|
Jest Legionowo [8 i 9]
-8-
Saint, kiedy tylko kibole KKS "Sentencja", prowadzeni przez Kwasa i Chowańskiego przemaszerowali, oczywiście inną drogą, rozpoczął realizację swego planu. Otworzył drzwi do swojego garażu i wózkiem zaczął dowozić zwoje drutu kolczastego, metalowe i drewniane słupy... Dzięki sprawnym działaniom w krótkim czasie zdążył w ten sposób zabarykadować wszystkie drogi prowadzące z powrotem do bloków, z wyjątkiem tej, która prowadziła obok jego domu, rzecz jasna.
Po czym wziął paczkę czipsów, butelkę mineralnej, wszedł na kamienną wieżyczkę swojego domu i przez lornetkę zaczął obserwować, co też się będzie działo na stadionie. Liczył oczywiście, że kibole jego miasta, a niektórych znał już od wielu lat, zwłaszcza przywódców: Kwasa i Chowańskiego, bez większych problemów poradzą sobie z przyjezdnymi i gdy będą wracać, wskutek upojenia zwycięstwem i nie tylko tym, stracą nieco zapału do walki. Tak się nie stało. Z początku wszystko było w porządku: zastosowana została dotychczasowa taktyka, tzn. goście z ciężkim sprzętem (tasaki, siekiery) wbijają się klinem w grupę przeciwnika; dalsza część planu zakłada rozniesienie rozproszonego wroga na kijach bejzbolowych i doprawienie kastetami i gołymi pięściami. Ale po wykonaniu pierwszego punktu planu stała się rzecz niebywała - wróg zamiast się rozproszyć, po prostu wchłonął awangardę natarcia, odcinając ją od reszty; tam uzbrojonych w siekiery i tasaki czekała zagłada od lekkich, a szybkich maczet będących na wyposażeniu kiboli FC Paryja. Ci byli niesamowici; działali jak kolektyw. Bez żadnej komunikacji werbalnej dokładnie orientowali się w sytuacji, gdzie komu potrzebne jest wsparcie. Widok milczących wojowników FC Paryi zaskoczył nawet samego Sainta, a co dopiero mówiąc o kibolach KKS "Sentencji". Ci zupełnie nie wiedzieli, co robić; większość ruszyła do bezładnego natarcia, ale ich kije bejzbolowe nie mogły się równać z siłą i szybkością maczet, niejakiego novum w walkach kiboli. Siła Paryjaków była straszna - praktycznie bez strat własnych przystąpili do miażdżącego kontrnatarcia. Przyczółek w postaci stadionu został zdobyty; piłkarze dawno uciekli, a masa ludzka milczących kiboli wylała się w pogoni za miejscowymi; ci, spanikowani, w bezładzie uciekali w kierunku jedynej drogi odwrotu: obok domu Sainta. Ten obserwował całe zajście i podjął decyzję. Paryjacy zagrażali miastu, byli czymś w rodzaju plagi. Ich kolektywne, niemal nadludzko sprawne również były wielce niepokojące. Saint zamierzał w końcu ujawnić pełnię swoich nowych możliwości w ostatecznym starciu z kibolami. I tak też się miało stać. Ale nie z tymi, z którymi zamierzał.
Wyszedł przed dom. Stanął tuż przy ogrodzeniu. Znad siatki widział już biegnących niedobitków. Kilku już minęło jego dom; z trwogą oglądali się na niego, gdy tak stał przy ogrodzeniu, chłodno wpatrując się w horyzont, ale teraz nic im nie groziło z jego strony. Pojawiło się nowe, o wiele większe zagrożenie, wobec którego stanęło całe miasto. Ale Saint tam był.
