|
Śmierć Nietopyra
Kolejny dzień przemocą wdarł się do jego zamkniętej świadomości. Zdaje się, chodziło o poniedziałek, ale Nietopyr nie był tego absolutnie pewien. Zresztą, co to miało za znaczenie.
Niechętnie otworzył powieki. Piekły go oczy; był alergikiem, a w pokoju unosiło się chyba parę kilogramów kurzu. Poczuł kręcenie w nosie. Roztocza. Nienawidził tego uczucia. Upokarzało go, jak bardzo musiał się podporządkowywać mikroskopijnym, bezmózgim żyjątkom, jak wielki miały wpływ na jego życie.
Na co? Na jego... życie? Uśmiechnął się krzywo.
Podszedł do okna. Zwinął żaluzje. Krajobraz z wieży widokowej czwartego piętra nigdy nie był tak śliczny. Marzec zdecydował się jednak dopuścić do głosu również słońce, uprzejmnie rozsunął chmury, zrobił trochę miejsca. A słońce w jednej chwili oblało świat pierwszymi bodaj w tym roku, jasnymi promieniami optymizmu. Wszystko, począwszy od poniemieckich jeszcze, typowo małomiasteczkowych domków na pierwszym planie, po las i zamienioną w wysypisko śmieci żwirownię odległego tła wyglądało niepokojąco optymistycznie.
Co za pieprzona ironia losu, pomyślał Nietopyr.
Szybko się ubrał. Nie było to czasochłonne zajęcie - i tak większą część wyjściowej garderoby miał już na sobie. Usiadł na brzegu łóżka. Rozejrzał się. Uświadomił sobie, jak słabo zna swój własny pokój. Gdyby ktoś go zapytał, nie byłby w stanie powiedzieć, gdzie wisi który plakat, na której półce stoją które książki, jaki kształt ma lampka nocna. Po chwili doszedł do wniosku, że tak naprawdę niewiele go to obchodzi.
Nie czuł się głodny. Wiedział, że nawet gdyby się czuł, nie chciałoby mu się robić śniadania. Po co? Poszedł do łazienki. Ochlapał twarz chłodną wodą, przepłukał usta. Na tym zakończył toaletę. Nie widział potrzeby mycia zębów; zresztą i tak pasta skończyła się dwa dni temu.
Wychodząc, Nietopyr zerknął w lustro. W każdej porządnej bajce lustro zadrżałoby, widząc jego wzrok.
* * *
Kim był Nietopyr? Dobre pytanie. Jego własna matka miałaby wielkie kłopoty z odpowiedzią. Jego sąsiadka spod piątki, wdowa po znanym w mieście pijaku, żyjąca już tylko dla Boga i swojego pudelka, odparłaby, że takim grzecznym, cichym chłopcem z naprzeciwka, bardzo miłym i układnym.
Jego wychowawczyni z ogólniaka określiłaby go wolnym elektronem, trochę aspołecznym, z wielkimi możliwościami, gdyby tylko w końcu przestał wagarować. Kamila, uśredniona do szarości dziewczyna z jego klasy, od której czasem pożyczał zeszyty, bo mieszkała najbliżej, stwierdziłaby, że Nietopyr to durne przezwisko, a Jacek był bardzo wrażliwym chłopcem, który w żaden sposób nie pasował do całego tego stada. Marta z kolei, inna znajoma z klasy, tleniona blondynka, odwożona z każdej dyskoteki granatową beemką niejakiego Bandziora, zamknęłaby postać Nietopyra w pięcioliterowym słowie. Pojeb.
On sam miał się za zbuntowanego romantyka, który urodził się w najmniej odpowiednich czasach. Myślał o sobie jako o smutnym nadwrażliwcu, który zdecydowanie nie trafił w koniunkturę. Dążenie do samozagłady przyjmował za naturalną część swojej natury. Wojaczek, Cobain - to postacie, z którymi w pełni się identyfikował. W pełni świadomie obrał swoją drogę, wyznaczywszy jej cel.
Kimże więc był Nietopyr? Był jednym z nas. Pewien jego pierwiastek nosimy wszyscy. To, co stało się jego udziałem, równie dobrze mogło spotkać mnie lub was.
Pamiętajcie o tym.
* * *
Zastanawiał się, po jaką cholerę wziął z domu plecak. Odrzucił myśl o rutynie, przyzwyczajeniu. Bliższa prawdzie wydała mu się myśl, że kilogramy, które czuł na plecach, potrzebne były, aby dodać sytuacji realności. Aby przypominać, że oniryczna wizja, pośród której się znalazł, jest rzeczywistością. Plecak służył oddzieleniu snu od jawy.
Po chwili wahania zdjął go i usiadł na ławce. Zawsze, gdy urywając się ze szkoły trafiał na działkę, na kilka minut siadał na ławce przed altanką. Postanowił dopełnić rytuału. Zamknął oczy. Zwalczył nagły przypływ senności, skupił się na zimnym wietrze, owiewającym mu twarz. Podświadomie widział w tym jakąś symbolikę, ale nie byłby w stanie tego sprecyzować.
Podniósł się, zabrał plecak, wszedł do altanki. Usiadł na łóżku polowym stojącym pod ścianą. Nie zastnawiając się nad tym, co robi, wsadził w uchyloną paszczę taniego magnetofonu kasetę, którą od paru dni nosił w kieszeni. Magnetofon podpięty był do gniazdka; dzięki zabiegom jego dziadka działka była zelektryfikowana. Wcisnął przycisk. No tak.
