|
Osochosi
- O co ci chodzi?
- Trochę szacunku! Nie przeszliśmy jeszcze na "ty" więc zwracaj się do mnie per pan.
- Dobrze. O co panu chodzi?
- Po prostu nie pasujesz do tego otoczenia.
- Pan też nie za bardzo.
- Ja nie za bardzo? Jak to nie? Przecież człowiek ubrany na czarno, w czarnym kapeluszu, czarnym płaszczu i czarnych butach, znakomicie pasuje do tego jakże mrocznego otoczenia, jakim jest niezmiernie ciemny las!
- W porządku, rzeczywiście stapia się pan z wyglądem okolicy... Ale gdzie my się tak w ogóle znajdujemy?
- W ciemnym lesie. To niedaleko - tuż za zakrętem wyobraźni.
- Za zakrętem wyobraźni... Tak, oczywiście... Ja jednakowoż mam do pana jeszcze jedno pytanie. Dlaczego jest pan taki niski?
- Bo jestem karłem - proste i logiczne! Fakt, że trochę zgarbionym ale taka praca.
- A czym się pan tak na prawdę zajmuje?
- Nie widzisz, że doły kopię. Grabarzem jestem, choć kiedyś było inaczej...
- Kim pan był dawniej?
- A co ty tak ciągle pytania zadajesz, co? Może ja cię o coś spytam, dobra? Skąd się tu wziąłeś? Pewnie tam na zewnątrz brałeś jakieś świństwa albo ktoś ci podał niebieską pigułkę, co? Czyż nie tak?
- Nieważne, nie lubię się nad sobą rozczulać.
- O, to dobrze. Widzę, ze masz jednak jakieś zalety. Hmm, może będą kiedyś z ciebie ludzie, kto wie?
- To czym się pan wcześniej zajmował?
- Skoro nalegasz... Byłem alchemikiem. Miałem mały warsztat alchemiczny, z którego były jakie takie dochody. Niedługo potem, niedaleko wybudowali drugi, większy, nazwali go "Stonka", czy jakoś tak. Straciłem klientów, interes się skończył. Widzisz jak nisko może człowiek upaść, nawet taki porządny karzeł jak ja. Bez przerwy kopię te cholerne doły a w tym lesie trupów jak na lekarstwo. Biznes się nie kręci. Kto by pomyślał, taki straszliwie mroczny las, złe czai się wszędzie i ciągle go przybywa a nieboszczyków jak nie było, tak nie ma. A ja już kopię i zasypuję z nudów. Czasem jakąś sowę lub śniętą rybę pochowam ale to za darmo, bo rodzina za pogrzeb płacić nie chce. Takie jest cholerne życie garbatego karła grabarza w mrocznym lesie, niech to szlag. Jak mówił mój znajomy menel: "To nie Kanna Galilejska, tu trzeba zapier...
Wywód karła przerwał wielki huk. Rzucił łopatę na ziemię i zaczął biec w stronę, z której dochodził hałas. Tak naprawdę to nie biegł, tylko kuśtykał, ponieważ był nieco kulawy. Bez chwili namysłu pobiegłem za nim.
Dotarliśmy do źródła huku. Na miejscu ujrzałem wbitą w drzewo motorynkę i leżącego obok niej człowieka w czapce pilotce i szarej kapocie. Na plecach miał wymalowaną literę L a pod nią napis: "nauka jazdy". Karzeł włożył ręce do kieszeni i uśmiechnął się sarkastycznie. Człowiek w szarej kapocie wstał z ziemi i zaczął się otrzepywać z kurzu i liści.
- No i co, Dziadek Mróz, znowu jeździłeś po pijaku? - z ironią w glosie spytał karzeł.
- Daj spokój. Pomyliłem sprzęgło z hamulcem, no i jeb! - powiedział Dziadek Mróz.
- Tak, jasne... Potrzebujesz pomocy? - powiedział z udawaną troską karzeł.
