaj. U siebie.
- Co się stało. Przecież przed chwilą... Mamo? Czy... czy ja... nie żyję?
- Żyjesz, synku.
Spojrzał na pozgniatane sterty blachy które jeszcze tak niedawno były samochodami. Zabawne, pomyślał, oto przykład, co znaczy cała potęga cywilizacji w porównaniu z fizyką w praktyce. Zdziwił go spokój z jakim obserwował otoczenie. W końcu miał wypadek. Spojrzał najpierw na samochody, potem na siebie. Ech, fiacik do kasacji, pomyślał. Wystarczyło spojrzeć na przesunięcie geometrii wnętrza. Złapał się za prawą rękę na wysokości piersi. Pokiereszowane mięśnie, zdarta skóra. Rana szarpana boku, na szczęście płytka, jak wynikało z pobieżnej lustracji. Ogólne posiniaczenia i zadrapania. Z nutą autoironii stwierdził, że w końcu na coś się przydało posiadnie ojca lekarza. Nieraz przeglądał podręczniki medyczne. Na kolegę nawet nie patrzył. Po prostu wiedział, że nic mu nie będzie. Czuł to, zupełnie tak samo, jak zazwyczaj wyczuwa się strach u drugiego człowieka. Nie wiedział jednak dlaczego tak się dzieje. Przelotnie spojrzał na miejsce obok kierowcy. Fotel, a raczej to co z niego zostało, było puste. Strzępy drzwi rozdarły siedzenie przygniatając je jednocześnie bocznym słupkiem. Ale tam nikogo na szczęście nie było.
- Żyję. Ale jak? - dopiero teraz do jego świadomości dotarł fakt, że jakimś cudem przeżył.
- Przechodziłam obok i ci pomogłam. Już dobrze, jestem przy tobie - spokojny głos kobiety zdawał się kontrastować ze wzrastającym szokiem młodzieńca.
- Mamo, Adrian... Ten drugi kierowca... - chłopak osunął się na asfalt kilka metrów od wraków. Tak naprawdę dopiero teraz dotarło do niego to, co się wydarzyło. Jego umysł znalazł się w dziwnym stanie zawieszenia.
- Nic im nie jest. Karetka jest już w drodze, nie martw się - usiadła na krawężniku obok niego.
- Mamo, gdzie dałaś mój dowód osobisty? - zapytał ze łzami w oczach. Fala szoku i porażającej rzeczywistości przerwała tamę racjonalnego myślenia.
- Synku, po co ci teraz dowód? - ze spokojem zapytała kobieta, jednak jej głos również lekko zaczynał drżeć.
- Żeby pani, ta w sklepie, wiesz, wiedziała kim jestem... i... ile... ile mam lat... - język plątał mu się coraz bardziej, zdradzając tym samym symptomy przejściowego urazu psychicznego.
- Ale po co ci to, synku. Przecież chyba wiesz kim jesteś, prawda?
- Tak, mamo. Ale ona... oni...
- Nie martw się synu. Liczysz się tylko ty. Naprawdę.
- Wiem... - zaczął płakać.
- Cicho, cicho, synku. Nic się nie stało. Cicho... - kobieta również mało się nie rozpłakała, jednakże przy ostatnim słowie głos jej stał się twardszy.
- Nie? Naprawdę? Ale ja chciałem... Ja wiedziałem, że nie będziemy - nie dokończył. Spojrzał przez łzy na matkę.
Jej spojrzenie stwardniało nieco, zapewne chciała przywołać chłopca do porządku. Ten spojrzał na nią zamglonymi oczyma. Szok nie ustępował. Wprost przeciwnie - zdawał się zabierać kolejne fragmenty duszy.
- Synu to się nie liczy. Liczy się to kim jesteś. Naprawdę. Kocham cię.
- Ja ciebie też mamo. Naprawdę - poczuł silny ból w boku, a jego miejscami pokrwawiona twarz wykrzywiła się w bolesnym grymasie.
- Mamo, czy ja umrę?
- Nie, Andrzejku, nie umrzesz... Naprawdę... Nie możesz, póki... - kobieta ledwie wytrzymywała presję. On to zauważył.
- Ale tam jest dobrze, prawda? Nic mi nie będzie, ja to czuję. Czuję, że to już... - uśmiechnął się delikatnie, aczkolwiek z dającą się wyczuć ogromną obawą w głosie.
- Nie mów tak... proszę... - kobieta zaczęła płakać, głaszcząc syna po ciemnych, długich włosach.
- Nie płacz... - role się odwróciły, teraz to on starał się panować nad sytuacją.
- Ty nie możesz... całe życie przed tobą. - płacz nabierał na sile kontrastując z coraz bardziej spokojnym głosem.
- Ale popatrz ile już zrobiłem... Mamo, ja naprawdę jestem... - nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa, jednak głos jego zabrzmiał z taką siłą i pewnością siebie, że trzymająca go w rękach kobieta spojrzała zdziwiona załzawionymi oczyma.
