Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Scooter Fox ::::

Vaeille
część druga



Neila obudził hałas dochodzący z przyległej do jego ciasnej sypialni kuchni. Przez chwilę przysłuchiwał się tym odgłosom starając się odgadnąć, co się właściwie dzieje. Szybko jednak zrezygnował, ubrał się i wyszedł z izby. W kuchni zastał Lan krzątającą się po całym pokoju. Najwyraźniej czegoś szukała, gdyż przewróciła wszystko do góry nogami, w dość dosłownym tego wyrażenia znaczeniu. Co tylko mogło, znajdowało się nie na swoim miejscu, zaś stół z niewiadomego powodu leżał oparty blatem o ścianę. Neil stał w przejściu jeszcze przez moment, po czym ciekawość wzięła górę.
- Co robisz? - zapytał.
- Szukam pewnej rzeczy - odpowiedziała Lan nie odwracając się w jego stronę.
Przeszukawszy całą izbę skierowała się do zagraconego przedpokoju. Neil podążył za nią.
- A czego konkretnie?
- Medalionu. To pamiątka rodzinna... chyba. Zresztą nieważne. W każdym razie był złoty i otwierał się. W środku miał miejsce na coś do włożenia, wiesz. Mój akurat był pusty. Jak znajdziesz coś takiego, to powiedz mi. - Wszystko to wyrecytowała jednym tchem, wyrzucając jednocześnie kawał starego, bezużytecznego, pokrytego rdzą żelaztwa przez otwarte drzwi na zewnątrz. Neil zajrzał w głąb pokoiku i omal nie dostał w twarz lecącym w stronę wyjścia drewnianym wałkiem. Nie ryzykując więcej wyszedł jak najszybciej z domu, by odetchnąć świeżym powietrzem. Poranek dawno już minął, a słońce sięgało zenitu. Mężczyzna naturalnym w takich sytuacjach odruchem włożył ręce do kieszeni zamierzając dalej rozkoszować się widokiem otaczającego dom lasu, kiedy dłoń natrafiła na coś twardego. Neil wyjął ową rzecz i ze zdziwieniem stwierdził, że jest to złoty medalion. Zawrócił więc do domu tuż przed progiem uskakując przed lecącym w kierunku jego nóg starym garnkiem z dziurawym dnem.
- Tego szukasz? - zapytał wyciągając dłoń trzymającą znalezisko w kierunku Lan.
- Tak, to ten! Gdzie go znalazłeś?
- W kieszeni moich spodni.
- A jak on się tam znalazł, co? - Lan obrzuciła Neila podejrzliwym spojrzeniem.
- Ty mi to powiedz. Sama dałaś mi je dzisiaj rano - odparł.
- Naprawdę? ...Wiesz, chyba masz rację... Przepraszam - powiedziała Lan ze swoim typowym uśmiechem na twarzy. Neil przebywał z nią co prawda dopiero dzień, jeśli oczywiście liczyć czas, kiedy był przytomny, a już został obdarzony takim uśmiechem co najmniej kilka razy. Zdążył już zorientować się co nieco w charakterze tej dziewczyny. Przede wszystkim brakowało jej roztargnienia. Właściwie taka definicja była najlżejszą z możliwych; mogło się wydawać nieprawdopodobnym, że Lan nie zgubiła nigdzie wcześniej swej głowy. Zdarzały się jej również inne ciekawe rzeczy z niesamowitą wręcz częstotliwością. Kiedy w końcu orientowała się w swojej pomyłce, uśmiechała się właśnie tak, jak teraz. Uśmiech ten wyrażał w zależności od sytuacji nieudolność czy też roztargnienie, zawsze jednak zawierał w sobie także tą rozbrajającą niewinność i nieświadomość, taką jak uśmiech dziecka, które zrobi coś, czego nie powinno, i śmieje się do zdenerwowanego rodzica, nieświadome nadchodzącej kary. Pomimo tego ta dziwna osoba radziła sobie w nędznej leśniczówce w środku lasu lepiej niż wystarczająco.
- Po co ci ten medalion? - zapytał Neil.
- Wybieram się dzisiaj do miasta. Zawsze służy mi jako mój szczęśliwy talizman. Wiesz, chyba nie byłabym w stanie się bez niego gdziekolwiek ruszyć. Dzięki, że go znalazłeś.
- Wracasz pod wieczór, tak?
- Jak to: wracasz? Idziemy razem! - dziewczyna oświadczyła stanowczo.
- Zaraz, czy przypadkiem wczoraj nie mówiłaś mi, że powinienem zostać tu na jakiś czas?
- Poważnie? No tak... wiesz, jakby się nad tym zastanowić, to nie jest taki głupi pomysł... - Lan zamyśliła się. Neil stał, załamując się nad jej roztargnieniem i oczekując odpowiedzi, którą usłyszał dopiero po kilkudziesięciu sekundach: - Trudno. Będziesz musiał iść ze mną. Jakoś sobie poradzisz.
- A co w tym takiego trudnego? Mówiłaś, że najbliższe miasto jest jakieś pół dnia drogi stąd - powiedział Neil czekając już na kolejną niespodziankę. Nie pomylił się.
- No... tak, ale przecież idziemy do Fortar, a nie do najbliższego miasta. - Widząc towarzysza składającego się do zadania kolejnego pytania, dodała: - Jak dobrze pójdzie, to dotrzemy tam przed zmrokiem.
Neil nawet nie chciał pytać, co miało znaczyć "jak dobrze pójdzie". Oczywiście nie wiedział, gdzie znajduje się Fortar. Pamięć przez ostatnią noc nie wróciła i prawdopodobnie wcale nie miała ochoty zrobić tego w ciągu paru najbliższych. Nie znając więc zupełnie tych okolic musiał zdać się na Lan i, choć dość niechętnie się do tego przed samym sobą przyznawał, nie podobało mu się to ani trochę. Z drugiej strony chciał ruszyć się z tego miejsca, które wyglądało na jedno z bardziej odludnych spośród tych, jakie można spotkać na całym świecie. Czuł się zresztą wypoczęty i pełen energii, nie straszne mu były zatem całodzienne marsze.