- Nie, dzięki. Poradzę sobie.
Dziadek Mróz podszedł do motorynki i z wielkim trudem wydarł ją z pnia. Poprawił czapkę pilotkę, założył lotnicze gogle i wziął na plecy motocykl. Bez słowa pożegnania, lekko się zataczając, odszedł w nieznanym kierunku. Kiedy zniknął za drzewami, nie wytrzymując spytałem karła:
- Kim jest Dziadek Mróz?
- Sam nie wiem. Krążą plotki, że jest wikingiem, porzuconym niegdyś przez rodziców pijaków. Biedny człowiek. Picie odziedziczył w genach od rodziców. Ponoć matka, mając sflaczałe piersi, poiła go benzyną ekstrakcyjną. To tylko plotki, prawdy nie dojdziesz, w szczególności od niego samego. Ale z tym zamiłowaniem do alkoholu to prawda. Osiadł w lesie, zmajstrował aparaturę i począł pędzić bimber. Przy tworzeniu aparatury zostało kilka części, to zrobił sobie motorynkę i teraz uczy się jeździć.
- Smutna historia.
- No. Ale co tam. Lubisz ziółka?
- Chyba tak.
- To chodźmy do mnie, to niedaleko stąd - zaproponował karzeł.
Nie odmawiałem.
Wędrówka przez las byłaby całkiem normalna, gdyby nie grupka wyznawców Hare Krishna, która wręczyła nam ulotki i siłą chciała zachęcić do nowej wiary. Kiedy grabarz zdzielił ich wszystkich łopatą przez łeb, jął uradowany wykopywać doły. Odwiodłem go od tego, gdyż stwierdziłem, iż domniemani denaci jeszcze żyli. Karzeł niechętnie odstąpił od kopania, ponieważ, jak twierdził, niewiele im do śmierci brakowało.
Dalsza część drogi była dość spokojna, przepełniona ćwierkaniem nietoperzy i szczekaniem leśnych wielbłądów. Raz tylko się wystraszyłem, kiedy usłyszałem jakiś nieziemski ryk. Karzeł pocieszył mnie jednak, że to tylko odyniec w okresie godowym. Szliśmy i szli a jego chałupy ani widu, ani słychu. Kiedy, według grabarza, byliśmy już blisko, stała się rzecz niesłychana - wdepnąłem w łajno. Karzeł wytłumaczył mi, że odchody należą do znanego już mi odyńca i że on w ten sposób znaczy teren. Zacząłem wycierać but, lecz karzeł powiedział, że to nic nie da i trzeba tutaj buta zostawić, żeby odyniec nie poszedł za nami. Nic to. Rzuciłem obuwie w krzaki, co zaowocowało jękiem, poprzedzonym głuchym stuknięciem. Odwróciłem się na pięcie i zacząłem doganiać oddalającego się grabarza.
Niedługo potem moim oczom ukazał się dom. Tak naprawdę to coś niewiele się różniło od szałasu ale nie chcąc urazić karła, który w międzyczasie przeszedł ze mną na "ty", mówiłem na to dom. Bądź co bądź, chałupa była z desek. Przed progiem przywitał mnie szyld głoszący: "To tutaj mieszka grabarz jeśli chcesz kogoś pochować zapukaj a jeśli nie chcesz to też zapukaj to pogadamy." Poczułem się swojsko, niestety chyba za bardzo, bo zachciało mi się kupę. Spytałem karła gdzie tu można załatwić potrzebę fizjologiczną a ten wskazał mi stojący nieopodal wychodek, zwany ustępem lub po prostu kiblem. Zachęcony wygodami dziarsko ruszyłem w stronę niskiego, drewnianego zabudowania. O dziwo, wychodek był na tyle wysoki, że bez problemu mogłem się w nim zmieścić. Gorzej było z wnętrzem. Pomijając tak drobne niedogodności, jak na przykład odór zgniłych żołędzi, był jeden wielki mankament. Otóż ustęp nie posiadał muszli klozetowej, ani nawet czegoś ją przypominającego. W ziemi wykopany był dołek. Tak więc, wypróżniać się trzeba było w pozycji "na małysza", co nie za bardzo przypadło mi do gustu. Odechciało mi się kupy. Zniesmaczony, opuściłem przybytek i skierowałem się w stronę chałupy, to znaczy domu.
