|
Na krawędzi #1
"Yeah the shadow on the wall, it really came alive
Yeah the shadow on the wall, Sunrise!"
(King Diamond - "A Mansion In Darkness")
Naokoło panowała nieprzebyta ciemność. Jednolita czerń wylewała się z każdego kąta ogromnego pomieszczenia. Nicość - tak można określić to miejsce. Naokoło nie było absolutnie nic.
Abigail stała w niewielkim kręgu światła rozglądając się dookoła. Choć doskonale wiedziała, gdzie się znajduje, bała się zrobić krok w ciemność. Miała wrażenie, że ją pochłonie, że stojąc tutaj znajduje się w jedynym bezpiecznym miejscu, że dopóki się nie poruszy, nic jej nie zagraża. Wiedziała, że to tylko złudzenie i miejsce nie ma w tym wypadku najmniejszego znaczenia, ale światło dawało jej niewielki komfort psychiczny i pewne poczucie kontroli nad zaistniałą sytuacją.
- Abigail...
Ciemność rozproszyła się ustępując miejsce blaskowi w odcieniu najzimniejszego fioletu, jaki kiedykolwiek widziała. Tutaj światło zawsze miało inny kolor.
- Abigail...
Spojrzała w górę. Te same łuki, w oknach te same witraże, tuż przed nią znajdował się ten sam ołtarz, na którym stał srebrny odwrócony krzyż. Ten sam odwrócony krzyż. Tylko krwi było więcej...
- Abigail...
Zadrżała, gdy po raz trzeci usłyszała swoje imię. Powoli, by nie poślizgnąć się na lśniącej karminem posadzce, udała się w kierunku nawy głównej. Zatrzymała się przed ołtarzem, przesunęła palcami po stronie leżącej na nim oprawionej w czarną skórę xięgi.
- Dlaczego mi to robisz?! - Zawołała - Dlaczego?!
Powietrze zafalowało. Abigail miała wrażenie, że witraże naokoło niej zaczęły się lekko poruszać. Spojrzała w dół. W kałuży krwi ujrzała swoje odbicie na tle fresku z czarnoskrzydłym aniołem trzymającym w dłoni srebrzysty miecz. Zauważyła, że ostrzy wypadło dokładnie na wysokości jej szyi.
- Abigail... Mała Abigail... - Znów odezwał się głos - A... Bi... Gail...
- Pokaż się! - Krzyknęła - Pokaż mi się!
Błysnęło. Ogromna siła pchnęła ją prosto na zalany krwią rzeźbiony ołtarz. Uderzyła głową w kant i upadła na podłogę, krzyż zakołysał się niebezpiecznie. Czuła, że traci świadomość. Resztkami sił spróbowała wstać. Bezskutecznie.
Otoczyła ją gęsta mgła, z której po chwili wyłonił się wysoki mężczyzna. Podszedł do niej, a ona gwałtownie odsunęła się, by uniknąć jego przeraźliwie zimnej dłoni. Zorientowała się, że to nie był najlepszy pomysł. Sparaliżował ją przeszywający ból.
- Uciekasz przed samą sobą, Abigail - głos mężczyzny był spokojny, choć dało się w nim wyczuć niemą wściekłość - Oddalasz się po tym wszystkim, co zrobiłaś, co zrobili tobie...
- Zostaw mnie... - wysyczała resztkami sił - To moje życie.
- Twoje życie... - mężczyzna był wyraźnie rozbawiony jej odpowiedzią - Ono już dawno przestało być twoje, jeśli kiedykolwiek w ogóle było.
Chciała się podnieść. Chciała się na niego rzucić. Nie miała jednak sił i zdawała sobie sprawę, jak skończyłaby się ta rozgrywka. Zawsze.
- Abigail - kontynuował - Nie ma drogi powrotnej. Jesteś moja.
- Ojcze Nasz...
Nie dokończyła. Katedrą wstrząsnęło. Abigail, niczym drewniana marionetka, bezwładnie opadła na zalaną krwią podłogę.
***
- Przedawkowała heroinę - doktor Swanson założył na nos swoje okulary w cieniutkich drucianych oprawkach - Damien, musisz coś z tym zrobić. Wyjdzie z tego, dzięki twojej szybkiej reakcji, ale...
- Ale?
- Powinieneś odwieść ją do szpitala.
- Wykluczone.
Damien podszedł do leżącej na ogromnym łóżku nieprzytomnej Abigail, delikatnie dotknął jej twarzy odgarniając z czoła kosmyk czarnych włosów.
- Tutaj ma doskonałą opiekę. - powiedział nieco ciszej - Poza tym zrozum, Timothy! Nie możemy sobie teraz pozwolić na jakiekolwiek ryzyko i narazić się na najmniejsze nawet podejrzenia.
Doktor Swanson westchnął biorąc do ręki swoją teczkę.