Dziewczyna tymczasem założyła medalion na szyję, poszperała jeszcze chwilę w szafie, wyjęła z niego chustę w jakieś czerwone kwiaty, coś podobnego do róż, i włożyła na głowę wzorem wiejskich dziewcząt. Po chwili wyruszyła wraz z Neilem w drogę, przedzierając się pomiędzy drzewami i krzakami sobie tylko znanym szlakiem.

* * *



Tuż po zmroku Lan i Neil dotarli do miasta. Fortar zostało założone w miejscu, gdzie jedna z większych rzek przecinających dolinę Harras wpadała do biegnącej z południa przez cały ten obszar w kierunku północnym rzeki Rammafer. Ostatnimi czasy miasto rozrosło się bardzo, przeradzając się z malutkiej mieściny w największy ośrodek handlowy w okolicy. W porównaniu z miastami ze środka i północy państwa było to co prawda niewielkie miasteczko, jednak w tym regionie taki rozmiar wystarczał, by każdego tygodnia zjeżdżali się tu mieszkańcy pobliskich wiosek, czy to kupić coś na bazarze, czy też do kościoła. Budynek tegoż wraz ze swoją wieżą znacznie górował nad rynkiem i otaczającymi go niewielkimi domostwami z dachami pokrytymi strzechą. Sam rynek wyglądał nieco lepiej - tamtejsze budynki zbudowano na wzór tych znajdujących się w stolicy. Ich projektantem był sławny Hernan Alvar; architekt ten mieszkał zresztą obecnie w tym mieście. Lan szła spokojnie w stronę rynku mijając kolejne domy, raz po raz jednak oglądając się do tyłu na swojego towarzysza ciągnącego się kilka metrów za nią. Neil właśnie stanął i oparł się o wysoki, drewniany płot; o mało się przy tym nie osunął na ziemię. Wiedział jedno - na pewno, na sto procent, nie zmęczył się nigdy wcześniej w życiu tak jak dzisiaj. Nie żeby droga była ciężka; odległość również nie okazała się specjalnie duża. W normalnym tempie pokonałby ją zapewne bez problemu; dzisiejszemu tempu daleko jednak było do normalności. Lan przez cały czas niemal biegła, a on, choć wyższy od niej, też musiał iść bardzo szybkim krokiem. Pięć kilometrów - nie ma sprawy, dziesięć - zgoda, piętnaście - proszę bardzo... ale cały dzień?! Parę razy urządzali postoje, które Neil wymuszał wykręcając się nie w pełni jeszcze odzyskanymi siłami. Dziewczyna za każdym razem śmiała się z niego, choć bez cienia złośliwości. Wcześniej patrzył na nią z politowaniem, ale teraz nabrał do niej szacunku - po tej podróży nie było po niej widać nawet śladu zmęczenia. Powoli zaczynał rozumieć, jak ta wątła osóbka radziła sobie z mieszkaniem w swojej leśnej pustelni.
Lan widząc, że Neil niespecjalnie zbiera się do drogi, zawróciła i podeszła do niego. Światło księżyca połyskiwało na jej srebrnych obecnie włosach. Bez słowa, tylko z uśmiechem na ustach, wyciągnęła do niego rękę, a kiedy mężczyzna złapał za nią, pomogła mu się pozbierać i spokojnie, idąc już powoli, pociągneła go za sobą stronę rynku.
- Przepraszam, nie powinnam iść tak szybko. Miałeś prawo tego nie wytrzymać. - Mówiła cicho, tak jakby kierowała te słowa do siebie. - Nie martw się. To już tylko kawałek.
- Mówiłaś coś? - zapytał Neil, zajęty dotąd zmuszaniem swych nóg do posłuszeństwa. Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Uniósł więc głowę, patrząc na twarz dziewczyny. Ujrzał tylko ten sam uśmiech, trochę irytujący, ale i uspokajający. Nie odezwał się już ani słowem. W ten sposób, w milczeniu, dotarli do rynku. Lan skręciła w prawo, za cel obierając sobie najwyższy, jeśli nie liczyć kościoła stojącego nieopodal, budynek znajdujący się na rogu placu. Neil, chcąc nie chcąc, powlókł się za nią.
Po chwili znajdowali się już pod drzwiami. Podczas gdy dziewczyna pukała do drzwi, on oparł się o ścianę domu, tak samo jak jeszcze kilkaset metrów wcześniej. Niebawem za drzwiami rozległy się kroki. Otworzyła je starsza kobieta, wciąż jeszcze będąca w pełni sił, choć zmarszczki pokrywały już jej twarz. Widząc Lan stojącą na zewnątrz wytarła ręce w i tak już brudny fartuch i objęła dziewczynę serdecznie niczym dawno niewidzianego krewnego. Zaprosiła ją do środka i szybko udała się po schodach na górę. Lan zdjęła chustę, odsłaniając zupełnie swe w tym momencie kasztanowe włosy i weszła do środka. Neil, nie widząc innej alternatywy, podążył jej śladem.
