W życiu każdego człowieka zdarzają się chwile, które pozostają w pamięci już do samego końca. Dla jednego jest to pierwsza miłość, dla drugiego dzień ślubu czy pierwszy w życiu awans, a dla kogoś innego koncert, który może zdawać się wydarzeniem bardzo zwykłym i niepozornym, ale to jest ocena przedwczesna, o tym mogę zapewnić.
Chciałbym opowiedzieć o koncercie, który był nie tylko wielkim wydarzeniem muzycznym, ale też niesamowitym przeżyciem duchowym. Zdarzeniem, podczas którego można było zapomnieć o wszystkich dręczących człowieka kłopotach, ludzkiej głupocie i nienawiści, przemocy na polskich ulicach - słowem, wszystkim tym, co sprawia, że nasze życie zdaje się być szare i pozbawione wyrazu.
Zacznijmy jednak, jak to zawsze bywa, od początku.
Piękny, marcowy czwartek, 27-ódmy dzień trzeciego miesiąca tego roku. Gdyby nie fakt, że wieczorem, zaraz po pracy, miałem znaleźć się w warszawskim klubie Stodoła, byłby to pewnie dzień zwyczajny.
Na miejsce dotarłem wcześnie, około godziny 18.00. Już wtedy przed klubem ustawiały się niewyobrażalnie długie kolejki ludzi, którzy czekali na wejście. Na szczęście ominęło mnie oczekiwanie na zewnątrz i kilka sekund po odszukaniu mojego nazwiska na liście gości byłem już w środku. Pierwszym zaskoczeniem były pustki, jakimi świeciła Stodoła. Gdzieś pomiędzy szatnią, ubikacją a stolikami przewijało się kilkadziesiąt osób, ale pierwsze wrażenie było przerażające. Dopiero później przypomniałem sobie, że większość gości czeka jeszcze w kolejce do wejścia. Zresztą, niedługo trzeba było czekać, by zaobserwować, jak klub wypełnia się fanami Huntera w wieku przeróżnym.
Tutaj chciałbym przejść do sprawy najbardziej przykrej tego dnia. Otóż, zaledwie kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem koncertu, okazało się, że nie mogą wejść osoby niepełnoletnie. Ze swojej strony, w tym właśnie miejscu, chciałbym pogratulować kierownictwu Stodoły, które wpadło na tak genialny pomysł. Myślę, że był to wyjątkowo szczery ukłon w stronę publiczności i zespołu, który o zaistniałej sytuacji dowiedział się w tym samym czasie, co ludzie odprawieni z kwitkiem. Pominę tutaj fakt, że ludzie ci mieli wykupione bilety i wielu z nich czekało pod klubem ponad dwie godziny - na takie głosy "góra" klubu pozostawała głucha. Nie mogli nic wskórać ani członkowie zespołu, ani też menadżer Huntera, Arek Michalski, który toczył przez telefon naprawdę długie i krwawe boje. Jedyne, co można było zrobić, to przejąć sprawy we własne ręce i pomóc w dostaniu się do środka tak wielu osobom, jak to było możliwe. Warto tutaj wspomnieć o rytualnej siódemce, którą wraz z kolegami udało nam się wprowadzić. MedeiS = Siedem.
Kłaniając się ponownie w stronę dyrekcji klubu Stodoła, życząc im jeszcze wielu równie ciekawych i nowatorskich pomysłów pozwolę sobie na zakończenie tego przykrego wątku.
Stodoła przywitała mnie znajomymi dźwiękami z płyty MedeiS, które rozbrzmiewały z głośników podwieszonych pod sufitem. Gdzieś tam w środku, na scenie, trwała próba któregoś z zespołów rozgrzewających, a ja rozglądałem się za znajomymi twarzami. Pierwszym człowiekiem, który rzucił mi się w oczy był Blinq, pełniący podczas trasy funkcję technicznego Huntera, odpowiedzialnego za gitary. Razem z nim wybrałem się na zaplecze, gdzie po raz pierwszy, w końcu, miałem możliwość zapoznania się z główną siłą napędową formacji - Pawłem Grzegorczykiem.
Później wszystko poszło już z górki. Pojawili się znajomi, na których czekałem, a z którymi później uskutecznialiśmy akcję wprowadzania nieletnich. Coraz bliżej było też do występu naszej gwiazdy wieczoru.
Przyznaję tutaj z lekkim wstydem, że zajęci działalnością charytatywną, a później spożywaniem napojów orzeźwiających, przegapiliśmy występy zespołów rozgrzewających publikę przed występem Huntera. Nie odda to sprawiedliwości pokrzywdzonym, mimo to, choćby z obowiązku, wspomnę nazwy grup, które miały przyjemność zagrania tego dnia w Stodole:
Hedfirst, Archeon oraz Neolithic.
Później świat nie był już tym samym.
Sala, choć - dzięki staraniom dyrekcji klubu Stodoła - zaledwie w połowie zapełniona, grzmiała setkami gardeł skandujących nazwę Hunter. Chwilę potem, w pierwszych rytmach utworu Fantasmagoria, pojawili się Oni - gwiazda wieczoru.
Tego, co działo się pod sceną, nie można opisać żadnymi słowami. Publika szalała śpiewając razem z Pawłem, który dawał z siebie dosłownie wszystko. Muzycy na scenie zapewnili fantastyczne widowisko, do którego można porównać tylko występy największych gwiazd. Zarówno oprawa świetla, jak i dźwiękowa nie pozwalały na najmniejszy grymas niezadowolenia. Wręcz przeciwnie, po trzech utworach stanąłem sobie w połowie sali, żeby móc w pełni cieszyć oczy i uszy tym, co działo się na scenie. A działo się wiele.