- ...szczęśliwy. Kocham tyle rzeczy: muzykę, przyjaciół, rodzinę, matematykę. Nikt mi tego nie odbierze. Nikt. Tak, dlatego jestem szczęśliwy. Mamo! Naprawdę! - niemal krzyknął, ale jednocześnie zgiął się z bólu.
- Wiem, wiem - teraz matka nie mogła znaleźć słów.
- Ale naprawdę. Jestem sobą. Robię to co chcę, potrafię się cieszyć, tym co mam. Potrafię się radować i smucić. Potrafię wybaczać. Potrafię... żyć. - potok słów wypowiadanych jakby w euforii zalewał cichą, pustą ulicę - Tylko to się liczy, mamo. Popatrz... uwierz. Ja wierzę. Wierzę, że gdzieś tam coś jest. Coś niczym nie ograniczone. Coś, co pozwala nam być takimi, jakimi chcemy być. Nie ogranicza nas niczym, żadnymi prawami, kanonami. Ale my tego nie dostrzegamy. Zamknięci wewnątrz własnych słabości. Zmuszeni do ścierania się ze światem. Naszym małym światem. Zrozum, mamo. My ograniczamy się sami, swoim postępowaniem. Decyzjami, które zmuszeni jesteśmy podejmować codziennie. To jest nasz sprawdzian. Dlatego boimy się śmierci. Nie wiemy co będzie dalej. Nie wiemy... czy zdaliśmy. Mówią, że wtedy życie staje przed oczami w mgieniu oka. Tak, mamo. To prawda. Teraz widzę kim naprawdę byłem. I wiem. Ja już wiem. Byłem sobą. Nie zatraciłem się w złudnych krokach. Mamo... ja... jestem pewien... ja zdałem.
- Tak synku, zdałeś. Naprawdę zdałeś - delikatna dłoń przesunęła się po policzku.
***
Gdzieś w oddali zawyły syreny. Chłopak odetchnął z ulgą. Do jego uszu doleciały, nie wiadomo skąd, słowa znajomej piosenki. Uśmiechnął się i odetchnął ponownie. Tym razem już po raz ostatni.
***
"I have sailed to many lands now I make my final journey
On the bow I stand, west is where I go
Through the night I plough still my heart, calculate and pray
As the compass swings my will is strong I will not be led astray
Mysteries of time clouds that hide the sun
But I know, I know"
***
Otworzył oczy. Ponownie znajdował się na ulicy. Spojrzał na miejsce wypadku. Obok stała ta sama kobieta. Podszedł bliżej.
- Zdałem.
- Tak. Dokonałeś wyboru. Ale nie w tej chwili. Teraz upewniłeś tylko sam siebie. Bo nie byłeś pewien, bałeś się. Zupełnie niepotrzebnie, zresztą. A wybór był dziełem twojego życia. To ty sprawiłeś, że możesz popatrzeć wstecz bez wyrzutów sumienia. To, kim jesteś, zawdzięczasz sobie.
- A ty kim jesteś?
- To nie jest ważne. Zwą mnie różnie. Ty także kiedyś mnie nazwałeś.
- Tak, teraz już sobie przypominam. - odrzekł, patrząc ze zrozumieniem i lekką zadumą - Dziękuję.
- Nie masz za co dziękować, to wszystko twoje dzieło.
Odwrócił się powoli i ruszył przed siebie. Ostatni raz spojrzał za siebie. Zobaczył rozbitego fiata. I zakrwawioną postać na siedzeniu obok kierowcy.
***
"I steer between the crashing rocks, the sirens call my name
Lash my hands onto the helm, blood surging with the strain
I will not fail now as sunrise comes the darkness left behind
For eternity I follow on there is no other way"
***
Kontynuował marsz. Świat zawirował. Zdawał się odlatywać. Spojrzał raz jeszcze. Skrzyżowanie zafalowało, zmniejszyło się. Wzorkiem objął ulice, potem osiedle. Miasto. Kraj. Planetę. Kontynuował podróż. Teraz już widział galaktyki. Całe skupiska. Grupy. Leciał dalej. Zobaczył jak układają się w szeregi. Te z kolei w kolumny. Podróżował dalej. Przed oczami stanęła mu ziarnista materia. Teraz wygładzała się. Nabierała nowych kształtów. Tak... znajomych. Zrozumiał.
- Fraktal wszechświata, matematyka nieskończoności - powiedział do siebie i uśmiechnął się.
Przed nim wyłonił się nowy świat.
- A więc tak wygląda... hmm... niebo? - uśmiechnął się ponownie.
Stary został za nim. Jego mały, śmieszny świat. Osobisty, zapłakany. Gdyby tylko tamci wiedzieli...
Gregorius
fishbone1@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|