Przekraczając próg znalazł się w ciasnym przedpokoju. Naprzeciw niego znajdowały się schody prowadzące na wyższą kondygnację, zaś zaraz po swej lewej stronie zobaczył zamknięte drzwi. Z zapachów dochodzących zza nich nietrudno było domyślić się, że pomieszczeniem, do którego broniły dostępu, była kuchnia. Tuż przed schodami korytarz zakręcał w prawo; tam też skierowała się Lan zaraz po zdjęciu obuwia. Neil zrobił to samo. Jego nogi zaprowadziły go do salonu, niewielkiego i ciasnego, jak na spełnianą funkcję. Prawdopodobnie cały dom był utrzymany w tym klimacie. Pod ścianą, naprzeciw kominka, stały dwa krzesła. Lan usiadła na jednym z nich; Neil zajął po chwili miejsce obok niej. W oczekiwaniu na gospodarza mężczyzna porozglądał się nieco po pomieszczeniu. Nad kominkiem wisiał obraz przedstawiający jakąś kobietę. Na pierwszy rzut oka wyglądał na namalowany niedbale, jednak za każdym następnym spojrzeniem odsłaniały się przed oczyma kolejne, wcześniej niewidoczne, detale. Po dłuższej obserwacji dało się zauważyć, że większość przedmiotów i mebli znajdujących się w salonie utrzymana była w podobnym stylu - sporządzone, by sprawiać wrażenie prostych i pospolitych, jednocześnie z utrzymaniem tak wielkiej dokładności w tej kwestii, że nie sposób było nie dostrzec w tym ręki mistrzów w swych fachach. Wszystkie te rzeczy z pewnością muszą być sporo warte - pomyślał Neil.
Wciąż czekając na gospodarza spojrzał teraz ukradkiem na Lan. Siedziała nieruchomo wpatrzona w jakiś punkt gdzieś pod sufitem. Pogrążona w myślach oddychała niemal niezauważalnie. Zajmowanie jej w tym momencie czymkolwiek byłoby zapewne stratą czasu, Neil wyjrzał więc przez okno. Na zewnątrz panowały już zupełne ciemności. Widoczny jeszcze przed chwilą księżyc skrył się za niewielką chmurą tak, że część jego promieni przebijała się jeszcze i docierała do oczu obserwatorów w całym królestwie. Resztę nieba zasłaniały dachy pobliskich domów.
W tym momencie do salonu wszedł starszy mężczyzna o siwiejących włosach i bujnym zaroście na twarzy. W zębach trzymał fajkę, z której raz po raz uciekała chmurka dymu tytoniowego. Wyjął ją z ust widząc Lan i już chciał przywitać się serdecznie, kiedy spostrzegł siedzącego obok niej Neila wpatrzonego w okno. Zatrzymał się i cofnął o krok, nie wiedząc, co powiedzieć. Takiego gościa się we własnym domu nie spodziewał.
- Co... co tu robisz? - wyjąkał w końcu.
Neilowi zajęło kilka sekund zorientowanie się, że pytanie zostało skierowane właśnie do niego.
- Przepraszam, my się znamy? - zapytał, zamiast udzielić odpowiedzi.
- Mniej więcej - gospodarz szybko odzyskał pewność siebie. - To znaczy, ja pana znam, pan mnie nie. Jakby to powiedzieć... jest pan dość sławny w tej okolicy; powiedziałbym nawet: w całym kraju.
- Nie rozumiem...
- Doprawdy, albo jest pan doskonałym aktorem, albo ma pan wyjątkowego pecha. Załóżmy że panu wierzę, ale tylko ze względu na pańskie towarzystwo.
Neil spojrzał na swoje jednoosobowe towarzystwo, które z jakiegoś powodu wciąż trwało w bezruchu wpratrzone w ścianę.
- Lan, coś się stało? - zapytał, lecz nie dostał odpowiedzi.
- Proszę się nie trudzić - rzucił gospodarz podchodząc do dziewczyny. - Ja to zrobię.
Zatrzymał się przed nią, po czym nachylił się na wysokość jej ucha i wrzasnął głośno. Jakkolwiek dziwnie wyglądał ten sposób, był również skuteczny. Lan podskoczyła na krześle, rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem, a widząc wąsatego mężczyznę stojącego naprzeciw niej uśmiechnęła się radośnie i serdecznie przywitała ze znajomym. Jak się okazało, gospodarzem był sam Hernan Alvar, projektant wielu ze stojących w mieście budynków. Człowiek ten dorobił się niesamowitej wręcz fortuny kilkanaście lat wcześniej, podczas pobytu na północy, w mieście portowym o nazwie Karnan Zachodni. Chętnie opowiadał ludziom o swej błyskotliwej, jak sam niezbyt skromnie ją określał, karierze, lecz milczał, gdy pytano go o jego sposób na zarobienie takiej ilości pieniędzy. Alvar cieszył się sławą, mniejszą lub większą, w niemal całym państwie. Był absolwentem królewskiego uniwersytetu w Vaeille, odebrał więc bardzo dobre wykształcenie. Po skończeniu szkoły pracował w różnych urzędach z dala od niebezpieczeństw niesionych przez toczące się podówczas dwie wojny, do czasu gdy wykorzystał okazję na zademonstrowanie swych umiejętności samemu królowi. Ten uczynił go głównym projektantem zamku, który wymagał w tym czasie gruntownej przebudowy po Wojnach Granicznych. Dzięki temu Alvar zdobył najlepszą dostępną rekomendację. Dalej wszystko już szło gładko, wyłączając kilkuletni epizod na północy, ustawicznie przemilczany przez jego głównego bohatera.
Hernan uchodził za osobę wygadaną i kulturalną, a w Fortar, gdzie mieszkał już jakiś czas, nikt nie śmiał nie liczyć się z jego zdaniem. Swój dom starał utrzymać się w skromnej, małomiasteczkowej tonacji, by nie wyróżniać się za bardzo, jak mawiał. Chętnie też opowiedział historię życia swojemu gościowi, kiedy dostał od Lan zapewnienie, że sama go tu przyprowadziła. Neil bardziej od niespecjalnie ciekawej opowieści wolał usłyszeć odpowiedzi na parę nurtujących go pytań, nie śmiał jednak przerywać architektowi. Alvar skończył w końcu swą retrospekcję, a na koniec skierował prośbę do Neila:
- Opowiedziałem już chyba całą swoją historię, chciałbym teraz usłyszeć pańską.