- Rozumiem cię, Damien... Ale ona może nie przeżyć kolejnej zapaści. Nie boisz się o jej życie? Narkotyki i nieudana próba samobójcza to nieciekawa mieszanka...
- I co z tego, że się boję? - Damien usiadł na łóżku i wziął do ręki drobną dłoń Abigail - Od pół roku próbuję ją zmusić do rzucenia tego świństwa!
- Zmusić? Jeśli ona sama nie będzie tego chciała, to nie przestanie brać. Hmm... Ile ona właściwie ma lat?
- W lipcu skończyła siedemnaście - odpowiedział bez zastanowienia - A co to ma do rzeczy?
- Nic... - doktor Timothy Swanson zamyślił się na chwilę - Ale umrzeć w tak młodym wieku...
- Ona nie umrze. - przerwał mu Damien - Nie pozwolę na to.
- Nie wątpię - odparł sarkastycznie medyk - do zobaczenia, mistrzu.
Trzasnęły mahoniowe drzwi pokoju. Damien jeszcze przez chwilę przyglądał się nieruchomej twarzy Abigail, na której malował się delikatny obraz bólu. Intrygowała go. Mimo usilnych prób dowiedzenia się o niej czegoś więcej, wiedział o niej tylko tyle, ile sama chciała mu powiedzieć. Pomyślał, że to jest jak najbardziej jej zaleta, ale w stosunku do innych - nie do niego. To on ustalał tutaj zasady i miał prawo wiedzieć o wszystkim, co jakkolwiek dotyczy przebywających pod jego rządami i opieką osób. Z reguły nie było z tym problemu.
- Kim ty właściwie jesteś? - powiedział bardziej do siebie, niż do niej - Kim...?
Zastanawiał się, czy go słyszy. Czytał kiedyś, że część słów dociera do nieprzytomnego człowieka, czasem może go nawet obudzić. Widział to nawet w jakimś filmie o lekarzach, możliwe, że w czymś pokroju "Ostrego Dyżuru", ale nie miał co do tego żadnej pewności. Nie miał pewności nawet co do tego, czy chce, aby Abigail odzyskała teraz przytomność. Czy chce, aby w ogóle ją odzyskała.
Wstał i wyszedł z pokoju. Starannie zamknął drzwi na klucz. Długi korytarz był pusty, Damien przypuszczał, że wszyscy udali się do kaplicy. Spojrzał na zegarek - dochodziła dwudziesta pierwsza.
- Panie Damien!
Odwrócił się gwałtownie na dźwięk swego imienia. Josh - jego nowy sekretarz - stał tuż za nim wymachując mu przed nosem jakimś kolorowym magazynem. Wyglądał na zdenerwowanego, co nie wprawiło Damiena w dobry nastrój.
- Nie skradaj się tak więcej! - krzyknął - Co to ma znaczyć?!
- Przepraszam, panie - Josh był najwyraźniej zmieszany i przestraszony - Proszę o wybaczenie. W innej sytuacji nigdy bym się nie ośmielił...
- Milcz. Masz mi może coś ważnego do powiedzenia, czy po prostu postanowiłeś wystawić na próbę moją cierpliwość i dobroć? I co to za pisemko, którym uparcie zasłaniasz mi widok?
- A tak! - Josh podał Damienowi najnowszy numer Timesa - Obawiam się, że pojawiły się małe problemy.
Powoli otworzył na wskazanej przez Josha stronie. Jego oczom ukazał się obszerny artykuł i kilka niewyraźnych zdjęć. Tytuł - "Prowadź nas, panie..." - na pierwszy rzut oka nie sugerował absolutnie nic poza tym, że text mógł być cytowany po Małym Gościu Niedzielnym. Damien od niechcenia przeczytał kilka pierwszych linijek akapitu pod nazwą "Droga na poziom dziewiąty", po czy spojrzał na nazwisko autora artykułu.
- Sukinsyn - wysyczał - Pieprzony sukinsyn!
Josh niepewnie zrobił krok do tyłu, mało nie przewracając się o ogromną kamienną donicę, w której rosła równie ogromna roślina. Miał wielką ochotę uciec, ale powstrzymały go resztki zdrowego rozsądku.
- Josh, powiadom członków zgromadzenia i zwołaj naradę. Trzeba to szybko załatwić.
- Tak jest, ale nie sądzę, aby to miało jakiś sens. Stan Watson, autor tego textu, został dziś rano znaleziony martwy w swoim biurze.
- Martwy? - Damien był szczerze zaskoczony.
- Tak. Wykrwawił się. Podciął sobie żyły.
- Ciekawe... Wiesz, i tak powiadom zgromadzenie. Choć podejrzewam, że część z nich i tak czytała ten artykuł, opisz im dokładnie, w czym rzecz. A no i zadzwoń do adwokata Morley'a.