"Look, on the bright side is suicide!", krzyczał Kurt. Czego innego mógłby się spodziewać. Nawet się uśmiechnął.
Spojrzał na zegarek. Jedenasta dwanaście, poniedziałek, siedemnasty marca. Data w niczym nie gorsza od innych.
Magnetofon zamilkł. Wcięło taśmę.
* * *
Nietopyr czuł się wyjątkowo głupio, sprawdzając, czy rynna wytrzyma jego ciężar. Od tak dawna planował samobójstwo, a jednak nigdy nie wziął pod uwagę technicznego aspektu sprawy. W półświadomych, moherowych snach, które nawiedzały go przed zaśnięciem, widział siebie dyndającego na gałęzi; z rozczarowaniem przyjął więc fakt, że powieszenie się na rachitycznej jabłoni, jedynym drzewie w całym ogródku, jest raczej niemożliwe.
Podciągnąwszy się dwa razy na pasku od spodni, przerzuconym wokół rynny, odstającej trochę od przedłużonego zadaszenia starego gołębnika, Nietopyr poczuł ulgę. Przez chwilę bał się, że będzie musiał skorzystać z czereśni, rosnącej na działce sąsiada. Wydawało mu się, iż nie byłoby to w porządku. Postanowił nie zwlekać. Dochodziło wpół do dwunastej. Chmury przysłoniły słońce, zdawało się, że zaraz zacznie padać. Idealna chwila na pożegnanie ze światem.
Przyniósł stołek ze składziku. Stary, odrapany, nieużywany od lat. Dzieło jego dziadka, jak zresztą niemal wszystko na tej działce. Bardzo dobrze pamiętał dziadka, choć miał tylko sześć lat, gdy ten zmarł. W szpitalu, po ciężkiej chorobie. Pamiętał wyrzut, że dziadek nie dotrzymał słowa - idąc do szpitala obiecał, że wszystko będzie dobrze i szybko znowu się zobaczą.
Teraz się zobaczą. I znowu zagrają w te cholerne warcaby.
Stanął na stołku. Założył pętlę. Krawat, tylko taki specyficzny, pomyślał. Zastanawiające: mimo, iż nienawidził wszystkiego, co "oficjalne" i "odpowiednie", do krawatów nigdy nie żywił szczególnej antypatii. Kilka razy zdarzało mu się nawet założyć taki biało-czerwony, lepperowski, do ukochanej flanelowej koszuli. Ot tak, dla jaj.
Zero dramaturgii, pomyślał, przepędzając krawaty ze swojej głowy. Powinienem coś czuć...
Był rozluźniony, oddychał swobodnie. Zbierał się w sobie, by wywrócić stołek. Jeden ruch, tylko jeden ruch... Tyle razy ćwiczył to w teorii. Jeden ruch, tylko jeden ruch...
Tylko jeden ruch.
* * *
Drewniany stołek przewracający się na trawę nie wydaje żadnego szczególnego dźwięku. Żaden koniec świata nie jest zbyt efektowny.
* * *
"Samobójstwo jest wynikiem chemicznej nierównowagi", głosiła zapożyczona z jakiegoś artykułu myśl, odbijając się z hukiem od ścian przenicowującego się umysłu Nietopyra. "Wszystko sprowadza się do płaszczyzny czysto biologicznej".
CO JA ROBIĘ?
Wiedział, oczywiście wiedział, że już za późno.
CO JA KURWA ROBIĘ?
Za późno, synku, za późno.
Życie odezwało się, gdy stało już na straconej pozycji. Wyobraźcie sobie, jak to boli.
* * *
Wiatr niósł słowa. Przytłumione, dochodzące z niewyobrażalnej oddali.
"Kimże jesteś? Wielkim zwycięzcą? Jesteś wielkim przegranym. Przegrałeś ostatecznie, z kretesem. Siedemnaście lat do zera".
"Nie jesteś Cobainem, nie jesteś Wojaczkiem. Jesteś smutnym, żałosnym Nietopyrem. Od teraz Nietopyrem 1986 - 2003, gwiazdą jutrzejszego wydania Wiadomości. Twoich wierszy, które po kryjomu pisałeś, nikt nigdy nie przeczyta. Zrezygnowałeś z listu pożegnalnego, bo uznałeś, że byłby nie na miejscu. Wiedziałeś, że tak naprawdę nie masz nic na swoje usprawiedliwienie".
"Co chciałeś osiągnąć? Co zamanifestować? Sam tego nie wiesz".
"Szukałeś drogi? Znalazłeś ślepą uliczkę. Szukałeś męczeństwa? Znalazłeś tchórzliwą ucieczkę. Szukałeś zbawienia? Znalazłeś potępienie."
"A może chciałeś zostać bohaterem, kimś z krwi i kości, z kim podobni tobie mogliby się utożsamiać? Nic z tego. Szybko zostaniesz zapomniany. Nikogo nie będzie obchodziło to, co właśnie zrobiłeś. Jak to zaśpiewał w Nowym Jorku twój idol: Nie oczekuj, że zapłaczę ze wszystkich powodów, dla których umarłeś".
"Jakże się przeliczyłeś, wybierając śmierć na swój sposób życia!"
Od chwili, w której stryczek z paska od spodni zacisnął się mu na gardle, minęły co najwyżej trzy sekundy. Forpoczta wieczności.
* * *
Nietopyr skonał. Nagle bardzo nieszczęśliwy.
Axel
prubaj@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|