Pierwszą, bardzo miłą, niespodzianką była obecność dwóch basistów - Goliasha i Saimona, którzy co jakiś czas zmieniali się na scenie. Druga rzecz, jeszcze bardziej, jeszcze milej zaskakująca, to pojawienie się podczas Fantasmagorii dwóch uroczych niewiast (tutaj gorące pozdrowienia dla Agi Sienkiewicz i Anity Szymańskiej), które chojnie obdzielały publikę dolarami znanymi już z ilustracji do utworu Fantasmagoria. Kolejną rzeczą, o której trzeba wspomnieć, jest pojawienie się na scenie gitarzysty występującego z Hunterem w pierwszych latach działalności zespołu i później, już po nagraniu Requiem - Moohy.
A to był dopiero początek wielkiego wydarzenia.
Kolejną niespodzianką było pojawienie się wspomnianych już pań przy okazji "Fallen", kiedy to uraczyły publikę kuszącym tańcem, znanym z videoclipu nakręconego do tego utworu.
Nie zapomniano też o tytułowym "Siedem", poprzedzonym piękną grą skrzypiec Michała Jelonka, który wzbogacony został krótkim, lecz bardzo ładnym przedstawieniem aktorskim. Wszystko to odbywało się w błysku kolorowych świateł, które tworzyły niepowtarzalny nastrój, a scenę zamieniły w miejsce tak czarodziejskie, że trudno było uwierzyć w prawdziwość oglądanego widowiska.
Jak Hunter zapowiedział, tak też uczynił i podczas koncertu pokazał, że godni są nie klubów, a wielkich stadionów, na których mogliby ich oglądać tysiące fanów.
Podczas koncertu zespół odegrał niemal cały repertuar z MedeiS, wzmacniając go o kilka utworów z Requiem oraz trzy covery: Metallica - Enter Sandman, Bad Religion - Big Bang, AC/DC - Highway to Hell (tutaj swoimi możliwościami wokalnymi popisał się Grzesiek, perkusista zespołu).
W roli wokalisty miał możliwość sprawdzić się również Pit (Piotrek Kędzierzawski - druga gitara) śpiewający podczas utworu "Nikt".
Na oddzielny rozdział zasługuje Michał Jelonek, który swoimi skrzypcami wspomagał Huntera podczas nagrań do MedeiS, a później też podczas trasy koncertowej "MedeiS Tour 2003".
Ile energii ma w sobie ten człowiek wie tylko ten, kto widział go na scenie. Najważniejszy jednak w tym wszystkim jest ogromny wkład brzmienia jego skrzypiec i umiejętności, jaki wniósł w muzykę Huntera. Mimo tego, że w nagraniach studyjnych obecność skrzypiec jest bardzo istotna i wyraźnie zaznaczona, dopiero podczas koncertu można było się przekonać, jak bardzo ważny w muzyce zespołu jest ten instrument. Ośmielam się twierdzić, że bez Jelonka i jego magicznych skrzypiec sporo utworów straciłoby na wartości muzycznej i przekazie. Wystarczyło posłuchać zagranego podczas koncertu utworu "Grabaszszsz...", który to Jelonek wzbogacił o główny motyw z Marsza Pogrzebowego, Szopena. Do tej pory, gdy oglądam ten fragment w domu, czuję, jak ciarki przechodzą mi po plecach.
Kolejnym, bardzo wyjątkowym punktem koncertu był utwór "Kiedy Umieram...". Przyciemnione światła na scenie, pod nią setki dłoni trzymające płonące zapalniczki, setki gardeł śpiewające równo z Pawłem. Gdybym miał określić to jednym słowem, powiedziałbym po prostu - przepiękne.
Tradycją podczas tej trasy było wygłaszane przez Pawła jej przesłanie, w którym mówił o wojnie, między innymi w Iraku, i jej beznadziejnym braku sensu. Po tych słowach następował utwór "So...".
Największą radość, mi osobiście, sprawił zagrany na zakończenie koncertu Requiem, tytułowy utwór z pierwszej płyty - czekałem na to ponad siedem lat. Nie spodziewałem się, że ten utwór może brzmieć na żywo tak potężnie, choć przecież możliwości koncertowe Huntera są nie do przecenienia. Po tym utworze zespół pożegnał fanów instrumentalnym zakończeniem, podczas którego kongi, obsługiwane przez Musika i Żabę, wspomagające swoim egzotycznym rytmem instrumenty pozostałych muzyków, w połączeniu z dynamiczną grą świateł i widowiskiem, jakie stworzyli na scenie muzycy oderwały publiczność od rzeczywistości.
A potem...
Potem świat wciąż pozostawał gdzieś daleko, bo mimo zakończenia koncertu, w Stodole panował ożywiony ruch. Muzycy rozdawali autografy, rozmawiali z fanami, robili sobie z nimi zdjęcia. Ludzie zmęczeni blisko dwugodzinnym szaleństwem uzupełniali braki w płynach, wszędzie słychać było głosy zachwytu spowodowanego obejrzanym chwilę wcześniej widowiskiem.
A wszystko to odbywało się w prawdziwie przyjacielskiej, serdecznej atmosferze. Patrząc na tych wszystkich ludzi, wiadomo było dlaczego przybyli do Stodoły i co ich naprawdę łączy.
Tym łańcuchem, spoiwem, jest Hunter, który jak żaden inny zespół na świecie potrafi gromadzić wokół siebie rzesze ludzi i pokazać, jak bardzo ważna dla nas wszystkich jest wzajemna tolerancja.
Ich teksty są mocne, muzyka jest potężna. Na scenie są kilkuosobowym ładunkiem niesamowitej, niepohamowanej energii, a ich przesłanie jest jasne:
Hunter przeciwko przemocy!
Eddie