Josh pospiesznie oddalił się ze swoim zwyczajowym "Tak, panie", chcąc jak najszybciej wypełnić powierzone mu zadania. W ogóle wszystko robił szybko, niemal automatycznie. Mówił, pisał, czytał, czy załatwiał to, co mu zlecono. Choć był dobrze wykształcony i dość inteligentny, nauczył się nie myśleć nad tym, co ma zrobić, tylko po prostu to zrobić - bez czasochłonnego gadania. Damien cenił sobie współpracowników, którzy z bezgranicznym zaufaniem i posłuszeństwem robili to, co im kazał, nie zadając zbędnych pytań o cel, czy sens podejmowanych działań.
***
Abigail obudziła się w swoim pokoju. Było ciemno, lekki wiatr poruszał śnieżnobiałymi koronkowymi firankami przy otwartym oknie. Jej twarz omiatał orzeźwiający powiew chłodnego nocnego powietrza. Ogromny zabytkowy zegar uderzył po raz dziesiąty. Spróbowała się podnieść, ale zakręciło się jej w głowie. Kolejne zejście, nienawidziła tego. Głowa bolała ją niemiłosiernie, z każdą chwilą coraz bardziej. Na dodatek było jej niedobrze. Pokój wirował, na ścianach tańczyły cienie o przedziwnych kształtach. To zbliżały się do niej, próbując pochwycić w zimnym uścisku, to oddalały się w swoim upiornym tańcu tylko po to, by za moment znów powrócić. Abigail niemal słyszała ich szyderczy śmiech, brzmiał jej w uszach, wbijał się w umysł jak ostrze noża. "Byle do świtu", powtarzała sobie w duchu, "Byle do świtu".
Próbowała przypomnieć sobie cokolwiek, ale nie była całkowicie pewna co jest prawdą, a co tylko majakiem wywołanym przez działanie narkotyków. Impreza, impreza, katedra... Katedra? Nie, musi skończyć z tym świństwem.
Ogromnym wysiłkiem wstała z łóżka i podtrzymując się o stojące na jej drodze sprzęty podeszła do okna. Raz po raz przeszywał ją koszmarny, paraliżujący ból, który, mimo iż teoretycznie powinien przywracać resztki świadomości, spychał ją jeszcze głębiej w mrok i dziwaczne urojenia, których bała się z każdą chwilą coraz bardziej. Po raz kolejny zastanawiała się nad sensem ćpania, życia i wielu innych rzeczy. Kilka razy chciała iść na odwyk, kilkanaście razy chciała ze sobą skończyć... Tak, jak poprzednio... Delikatnie dotknęła opatrunku na przegubie dłoni. Krew powoli zaczynała przesiąkać tworząc na bandażach szkarłatną plamę.
- Cholera... - jęknęła.
Spojrzała w niebo i ogarnęło ją poczucie niewyobrażalnej pustki pomieszanej z wściekłością. Przez moment poczuła się tak strasznie mała i nic nie znacząca wobec ogromu wszechświata. Chciała krzyczeć, ale po chwili wydało jej się to zupełnie bez sensu. Czy ktoś, tam na górze, w ogóle by ją usłyszał? Nie sądziła. Właściwie to była pewna, że nie. Przez siedemnaście lat swojego życia zdążyła dojść do wniosku i przyzwyczaić się do myśli, że boga albo nie ma wcale, albo jest wyjątkowym skurwysynem. Naprawdę wyjątkowym. Stwierdziła, że to całkiem wygodne podejście, a jeśli jest jej wygodnie, to wcale nie musi martwić się o wygodę innych. "To już ich sprawa, w co wierzą". Pomyślała. "Głupcy. Cholerni głupcy".
Zamknęła oczy... Mała dziewczynka płacząc przytula się do eleganckiej trzydziestoletniej kobiety, nieruchomej i zimnej jak posąg. Trzymana za rękę przez siostrę zakonną odchodzi w stronę monumentalnego klasztoru. Gdzieś w oddali biją dzwony, w szybach odbijają się ostatnie promienie zachodzącego słońca... Powiew zimnego wiatru przywrócił ją do rzeczywistości.
- Dziękuję mamo - Abigail uśmiechnęła się do siebie ironicznie - będę się modlić za twój pobyt w piekle.
Ta myśl wydała jej się zabawna. Do kogo niby będzie się modlić, jeśli boga nie ma? Ale jeśli go nie ma, to i z piekłem będzie problem. Przez ostatni czas uczono ją, że modlitwa jest oznaką słabości i tylko branie losu w swoje ręce prowadzi do osiągnięcia sukcesu. "Bez modlitwy, bez nadziei", powtarzano. Schowanie sfery sacrum do kufra znów okazało się najwygodniejszym rozwiązaniem. "I tak po śmierci wszystkich nas zeżrą robaki...".
Znów zakręciło jej się w głowie, upadła nieprzytomna na podłogę. Na kremowym dywanie pojawiła się rosnąca z każdą chwilą kałuża krwi.
Neonate
toreador@tenbit.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|