Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: FidoB ::::

Rdza



Delikatne światło lampy, wiszącej dokładnie pośrodku sufitu, zdołało ukazać zalediwe sylwetkę zgarbionej postaci, siedzącej przy ladzie. Cały bar pogrążony był w półmroku, co przydawało mu nastrojowości. Martwą, grobową ciszę przerywało jedynie brzęczenie muchy, która lawirowała pomiędzy pustymi stolikami.

- Jeszcze jedno piwo proszę - rozbrzmiał bełkotliwy głos, a powietrze wokół wypełniło się ciepłym odorkiem alkoholu. Barman, a właściwie barmanka, na moment porzuciła polerowanie kufli. Gdy napełniała szklankę złocistym płynem, do środka wszedł mężczyzna, od razu witając wszystkich głośnym, piskliwym "Cześć". Pozwoliło to ustalić jego tożsamość. Nim jednak ktokolwiek z obecnych w pomieszczeniu zdołał odpowiedzieć przybyszowi, ten zażądał gorącej herbaty. Po chwili zasiadł przy ladzie i rozpoczął rozmowę.

- Słyszeliście, że młody Bartkowiak się zabił?

Piwosz aż się zakrztusił.
- Jak, do cholery?
- Skoczył z okna. Znaleźli go nad ranem. - odpowiedź nie nosiła żadnych znamion zdenerwowania, ani nawet podniecenia. Ot, zwyczajne przekazywanie drugiej osobie zwyczajnych informacji. Widocznie mówiący zdołał już ochłonąć po usłyszeniu tych wieści.
- Zostawił jakiś list, cokolwiek? W ogóle wiadomo coś? Krzysiek? - do "pogaduszki" włączyła się barmanka. Widać było, że próbowała z całych sił zachować spokój, lecz zdradzały ją drżące ręce. A ponadto nie mogła na niczym konkretnym zatrzymać wzroku.
- Nie mam pojęcia. Nie... chyba nie. I błagam cię Ewa, daj mi wreszcie tę herbatę.

Aż do zamknięcia pubu nikt się nie odezwał ani słowem.

***

Światło księżyca, wpadające do pokoju przez otwarte szeroko okno, tworzyło iście nieziemski, bajkowy nastrój. Jedwabna zasłona tańczyła w powietrzu, podrywana przez chłodny, jesienny wiatr. Co chwila opadała na stojące przy ścianie łóżko, na którym leżał dorosły mężczyzna. Jedną ręką przeczesywał swoje długie włosy, a drugą pisał coś, bardzo nierównymi i niestarannymi ruchami.

"24 października

Cóż... Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ta wieść. Tak, jakbym szedł ulicą i nagle ktoś bez powodu uderzył mnie w twarz, a potem poszedł sobie, jak gdyby nigdy nic. Zdziwienie, konsternacja, zaskoczenie - jest wiele słów, ale żadne nie odda tego, co w tej chwili poczułem. Nie miałem emocjonalnego stosunku do tego chłopaka, sam się dziwię, dlaczego tak zareagowałem. To oszołomienie nie było efektem piwa, bo, niestety, ciągle mam to samo, okropne uczucie. Nawet teraz lekko drża mi ręce, długopis wyślizguje się ze spoconej dłoni. Lepiej pójdę spać, bo piszę już chaotycznie i bez sensu. Może jutro trochę więcej się dowiem, dyskretnie popytam sąsiadów, zadzwonię do żony."

Mężczyzna zamknął pamiętnik i schował go do szuflady. Położył dłoń na wyłączniku lampki nocnej, gdy nagle przed oczami zamigotały mu postrzępione, czarne plamki, zmieniające swój rozmiar i położenie z każdą chwilą. Powoli osunął się po ścianie na ziemię, oparł głowę o krawędź łóżka i zasnął.

***

Gdy wracał tramwajem z pracy czuł się okropnie. Gwar rozmów wydawał się odbijać echem od porysowanych przez wandali szyb i wracać z jeszcze większą głośnością, jeszcze bardziej boleśnie. Zza okna obserwował śpieszących się do swoich codziennych obowiązków ludzi. Jakiś szczyl pokazał mu środkowy palec, na co jednak nawet nie zwrócił uwagi. Był przyzwyczajony do takiej odgórnej, nie mającej żadnego powodu nieprzyjaźni, skierowanej w jego stronę, zazwyczaj bardzo ostentacyjnej.
Przypomniał sobie wczorajsze słowa Krzyśka i zamyślił się głęboko. Czemu Bartkowiak miałby popełnić samobójstwo? Dzieciak był spokojny, problemów w szkole chyba nie miał, i jeszcze znakomicie grał na skrzypcach. Tak... Na wspomnienie jego gry mężczyznę przebiegł przyjemny dreszcz. Był w tym wdzięk, cholerny, niewypowiedziany wdzięk. Cały pion zmuszony był słuchać tych dźwięków, ale mimo wszystko nigdy nikt nie narzekał, że "nie może się skupić przez to okropne rzępolenie".
Nić wspomnień została przerwana przez przeraźliwy pisk hamującego tramwaju. Wysiadając zamoczył sobie całą prawą stopę w kałuży. Zdusił przekleństwo i natychmiast udał się do domu, by tam móc w ciszy i cieple dalej kontemplować.