- Cóż... niewiele panu mogę o sobie powiedzieć - zaczął Neil, wciąż zastanawiając się nad źródłem swej domniemanej sławy w tej okolicy. - Miałem chyba jakiś wypadek, bo mam problemy z pamięcią. Właściwie to nie pamiętam prawie niczego. Lan znalazła mnie jakieś cztery dni temu i pomogła mi dojść do siebie. Nazywam się Neil, Neil Cethan.
- Amnezja, powiadasz... W takim razie poczekajcie tu chwilę, pokażę wam coś. - Z tymi słowami Alvar wyszedł z salonu. Wrócił po chwili z dwiema kartkami papieru, które podał swoim gościom. - Obejrzyjcie to sobie dokładnie. Miałem dopilnować, by jutro te dwie i jeszcze kilkanaście kolejnych zostało porozwieszanych po mieście.
Były to listy gończe, jakich pełno było od paru dni w całym królestwie od Karnan po Gairę. Widniały na nich dwa portrety pamięciowe. Na jednym z nich znajdował się wizerunek Neila lub kogoś bliźniaczo do niego podobnego. Byli poszukiwani za zabójstwo króla, który został podstępnie zamordowany podczas snu w pałacu. Obecnie panujący książę obiecywał olbrzymią nagrodę za dostarczenie obydwu żywych, za martwych suma ta została znacznie zmniejszona, choć wciąż była zdecydowanie godna uwagi.
Neil oglądał papier z lekkim niedowierzaniem. Nie pamiętał nic ze swej przeszłości, ale zabójca...? Może miał brata bliźniaka? Nie mógł tego wykluczyć, choć wydawało mu się to mało prawdopodobne. Spojrzał mimochodem na Lan, ale zaraz spuścił wzrok, kiedy ich oczy się spotkały. Dziewczyna próbowała najwyraźniej zabić go samym spojrzeniem, na szczęście do sprawności bazyliszka było jej jeszcze daleko. Cethan zdobył się tylko na głupie pytanie:
- To... ja?
- Nawet jeśli to nie ty, to nikt żądny tych pieniędzy nie będzie się zastanawiał - architekt odpowiedział spokojnie. - Pasujesz idealnie do opisu. Masz szczęście, że nikt do tej pory ciebie nie znalazł. Szukają cię po całym kraju.
- Wiesz, tego się po tobie nie spodziewałam... - wycedziła powoli przez zęby Lan.
Neil chciał już powiedzieć coś w rodzaju "to nie ja" albo "nie chciałem tego zrobić", ale zrozumiał, że nie miałoby to żadnego sensu. Zapewne to on, całkowicie świadomie, zabił króla. Do diabła, nawet nie wiedział jak on wyglądał, nie miał też pojęcia kim jest drugi mężczyzna z listu gończego. Siedział więc na swoim miejscu i patrzył bez słowa, jak Lan wychodziła z domu na zewnątrz, na rynek. Mógł ją obserwować przez okno, ale nie miał na to najmniejszej ochoty. Rozważył jeszcze raz swą beznadziejną sytuację i zapytał samego siebie: "Co ja teraz zrobię?"
- Dobre pytanie. - Neil zorientował się, że zadał je na głos. Alvar tymczasem ciągnął dalej: - Rób, co chcesz. Ja cię nie wydam, bo nie mam w tym żadnego interesu, a i nie potrzebuję tych pieniędzy. Nie wiem jednak, co ma zamiar zrobić Lan. Ona zawsze robi to, co uważa za słuszne, a ta wiadomość wcale się jej nie spodobała. - Zamilkł na chwilę, ale potem odezwał się ponownie. - Lan wyszła i nie słyszy nas, więc powiedz mi, ale szczerze, naprawdę straciłeś pamięć? Rzeczywiście nie masz o niczym pojęcia?
- Oczywiście - Neil odparł błyskawicznie.
Hernan uśmiechnął się z uznaniem pod wąsem.
- Przynajmniej nie jesteś głupcem. Ponadto masz niesamowity dar przekonywania - dodał z zauważalną dawką ironii.
- Nie wierzysz mi?
- Gdybym ci uwierzył, nie miałbym prawa nazywać kogokolwiek głupcem.

* * *

Trzy osoby przemierzały cicho miasto w poszukiwaniu domu, gdzie oczekiwał na nich łącznik. Teraz, parę godzin po zmroku, na ulicach nie było żywej duszy; nikomu zresztą nie chciałoby się wychodzić - krople deszczu, jeszcze kilkanaście minut leniwie spadające z nieba, uderzały obecnie nieprzerwanie tysiącami w ziemię, drzewa i dachy budynków. Deszczówka spływała powoli ulicami od strony rynku do północnej bramy tworząc niewielkie potoki. Bruk stał się śliski, odbierając pewność kroku idącym w ciemnościach wędrowcom. Na własne szczęście nie musieli się zmagać z owymi trudnościami długo; dom, którego szukali znajdował się niedaleko bramy, na obrzeżach miasta.
Kilka minut później byli już w środku. Rzucili przemoczone peleryny na podłogę, zdjęli obuwie i nie czekając na łącznika udali się po schodach na piętro domu. Znali rozkład pokoi, bywali bowiem tu parę razy dawno temu. Na górze weszli do izby, gdzie mieli oczekiwać na spotkanie.
Nie czekali długo, ponieważ już po chwili w drzwiach pojawił się nikczemnej postawy człowiek, jeden z tych, którzy nigdy nie wywołują pozytywnego wrażenia. Niski i nieco przygarbiony mężczyzna z przepaską ukrywającą jedno z oczu i część przechodzącej przez całą twarz blizny po jakimś potężnym cięciu zlustrował dokładnie trzy znajdujące się w pokoju osoby. Kobieta o długich, brązowych włosach oraz dwóch mężczyzn, jeden młody, drugi starszy - dokładnie tak, jak miało być. Pozostała już tylko druga część rozpoznania.
- Przesyłam pozdrowienia od naszego pana - powiedział zachrypniętym głosem.