Wewnątrz było całkiem znośnie. Pachniało nawet ładnie, co było chyba spowodowane konopiami indyjskimi na parapetach. Na ścianach były porozwieszane rozmaite półki, na których stały słoje wypełnione jakimś płynem, z dziwnymi stworzeniami w środku. Były tam różne rzeczy, jakieś kończyny, jakieś niedorozwinięte płody, raz nawet kątem oka zobaczyłem jakiś falliczny kształt. Na ścianach wisiały ususzone zioła. Po prostu zwykłe mieszkanie byłego alchemika.
Kiedy się rozglądałem, karzeł zdążył już uwarzyć coś w kociołku nad ogniem. Podczas gdy gospodarz rozlewał wywar do glinianych kubków, po domu rozszedł się bardzo nieprzyjemny zapach. Karzeł podał mi kubek, sam już trochę wysiorpawszy. Zważywszy na woń napoju, długo się wahałem przed skosztowaniem go. Grabarz jednak nalegał więc łyknąłem nieco... Smak mnie dosłownie oszołomił. Był tak niezwykły, że wyszedłem z siebie i stanąłem obok, przypatrując się swej zdziwionej minie. Kiedy wróciłem do siebie, wychyliłem cały kubek, prosząc o dolewkę. Karzeł zapomniał powiedzieć o skutkach ubocznych, jakimi są późniejszy brak smaku i potrzeba padnięcia na podłogę, gdy usłyszy się słowo "jupi". Na szczęście karzeł pocieszył mnie, że nie używa tego okrzyku, więc mogłem stać spokojnie.
Rozglądając się jeszcze nieco, zauważyłem w kącie na podłodze waltornię. Kiedy spytałem o nią karła, ten zaproponował mały koncert. Nie miałem siły odmawiać, znając upór grabarza.
Karzeł przyłożył instrument do ust, po czym powietrze rozbrzmiało dźwiękami, których sobie nawet nie wyobrażałem. Gdy muzyczne wibracje ustały, usiedliśmy na prowizorycznej kanapie. Wyjąłem z uszu ser...
Gospodarz rozkojarzył się zupełnie. To pewnie jedna z właściwości napoju. Chwilę pomilczeliśmy, po czym postanowiliśmy włączyć telewizor. Grabarz przytargał pudło a kiedy próbował je podłączyć, ja podszedłem do półki z książkami. Zainteresowała mnie jedna z narysowanym na grzbiecie pentagramem. Okazało się, że tytuł jej brzmi: "Tayemnice Alchemyi" a autorem jest niejaki ks. Rydzyk. Kiedy otwierałem wolumin, wyleciała z niego mała karteczka. Gdy ją podniosłem zobaczyłem napis w jakimś dziwnym języku, który głosił: "ipuj uzratnemok w zsipan catyzcdo ot selalodz ez yntnegiletni elyt an setsej ilsej. nadaiwopo wokinletyzc ald scomodaiw." Bez namysłu włożyłem karteczkę do kieszeni.
Karzeł znalazł gniazdko, podłączył telewizor i wcisnął przycisk. Coś zaszumiało, coś zaburczało a na koniec coś beknęło. Grabarz wziął śrubokręt i rozkręcił obudowę. Ku memu zdziwieniu, wewnątrz siedział mały ludek, oparty o rowerek i sennie kiwał głową.
