Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Khaoi ::::

Etnorell
część 1



Padało. Delikatne smugi kryształowo-siarkowych kropel niby języki chmur delikatnie, a zarazem gwałtownie moczyły płytę nagrobną. Lubię ten cmentarz. Oto posród setek grobów ułożonych w jakieś dziwne asymetryczne figury mój skołatany umysł odnajdywał spokój. Za każdym razem upajałem się tym przesiąkniętym śmiercią powietrzem, tym szumem wierzb posród grobów. Od czasu do czasu obserwowałem ludzi przemykających po tych niby-niekończących się ścieżkach między miejscami pochówków. Kim byli ci ludzie? Może przychodzili na groby swoich bliskich, może szukali miejsca na własną kwaterę? Możliwe również, że tak jak ja lubili atmosferę tego ponad trzystuletniego miejsca. Wszakże nie wiadomo kiedy dosięgnie ich macka przeznaczenia.
W północnej części nekropolii znajdował się kosciół - monumentalny, gotycki o strzelistej wieży z dwumetrowym niemal krzyżem, dwóch nawach bocznych i nawie głównej z pięknym, rzeźbionym w drewnie ołtarzu. Jednak mniejsza z wystrojem w środku kościoła. Ciekawsze formy jakiejś groteskowej ekspresji stanowiły drzewa wokół kościoła - prawie całkowicie wyschnięte o konarach i gałęziach zniekształconych geometrycznie i powykręcanych w w jakiejś plugawej asymetrii. Wydawały się być jakby zamrożonymi zmorami nuklernego szaleństwa. Gdy zapadał zmrok te poczwary nabierały jakiejś strasznej psychodelicznej mocy, która jako spaczone linie proste i geometrycznie niemożliwe figury potokami zalewała i tak już przerażającą atmosferę wsród zakamarków nekropolii, powodując iż żaden człowiek nie zapuszczał się po zmroku na teren cmentarza. Czasami zdawało się że owe drzewa zmieniały swój wygląd - tak jakby w nocy, pod zasłoną czerni spacerowały po terenie zamkniętym murami nekropolii. Jednakże wrażenie to znikało po ponownym spojrzeniu.
Siedziałem i patrzyłem na te krople. Rozbijając się a potem powolnie spływając po nagrobku przemywały rok 1803 i moje nazwisko. Pamiętam tamten dzień. Wtedy przybyłem do tego świata, a pech chciał, że trafiłem akurat pod galopującego konia. Po dwóch godzinach zakopali mnie tutaj, w zwykłej drewnianej trumnie. Nagrobka nie było. W nocy, tego samego dnia wydostałem się z tej lekko "krępującej" sytuacji i jako "krewny" zabitego zgłosiłem się do miejscowego grabarza. Śmiesznie jest słuchać kondolencji dotyczących śmierci samego siebie. Grabarz, co rzadko spotykane dość szybko wykonał odpowiednią pracę, za opłatą oczywiście i już po 4 dniach miałem odpowiedni nagrobek. To tyle w kwestii tego jak się znalazłem tutaj. Aczkolwiek to nie cała moja historia. Wcześniej wspomniałem o "tym swiecie", czyli o miejscu zwanym przez "tubylców" Ziemią. Ja pochodzę z równoległego świata, z Gayi. Jednakże tutejszego roku 1803 stało się coś, co spowodowało, że z mojego świata poprzez jakby rynnę nierzeczywistości i aksamitnej rzeki kontinuum czasu spłynąłem tutaj, pod wspomniany wcześniej galop konia. Cholera, coś chyba kręcę, to pewnie moja słabnśca pamięć. Dobrze, wracając do mojej historii...