W końcu wyłoniła się zza horyzontu przygarbiona sylwetka Kwasa i wspierającego się na nim Chowańskiego; temu ostatniemu lewa ręka zwisała bezwładnie, Kwas musiał co chwilę ocierać sobie krew zalewającą mu oczy i całą twarz. I wtedy również Saint ujrzał biegnących w milczeniu goniących ich kiboli z maczetami; masa ludzka wypełniła teraz całe wzniesienie, z którego gorączkowo, pchani wolą przeżycia, zbiegali Kwas i Chowański. Saint wyszedł za ogrodzenie. Para przywódców nieistniejącej w tej chwili grupy kiboli z przerażeniem podniosła głowy i ujrzała Sainta, ale nie zatrzymali się ani na chwilę; biegli, a strach i nadzieja dodawał im sił. Minęli Sainta, ten nawet nie obejrzał się za nimi; stanął w przejściu między domami, które miało szerokość dwóch i pół metra; przejściu, które od długiego czasu stanowiło punkt zapalny najpoważniejszego konfliktu w mieście; przejściu, które w tym momencie miało niebagatelne znaczenie w życiu wielu ludzi, i nie tylko ludzi.
Saint stanął w tym przejściu na rozstawionych nogach, założył ręce na piersi, dając wyraźny znak, że dzisiaj już nikt tędy nie przejdzie, dopóki on tu stoi. Ale milczący kolektyw kiboli FC Paryja nawet się nie zawahał; natarł z takim samym impetem na przejście i jego strażnika, jakim rozniósł najsilniejszą do tej pory grupę kiboli.
- Nie przejdziecie - oznajmił Saint.
-9-
Budowa Mrocznego Silnika trwała według ludzkiej miary ponad sto lat; powstała budowla fizycznie niemożliwa w naszym świecie, samą swoją istotą odciskająca się w przestrzeni wieloświata. Jej budulcem były dusze tysięcy cierpiętników; gdzieniegdzie któraś z dusz próbowała się wyrwać ze ścian, ale to było niemożliwe, gdyż większość jej istoty już została wpisana w strukturę budowli. W środku zaś znajdowała się największa kiedykolwiek zbudowana maszyna. Silnik ten był tak potężny, że był w stanie zamienić w energię dusz, czyli w naszym świecie formalne nic, w COŚ.
W naszym świecie oczywiście energia duszy istnieje, ale nigdy samodzielnie. To nas różni od "świata zmarłych", gdyż tam energia dusz istnieje wyłącznie samodzielnie. Jeśli w świecie żywych coś traci cielesną powłokę, energia duszy wędruje do świata umarłych. Ale ten proces teoretycznie działa też w drugą stronę.
Jeżeli za pomocą Silnika uda się stworzyć obiekt materialny, to wszystko, co jest z nim związane energią duszy, zostanie przeniesione do naszego świata. Na tym to polega.
Legion i Kuba Rozpruwacz stali na najwyższej wieży budowli; podziwiali właśnie ukończone dzieło.
- Nareszcie gotowe! - zakrzyknął Legion.
- Dobra! Jeszcze tylko znaleźć odpowiednio mocną duszę do rozruchu silnika i...
- CO!? Jaka "odpowiednio mocna dusza'!?
- No, silnik podczas rozruchu pobiera o wiele większy prąd niż podczas pracy... - odpowiedział Kuba, zaznajomiony ze zdobyczami techniki.
- Dlaczego jedna!? Nie można użyć kilku dusz jednocześnie?
- Między kilkoma duszami byłaby za długa przerwa i silnik by nie...
- Dobra, dobra. Tylko czemu dopiero teraz o tym się dowiaduję!?
- Technika idzie do przodu! Na początku mieliśmy robić tłoki na sprężone dusze, pamięta Pan!?
- Hm... a jak mocna dusza będzie potrzebna?
- Hm... ok. trzy razy mocniejsza od przeciętnej...
- I GDZIE JA MAM ZNALEŹĆ TAKIEGO NADCZŁOWIEKA, CO!?
- To już nie mój problem, Panie! Takie są teraz ograniczenia techniczne!
- Czekam na świat już kilka tysięcy lat, poczekam i drugie tyle, ale w końcu się ktoś taki zjawi! Trzeba tylko czekać. - Legion się uspokoił na tyle, że odszedł od zamiaru zaklęcia duszy Kuby Rozpruwacza w fundamentach budowli. Uspokoił się, gdyż znalazł nowy cel. Zaczął szukać duszy, która by była w stanie uruchomić Mroczny Silnik. Zaczął pilnie obserwować świat. Ale w tym czasie...
Mariusz Saint
mariuszsaint@interia.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|