- Za pozdrowienia dziękuję, a w dowód wdzięczności przekazuję ten sygnet - odpowiedziała kobieta i wręczyła łącznikowi okazały sygnet z herbem rodziny królewskiej. Całe to przedstawienie uważała za idiotyczne i zaplanowane w wyjątkowo złym guście. Nie miała jednak zamiaru niweczyć swych planów z tak błahego powodu. Poczekała więc, aż nowo przybyły zajmie naszykowane wcześniej miejsce i rozpoczęła rozmowę.
- Prawdopodobnie wiesz już mniej więcej, jak sprawy się mają?
Łącznik kiwnął głową potwierdzająco. Kobieta kontynuowała:
- Jestem zmuszona prosić o pomoc w odszukaniu ich obu. Mam nadzieję, że taka pomoc jest możliwa...
- Cóż, nie ukrywam, król zechciałby zobaczyć naszych bohaterów, lecz obawiam się, że nie może pozwolić sobie na otwarte działania. Przynajmniej nie teraz... - Umilkł na moment, sprawdzając wrażenie, jakie sprawiła na zgromadzonych ta wiadomość. Zdecydowanie nie było pozytywne. Postarał się więc zmienić nieco ton wypowiedzi. - Proszę zrozumieć: wtargnięcie na teren Brennu nie jest możliwe już w tym momencie. Nasz pan chce jeszcze poczekać na rozpoczęcie ataku tydzień lub dwa... Skoro obaj są poszukiwani, znaczy że jeszcze żyją.
- To już wiemy! Powiedz nam coś, co... - wyrwał się młodszy ze stojących przy ścianie mężczyzn, szybko jednak został uciszony przez starszego. Łącznik zerknął na niego, po czym wrócił do swego monologu.
- Musicie poradzić sobie sami, niestety. Z informacji, które od was otrzymaliśmy, wynika, że obaj powinni znajdować się gdzieś na południe od Vaeille, a więc prawdopodobnie gdzieś w tym rejonie. Harras jest rozległą doliną. Zanim ktoś ich tu znajdzie, minie dużo czasu.
- Przerwał na chwilę, zerknął ponownie na młodzieńca posyłającego mu nieprzyjazne spojrzenia, westchnął i kontynuował. - Mogę wam tylko poradzić udanie się na południe, w stronę Gairy. Jeśli gdzieś uciekają, to na pewno w tamtą stronę.
- Idziemy tam już cholernych trzynaście dni i nie znaleźliśmy nawet śladu po nich! Przestańcie nam radzić i pomóżcie chociaż trochę, wy... - młodszy z mężczyzn opanował się dopiero w momencie, gdy miał rzucić parę soczystych epitetów. Kobieta odwróciła się w jego stronę i powiedziała powoli, stanowczym głosem:
- Uspokój się, Sandor. Twoja frustracja w niczym nam nie pomoże.
- Tak, co tylko powiesz, Ariel - odpowiedział, starając się utrzymać normalny ton głosu.
- Przepraszam za niego - powiedziała Ariel. - Oczywiście mogę oczekiwać, że po upływie tych dwóch tygodni król pomoże nam w poszukiwaniach?
- Naturalnie. Król Viedmar, władca Sylluru, nie zapomina zasług swych poddanych. - Łącznik powiedział całą tę sentencję machinalnie i beznamiętnie, słowo w słowo zgodnie z wyuczoną formułą. Popatrzył na młodzieńca z pobłażliwością, choć również ze zrozumieniem. Gdyby tylko mógł, pomógłby im sam, ale czasy, kiedy sam był wojownikiem i wędrowcem, minęły bezpowrotnie. Teraz nadawał się tylko do haniebnej roli gońca, którą mu przydzielono ze względu na jego umiejętności nabyte jeszcze na wojnach. Często zdarzało mu się w duszy miotać w bezsilnej złości z tego i z wielu innych powodów, lecz wiedział, że w niczym nie pomaga to jemu i innym, starał się więc być spokojnym i zdystansowanym. Taka postawa kłóciła się z jego wizerunkiem, jaki kreował mimowolnie za pomocą swej aparycji. Opanowanie, a czasem nawet wyniosłość, jaką przezentował, nie pasowała do chytrego, niegodnego zaufania typka, na jakiego wyglądał. Dlatego też często zachowywał milczenie, tak jak i teraz, kiedy wyszedł bez słowa z izby, wykonując tylko pożegnalny ruch ręką.
Sandor wytrzymał jedynie parę chwil od czasu wyjścia łącznika.
- Idź i nie wracaj, łachmaniarzu! - wykrzyknął za nim, ale dalej żalił się już tylko do swych towarzyszy. - Mogli by zrobić coś, a nie pozostawiać wszystko nam. I Neil, i Zoltan nadstawiali karku dla miłościwie nam panującego Viedmara, a on ma ich teraz w głębokim poważaniu. A ten cały łącznik wychodzi bez słowa pożegnania, jakby był jakimś cholernym hrabią!
- Uspokój się - głos zabrał nic dotąd nie mówiący starszy mężczyzna. - To po pierwsze. Po drugie: on był hrabią, choć było to już dawno temu.
- Odwal się, Rios! Mam tego wszystkiego dosyć! Nawet nie kiwną cholernym palcem żeby nam pomóc! Żeby ich wszystkich... - W tym momencie dostał policzka od Ariel.
- Kiedy mówię "uspokój się", masz się uspokoić. Musimy ustalić teraz, dokąd...