Urodziłem się w roku 2300, drugiej ery w dzień Boga Wiatrów. Niestety rodziców nie poznałem, bo matka zgodnie z elfickim prawem skazana została na śmierć za "narusznie wartości moralnych i obowiązującej Tradycji". Mianem tradycji określa się to co na Ziemi zwie się Prawem. Czynem za który matkę spotkał ten a nie inny los bylo złamanie najważniejszej z Tradycji, zakazującej jakichkolwiek kontaktów emocjonalnych, fizycznych i innych z Wampirami, które są największym wrogiem i sprawcą prawie całkowitej zagłady Elfiej rasy. Ja sam ledwo co uniknąłem losu matki, zgodnie z Tradycją jestem owocem przestępstwa, który też powinno się zniszczyć. Los jednak chciał, że dzięki wstawiennictwu Białego Mędrca zostałem przy życiu. W sprawie ojca nie wiem nic - czym się zajmował, ani kim był, może poza tym, że sprawcą śmierci mojej matki. Wtedy, jako niemowlę nie byłem świadom tego kim jestem, nie wiem nawet czy byłem świadomy czegokolwiek poza tym, że muszę głośno płakać i dużo spać. Elfowie też nie byli pewni kim lub czym jestem. Żadna z rodzin Leśnego Ludu nie chciała mnie zaadoptować. I tym razem ponownie pomógł mi Biały Mędrzec - sam zabrał mnie i od tamtej pory stał się dla mnie ojcem, którego nie miałem. Z jego opowieści wiem że w czasie podróży do mojego nowego domu - na Górę Voolken, miejsca kształcenia czarowników - niesamowicie beczałem. Jednakże gdy zaczęliśmy się zblizać do celu podróży ucichłem i podobno ciągle patrzyłem się w chmury które mijaliśmy na Wichrowym Rumaku. Gdy dotarliśmy usnąłem.
Na miejscu przeprowadzono na mnie jakieś testy, które wykryły u mnie predyspozycje do stania się czarownikiem. Ja, niemowlak, i to podobno o potencjale najwyższym od kilku lat.
Moja wczesna młodość składała się przede wszystkim z biegania, krzyczenia i zadawania głupich pytań. Ponadto z przymusu uczyłem się pisać, czytać i liczyć. To musiał być śmieszny widok - mały trzyletni gówniarz czytający książki przeznaczone raczej dla większych ode mnie. Czas mijał i gdy skończyłem lat sześć do przeczytania zostały mi tylko książki ściśle związane z Najświetszą Sztuką. Jednak ze względu na wiek nie udostępniono mi tych tomów. Wtedy również prócz typowej nauki, to znaczy matematyki, logiki i historii doszły jeszcze taktyka oraz filozofia. Ta ostatnia jest moim ulubionym zajęciem - nic tylko siedzisz zapatrzony gdzieś w nieskończone horyzonty nieistniejacych krain i nagle rzucasz proste stwierdzenie - Trawa jest Zielona, woda mokra a wiatr śmierdzi fajką Mistrza Tayzmusa. Niestety Mistrz Tayzmus nie tolerował tego typu rozumowania i dzięki temu sporo godzin musiałem spędzac na pisaniu piórem sentencji w stylu "Nie będę przedrzeźniał Mistrza Tayzmusa". Do tej pory zachowało mi się chyba jeszcze z dziesięć długich na metr zwoi z podobnymi zdaniami. Jednak młodość przemijała dalej i wkroczyłem w wiek przedszczenięcy - skończyłem 10 lat. Wtedy też zacząłem się uczyć Najświętszej Sztuki - początki nie były łatwe, ot, często dostawałem Rzucanymi przez mistrza gumowymi kulami, czy też spadałem na dupę po nieudanej próbie lewitacji. Oj, siniaków miałem po prostu za trzech! Czas mijał dalej, a ja pod czujnymi wskazówkami Mistrza Tayzmusa i Białego Mędrca powoli stawałem się czarownikiem.
Dziś mam już 40 lat, choć wyglądam na niecałe 20 i właśnie otrzymałem dyplom czarownika. Niedługo moja pierwsza misja...


Khaoi

khaoi@tlen.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||