***

"25 października

Zagadka samobójstwa Bartkowiaka intryguje mnie w takim stopniu, jak chyba tylko jego rodziców. Jego śmierci nie należy rozpatrywać tak, jak każdej innej. To był inteligentny chłopak, acz zdecydowanie nadwrażliwy. Pamiętam, jak płakał, gdy w szkole wyzywał go jeden kolega (jeśli można to tak nazwać). W gimnazjum. I w tym właśnie upatruję powodu. Wytrącić go z równowagi mogła byle błahostka, nie sądzę, że policja do tego dojdzie, gdyż nikt nie będzie już o niczym pamiętał."

***

W barze panował cichy i ponury nastrój, typowy zresztą o wieczornej porze. Przy jednym ze stolików siedziała wyraźnie podchmielona dwójka mężczyzn, przy drugim - kobieta, samotnie popijająca wódkę. Na ladzie wisiał mocno podpity trzydziestoparolatek, mrucząc do barmanki coś niezrozumiałego, o samobójstwie i podejrzeniach.

- Hej, Michał! - z półsnu wyrwał go głos Krzyśka.
- Co jest?
- W szkolnym plecaku Bartkowiaka był zeszyt z kilkudziesięcioma wierszami - ciągnął, wyraźnie podniecony.
- Wiadomo już coś więcej?
- Byłem u jego matki pomóc w remoncie, przeczytała mi kilka. Dała mi zeszyt do przejrzenia i sporą część sobie spisałem.
- Gadaj.
- Tylko trzymaj się mocno stołka, bo to strasznie kiczowate.
- Mów wreszcie!

Krzysiek zaczerpnął tchu, po czym zaczął recytować:

"Rdza. Stal świata rdzewieje, traci szlachetny poblask. Czy tak będzie dalej, zależy tylko od nas."

- Poeta z niego marny - stwierdziła barmanka, kręcąc głową - jest tam dalej coś ciekawego?
- Raczej nie... Same bzdety o ludzkim cierpieniu i złym życiu.

Mężczyzna, który podczas czytania wiersza nie wykazywał zainteresowania, teraz wyraźnie się ożywił. Odstawił niedopite piwo i wyszedł bez pożegnania.

***

"26 października

Stal świata rdzewieje. Wydaje się strasznie banalne, lecz dostrzegam w tym głębszy, na swój sposób piękny sens. Sam dobrze wiem, czemu popełnił samobójstwo. Bartkowiak był naprawdę specyficznym, wrażliwym człowiekiem - szczególnie jak na piętnastolatka. Cóż, ludzie tacy jak on po prostu nie mają szans odnaleźć się w rzeczywistości. Czasem kończy się to tragicznie, jak w tym przypadku. Sam zbyt wcześnie dojrzałem emocjonalnie, sam chciałem zmieniać świat na lepsze. Powaliła mnie moja bezczynność, brak możliwości. Nawet nie wiecie, jaką męką było dla mnie słuchać o cierpieniach zupełnie niewinnych ludzi, o każdym negatywnym wydarzeniu. Myślałem, że coś zmienię, ale musiałem stać z założonymi rękami. Próbowałem słać listy do czasopism, nawet kiedyś napisałem do prezydenta miasta, proponując kilka swoich pomysłów na rozwiązanie wszędobylskiej biedy. Wszystko to niestety lądowało w rękach rodziców i natychmiast tłumaczyli mi bezsens takich zachowań. Świat gnije, i tego się nie zmieni - mówili. Trzeba żyć, a nie marzyć i patrzeć w gwiazdy, myśląc, że coś się zdoła zrobić. Ciągle czuję wewnętrzną potrzebę zmieniania czegoś, ale uświadomiłem sobie, że rzeczywiście jest to po prostu niepoważne. Działaniem jednej osoby nie zmieni się świata ani o trochę."

Mężczyzna chciał już zamknąć pamiętnik, lecz po chwili zmagania sę z samym sobą bardzo starannie zamazał ostatnich kilka zdań. Spojrzał w okno i zamyślił się, a na jego twarz wstąpił delikatny uśmiech...


FidoB

fido@poczta.euron.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||