Sandor nie słuchał ani jej, ani Riosa, wtrącającego raz po raz pojedyncze zdania lub słowa. Osunął się powoli po ściane i, schyliwszy głowę, usiadł na podłodze. Nie chciał mieć do czynienia z tą dwójką; chętnie rozpocząłby poszukiwania na własną rękę, ale wiedział, że bez nich sobie nie poradzi. Nie miał nawet pojęcia, gdzie znajdują się obecnie. To Ariel prowadziła ich przez ten kraj, oni zaś podążali za nią. Gdyby mieli wszystkich ludzi pod ręką, nie mieliby żadnych problemów... Sandor wzdrygnął się na samo wspomnienie walki pod Królewskim Wzgórzem, na którym stało całe Vaeille. To właśnie tamto miejsce wyznaczono na miejsce spotkania po zamachu, zamiast jednak dwójki bohaterów wpadli na nich gwardziści. Wysiekli wszystkich oprócz jego, Ariel i Riosa. Następnego dnia musieli we troje wrócić pod wzgórze. Musieli widzieć pozostałości tej... nie, nie bitwy, nawet nie starcia - po prostu masakry. Ciała leżały pozostawione samym sobie. Martwe oczy spoglądały gdzieś w niebo, twarze niektórych wykrzywione były w grymasie przedśmiertnego bólu. Jeden z nich wisiał kilkanaście centymetrów nad ziemią przybity włócznią do drzewa. Krew wsiąkła w ziemię, ale nie znikła z ubrań trupów, które były nią przesiąknięte; a on musiał to widzieć i obraz ten nie chciał umknąć z jego pamięci, przeciwnie, siedział tam wygodnie w najwidoczniejszym miejscu, chcąc przypominać o sobie jak najczęściej... Sandor zacisnął zęby i skulił się, próbując uciec od prześladujących go wizji. Po jego policzku popłynęła łza, a za chwilę następna, i następna...

* * *



Gdzieś za oknem, na którymś podwórku zapiał kogut. Neil otworzył oczy i natychmiast stwierdził, że zrobił to jakieś dwie, trzy godziny za wcześnie. Słońce ledwo majaczyło na horyzoncie, niewidocznym zresztą z rynku, wschodząc dopiero. Gdzieś zaszczekał jakiś pies, a po chwili odpowiedział mu drugi. Ot, początek kolejnego dnia.
Neil wstał i uświadomił sobie, że ostatniej nocy nie trudził się nawet zdejmowaniem ubrania - legł na sofę stojącą w salonie i tam właśnie spał przez ostatnie godziny. Nie wszystko z tamtego wieczoru pamiętał, głównie ze względu na zmęczenie, ale nie zapomniał spotkania z Alvarem i Lan wychodzącej gdzieś w środku nocy. Przypominał sobie też, że chciał jej szukać, ale gospodarz nie pozwolił na to. Z tego co wiedział, dziewczyna nie wróciła w ciągu kolejnych godzin, ale architekt nie obawiał się o nią wcale.
- O nią się nie martw - powiedział. - Potrafi poradzić sobie znacznie lepiej niż ty czy ja.
W to Neil był w stanie uwierzyć. Nasunęła mu się co prawda myśl, że mogła zgubić drogę, szybko jednak ją odrzucił. Jeśli trafiła tu w nocy, w dzień tym bardziej nie będzie miała z tym problemów. Po chwili przestał zaprzątać sobie tym głowy. Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Pierwszą rzeczą, jaką rzuciła mu się w oczy, była wieża kościelna, wybijająca się ponad wszystko inne w Fortar. Każdy, kto wchodził na rynek miasta siłą rzeczy musiał spojrzeć wpierw na ową wieżę, zadzierając przy tym głowę do góry. Dopiero później dostrzegał sam kościół, zbudowany z ciemnoczerwonej cegły, wyglądający na znacznie starszy niż jakikolwiek inny budynek w mieście. Po kościele zwracało się uwagę na jego otoczenie, które szczególnie w niedziele pełne było straganów, kupców i klientów, wiernych zdążających na mszę, jak również innych ludzi z całym multum przeróżnych powodów na znalezienie się w tym, a nie innym miejscu. Dzisiaj właśnie była niedziela, i choć dopiero parę minut upłynęło od wschodu słońca, pierwsi ludzie już szli ulicami, zapowiadając swoją obecnością cotygodniowy zgiełk i hałas.
Neil przeciągnął się ziewając i skierował się do drzwi wyjściowych, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza, ale w tym momencie po schodach zszedł na dół Alvar. Na widok swego gościa stanął nieco zdziwiony, trwał jednak w tym stanie tylko przez chwilę, po czym podszedł do Cethana.
- Miło widzieć kogoś, kto wstaje tak wcześnie - powiedział. Rzucił okiem na jego rozczochrane, czarne włosy, a następnie na jego ubiór. - Kiepsko pan wygląda. Powinien pan wziąć kąpiel, a i czyste ubranie byłoby bardzo na miejscu. Proszę tu chwilę poczekać, zaraz coś się przygotuje.
Neil nie zdążył nawet podziękować za taką uprzejmość, gdyż Hernan udał się już do kuchni szukając służącej. Parę minut później kąpiel była gotowa. Cethan skorzystał z okazji i nie spieszył się zbytnio. Po, bagatela, półtorej godziny skończył wreszcie się myć. Zauważył, że ubranie użyczone mu przez Alvara nie różniło się wiele od podarowanego przez Lan. Ciemne spodnie i jasna koszula były najwyraźniej popularne w tej okolicy. Ubrał się więc i przeszedł do salonu, gdzie czekał na niego już architekt oraz zdecydowanie bardziej przykuwające uwagę śniadanie. Neil niewiele jadł poprzedniego dnia, dlatego też bez chwili zastanowienia rzucił się na posiłek. Hernan widząc taką reakcję zaśmiał się tylko. Cethan, widząc to przerwał jedzenie i popatrzył się z uwagą na swego gospodarza.
- Proszę mi powiedzieć, czemu jest pan dla mnie taki uprzejmy? - zapytał.
- Mam dobry humor - odparł Alvar. - Poza tym przyjaciele Lan są moimi przyjaciółmi.
- Nadal nie rozumiem. Nie chciał mi pan uwierzyć, a teraz mówi pan...