- Nie no. Znowu się naćpałeś mały? - spytał karzeł kładąc akcent na słowie "mały".
Nie doczekując się odpowiedzi, karzeł posadził ludka na rower i kazał pedałować, co ten czynił mimo opłakanego stanu. Coś zaszumiało, zaburczało, beknęło i na ekranie pojawił się obraz. Karzeł pokręcił trochę pokrętłem, aż w końcu znalazł jakąś stację. Właśnie leciały telezakupy. Jakaś gruba baba reklamowała robota kuchennego. Grabarz oglądał z otwartymi ustami.
- Ale by mi się przydał taki pomocnik kuchenny - powiedział z niekłamaną szczerością. - Wszystko by za mnie zrobił a ja bym leżał do góry brzuchem. Szkoda, że mnie nie stać...
Zaległa niepokojąca cisza, przerywana co chwilę bzykaniem komara. Zdawało mi się, że gdzieś w oddali słyszę odyńca. W pewnym momencie grabarz wstał i przyniósł dużą miskę pełną wody.
- Umyję sobie nogi - oznajmił.
- Proszę bardzo - powiedziałem, nie znajdując lepszej odpowiedzi.
- Czasem, gdy myję nogi, jestem tak rozkojarzony, że po umyciu nie pamiętam czy umyłem obie i dla pewności myję je jeszcze raz.
- Aha - powiedziałem.
Kiedy skończył, wylał pomyje przed dom i wrócił do środka. Siedziałem cicho. Usłyszałem grzmoty. Rozpoczynała się burza. Nawet nie zdążyłem o tym pomyśleć a deszcz już dudnił w dach. Niezła ulewa. Nie wiem dlaczego ale się nie zdziwiłem, kiedy dach zaczął przeciekać. Karzeł podstawił miednicę pod strugę wody, co spotęgowało dudnienie. Ale przynajmniej podłoga nie zmoknie.
Zegar stojący wybił północ, wygrywając "House of the Rising Sun" The Animals. Czas wracać. Tylko jak. "Jak wrócić", pomyślałem głośno.
- Słucham? - zapytał karzeł.
- Nic, zastanawiam się jak wrócić...
- Dlaczego od razu nie mówiłeś?...
- A, tak jakoś mi umknęło.
- Wyjdziesz za dom, pójdziesz prosto, aż trafisz na małą polankę. Przed sobą będziesz widział ścieżkę. Pójdziesz nią a na wszystkich czterech zakrętach jakie spotkasz idź w lewo. Pamiętaj, żebyś nie zbaczał ze ścieżki i że wszystkie zakręty mają dziewięćdziesiąt stopni.
- Ale przecież wtedy znów wrócę na polankę.
- Tak ci się tylko wydaje...
- No tak. Dobra. Żegnam, mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy. Aha, pozdrów ode mnie Dziadka Mroza, jak go spotkasz!
- Dobrze. Do widzenia!
Wyszedłem na zewnątrz. Od razu deszcz zmoczył mnie całego. Jak tu iść w taką ulewę, w dodatku z jednym butem. Uścisnąłem rękę karła i zniknąłem w gąszczu. Po niedługim czasie dotarłem na polankę. Zauważyłem ścieżkę. Szedłem dokładnie jak mi polecił karzeł. Pierwszy zakręt, drugi, trzeci, czwarty...
Przed sobą zobaczyłem znajome drzwi. Drzwi do mojego mieszkania. Wszedłem bez wahania. Nareszcie. Mój pokój! Usiadłem w fotelu i zamknąłem oczy ze zmęczenia...
***
Otwieram oczy. Siedzę przed komputerem. Musiałem przysnąć. Jakoś mi zimno w stopy... Siedzę bez jednego buta?... Siedzę w domu w bucie?... To nic... Ale co ja do cholery robię przed komputerem cały mokry?...
lipiec 2003
Rafał "placeq" Malicki
placeq444@poczta.fm
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|