- Och, nie, mylisz pojęcia, Neil. Pozwól, że będę cię tak nazywał - powiedział i nie czekając na aprobatę kontynuował. - Otóż można być uprzejmym i nie wierzyć. Nie jest to może normalna kombinacja, za to zachowawcza i dość bezpieczna.
- No dobrze, ale przypuśćmy, że kłamię. Przypuśćmy że jestem mordercą, a do tego, dajmy na to, złodziejem. Nie boi się pan, że zabiję pana i okradnę?
- Ani trochę - odpowiedział pewnym głosem architekt. - Widzisz Neil, dla mnie fakt, że Lan pamogła ci i zajęła się tobą, wystarczy, by dać ci kredyt zaufania.
- Chyba nie rozumiem...
- Powiedzmy, że jest dobra w ocenianiu ludzi. Jeśli dla niej jesteś godny uwagi, dla mnie jesteś godny zaufania...
- Zaufanie to chyba nie najlepsze słowo w tym przypadku - przerwał Neil.
- Hm, słuszna uwaga. Chodzi mi o to, że gdybyś był bezwzględnym mordercą, złodziejem, czy kimś, kogo tam jeszcze sobie dopowiesz, to Lan zostawiłaby cię tam, w lesie, i nie przejmowałaby się twoim losem. Wiem, bo znam ją od dziecka. I proszę, mówi mi Hernan.
- Dobrze... Hernan, wyjaśnij mi więc jej wczorajszą reakcję na tę twoją rewelację.
- Tu mnie masz, Neil. Cóż, nikt nie da rady przewidzieć kobiecych humorów, czyż nie? - powiedział i zaśmiał się w głos. Neil z uprzejmości zaśmiał się z nim, choć nie bawiła go ta sytuacja. Więcej, absolutnie nie miał ochoty na żarty. Póki co był w tym mieście bezpieczny, ale na ile czasu? Ile czasu zajmie żołnierzom, łowcom nagród, czy też zwykłym ludziom odnalezienie go tutaj? Owszem, miejscowa ludność prawdopodobnie nie znała jeszcze rysopisów morderców, ale taka sytuacja nie mogła utrzymać się długo, nawet przy założeniu, że Alvar zatrzyma swoją porcję listów gończych tylko i wyłącznie dla siebie. Koniecznie musiał znaleźć jakieś wyjście z tej mało przyjemnej sytuacji. Tylko jak?
Hernan, najwidoczniej cały czas na fali swojego dobrego nastroju, zaczął opowiadać o czymś mało istotnym. Neil potakiwał lub odpowiadał na sporadycznie rzucane pytania, ale myślami był zupełnie gdzie indziej. Skoro zdecydował się na tak samobójczy krok, jak zamach na monarchę, musiał mieć jakąś niezawodną drogę ucieczki w stuprocentowo bezpieczne miejsce. Ale gdzie? Może gdzieś w tej okolicy? W końcu to tutaj został znaleziony, może więc kierował się w te strony? Szybko jednak zmienił zdanie - zapewne zdołał przewidzieć, że po zamachu będą go szukać po całym kraju... Właśnie!
W tym właśnie momencie do domu weszła Lan. Przeszła od razu do salonu, szukając Neila. Gdy tylko go zobaczyła, chwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą do wyjścia.
- Idziemy na poranną mszę! - rzuciła do Alvara, wychodząc. Ten uśmiechnął się pod wąsem, spokojnie dokończył śniadanie, co zajęło mu parę minut, i udał się za nimi.
Neil, zanim się obejrzał, był już na rynku, tuż przed kościołem. Lan stanęła dopiero teraz, tak więc i on mógł się zatrzymać; dziewczyna mimo to nie puszczała jego ręki. Wpatrywała się tylko w zegar na wieży kościelnej, wskazujący godzinę za dziesięć minut ósmą. Wielke niczym brama drzwi kościelne miały się lada chwila otworzyć. Przed nimi zgromadziło się już całkiem liczne grono osób czekające na mszę. Cethan skorzystał z okazji i spytał:
- Po co ciągniesz mnie do kościoła?
- Już mówiłam - Lan ucięła krótko.
- No dobrze, ty wchodź, ale na co ja jestem ci potrzebny?
- To by ci się przydało, wiesz? Poza tym chcę spotkać się z kapłanem.
- Po co?
- Porozmawiać o pewnej sprawie - odparła chłodno. - Przy twojej obecności - dodała po chwili, widząc Neila chcącego zadać kolejne pytanie.
Na tym ich rozmowa się skończyła, gdyż wrota kościelne zostały właśnie otwarte. Ludzie przepychali się, chcąc zająć jak najlepsze miejsca w środku. Szybko tuż przed samym ołtarzem nie było już nawet gdzie stanąć. Neil, widząc to i nie mając najmniejszej ochoty wpatrywać się w czyjeś plecy, zajął miejsce zaraz obok wejścia, skąd wszystko było widać. Lan, która zdążyła pójść kawałek dalej, obejrzała się na niego z wyraźną dezaprobatą, ale po chwili stanęła obok.
Wnętrze kościoła było naprawdę okazałe; wyglądało na większe, niż zdawałoby się na pierwszy rzut oka z zewnątrz. Artysta, który stworzył tutejsze dekoracje, musiał włożyć w to całe swoje serce. Żadnej kolumnie nie oszczędzono ozdób w postaci niewielkich rzeźb przedstawiających skrzydlate postacie, lub innych fantazyjnych kształtów. Na każdej ścianie znajdowało się jakieś malowidło, mające związek z mitologicznymi wydarzeniami, jak choćby scena przekazania ludziom Ziaren Życia przez Boga. Każde okno zdobiły kolorowe, misternie wykonane witraże. Światło słoneczne, przechodząc przez nie, dawało dodatkowe obrazy na posadzce. Światło dawała również spora ilość świec, poustawianych przy ścianach na świecznikach. Przód kościoła, a w szczególności sam ołtarz, był oświetlony najsilniej, tak, aby każdy mógł dostrzec kapłana odprawiającego mszę. Praca nad tym budynkiem, budowa i wykończenie, z pewnością pochłonęły wielkie fundusze.
Dokładnie o ósmej z pomieszczenia znajdującego się obok ołtarza wyszedł kapłan, człowiek ciemnowłosy, wysoki, o nieco kwadratowej i wyglądającej niepozornie w stosunku do reszty ciała głowie. Miał jednak w sobie tę namiastkę może nie świętości, ale jakiegoś bardziej pospolitego wywyższenia. To dziwne wrażenie, w połączeniu ze spokojem, jaki bił od niego, sprawiało, że przeciętny człowiek czuł podświadomą chęć choć skinienia głową na znak szacunku. Niewielu ludzi posiadło taki dar, ale ci, którzy go mieli, zachodzili zwykle wysoko.
Neil przyjrzał się ludziom stojącym niedaleko niego. Niektórzy z nich, tak jak przypuszczał, patrzyli się na kapłana jak na obraz, z uwielbieniem, z miną godną najzagorzalszej dewotki. Nic dziwnego - wielu z nich wiara dawała nadzieję na lepszą egzystencję. Zdarzali się też tacy, którym nic innego już nie pozostowało. Ci żyli już tylko i wyłącznie tą nadzieją, odtrąceni przez innych, przegrani w walce toczonej od urodzenia. Przychodzili więc tutaj, i będą przychodzić, dopóki tylko będą w stanie, dopóki znajdą na to siłę. Neil patrzył na nich ze współczuciem. Wielu rzeczy nie pamiętał, kilku nie rozumiał, ale w tej sprawie zachował jasność umysłu. Miał ochotę zapytać któregoś z tych ludzi o sens ich życia, był ciekaw ich odpowiedzi. Czy uznawają swoje życie za sprawdzian, a więc czy idą za tekstem Świętych Ksiąg? Ilu z nich jest hipokrytami, ilu oczekuje biernie na mające nadejść zbawienie? Ilu chwali Głos Boży, a we własnym domu, kierowani potrzebami chwili, postępują tak, jak jest im najwygodniej? A ci, którzy trwają już tylko w nadziei: czy czują, że przegrali swoje życie? Czy czują, że przegrali walkę, którą każdy miał szansę wygrać? Po co więc przychodzą tutaj, skoro nie mogą oczekiwać ratunku, skoro nie zdali egzaminu? Może wcale tego nie widzą, oślepieni wielkimi wyobrażeniami - stoją kolejnego ranka w kościele, oczekując na co? Może na cud? Czyż nie trzeba walczyć samemu, a nie czekać na pomoc, która może nigdy nie nadejść? Czy można zdać się na ślepy los, czy można dać się porwać nurtowi rzeki? Zwracając uwagę na kolejnych ludzi Neilowi przychodziły na myśl kolejne pytanie, tworząc niekończący się ciąg. Tyle twarzy, a każda dająca kolejne zagadki, nie dając odpowiedzi na poprzednie, każda kryjąca swe własne tajemnice...
Z owych rozmyślań ocknął się nagle, nie bez pomocy lekkiego, mimowolnego szturchnięcia ze strony Alvara, który pojawił się właśnie w kościele. Spoglądając na niego, Neil spojrzał również na Lan. Ta stała nieruchomo, błądząc gdzieś nieobecnym wzrokiem, dokładnie tak, jak poprzedniego wieczoru. Tym razem jednak nie wypadało krzyczeć, Cethan darował więc sobie doprowadzanie dziewczyny do przytomności. Poszedł zatem za przykładem innych ludzi i wzrok swój skierował na ołtarz, nad którym znajdowało się malowidło przedstawiające dłoń na błękitnym tle. Wszystko byłoby zapewne w porządku, gdyby nie to, że obraz zaczął się ruszać. Dłoń, ułożona w oczekującym geście, zaczęła obracać się powoli. Neil z niedowierzania zamknął oczy, na wszelki wypadek przetarł je, a następnie otworzył, lecz wciąż widział to samo. Rozejrzał się szybko po ludziach stojących w kościele, ci jednak nie reagowali wcale, tak jakby nic się nie działo. Albo tylko on jeden miał to szczęście obserwować owe zjawisko, albo była to część ceremonii. Drugą możliwość Cethan odrzucił. Malowidła nie zwykły ruszać się, nawet podczas mszy świętej. Dłoń tymczasem obróciła się i zacisnęła. W tej pozycji zamarła na moment, by po chwili wyprostować palec wskazujący dokładnie w kierunku Neila. Ten, zaskoczony, obejrzał się za siebie, lecz za nim nikogo ani niczego, naturalnie nie licząc ściany, nie było. Spojrzał ponownie na dłoń, która nie ruszała się już wcale. Neil chciał zamknąć oczy, ale ze zdumieniem stwierdził, że nie jest w stanie tego zrobić. Spróbował ruszyć się, ale nie drgnął nawet palcem. Kątem oka dostrzegł, jak ludzie stojący obok niego zaczynają odsuwać się, kolejni zaś odwracali się w jego kierunku chcąc wiedzieć, co wzbudziło zainteresowanie u reszty. Cethan raz jeszcze spróbował zrobić cokolwiek. Udało mu się szarpnąć swym ciałem, lecz w tym samym momencie poczuł potężny ból gdzieś w głowie. Natychmiast stracił wzrok i runął na ziemię niby podcięty. Wydawało mu się, że leży na posadzce, choć nie czuł uderzenia w nią. Słyszał głosy, lub raczej wrzaski ludzi. Wśród nich wyłowił jeszcze uchem jeden: "Co... co to jest?!", a następnie drugi: "Uciekajmy stąd!", by zaraz potem stracić przytomność.


Scooter Fox

scooter_fox@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||