Pearl Jam "Ten"(by don_Kamq)
Moja historia z tym albumem, w zasadzie dobrze, bo to pierwszy album Babcinego Dżemu, rozpoczęła się we wrześniu, kiedy to zdecydowałem się na pożyczenie owej kasetki. Młóciłem ją rok niecały, wujek od którego owy przedmiocik pożyczyłem pluł się, żeby mu oddać. Cholera, musiałem i oddałem. Ostały mi się tylko piękne wspomnienia. Więc po długich peturbacjach ze zbieraniem kasy - NABYŁEM PŁYTĘ. Bo w zasadzie takie płyty jak ta trzeba w swojej dyskografii mieć. Możesz nie lubić, ale żeby tego nie mieć???
Dla niewiedzących kompletnie - z czym mamy doczynienia. Otóż jest to debiutancki album tego zespołu z Seatle. Wydany został w czasie, gdy królował inny zespół z tego samego miasta, a mianowicie słynna Nirvana. Jak to w korzeniach tradycji miasta bywa ;), kultywować miał on bardzo lubiany gatunek rocka, nowo odkryty - GRUNGE mianowicie... Hm, do Nirvany bym tego nie przypiął... To coś lepszego, więcej tu polotu i wyobraźni, a przede wszystkim takiej prawdziwości. Niby to jeden z tej wielkiej trójki Seatle, ale jakże całkowicie różny - styl proszę państwa, styl. Przez tą tutaj ovo(m) płytę, powołany do życia został nowy geniusz.
Album otwiera utwór "Once" - jakieś bębenki, jakaś dżungla wyobrażam sobie, a tu nagle zostaje zaskoczony mocarnym riffem i "dzień dobry, jestem Eddie Vedder". Utwór bardzo dynamiczny (przejście na refren, głosowo genialne), klasyczna solówka, zajebisty refren, jak już mówiłem ten niepowtarzalny klimacior...
"Even Flow" - bardzo charakterystyczny riff. Kawałek jest w ogóle bardzo pogodny, jak się słucha, to trudno nie być radosnym. Nie ma tu żadnych niepotrzebnych efektów (jak i na reszcie płyty), po prostu dwie gitary, perka, bas i wokal. I to się nazywa prawdziwe granie.
"Alive" - a to już powinny wszystkie łebki znać. Świetny wolny kawałek, zarąbisty tekst (warto się wsłuchać). i znowu czuć taką energię w wykonaniu, radość - naprawdę czuje się włożone w to serce. Doprawdy, genialny wokal, (oprócz reszty instrumentów słychać w tle gitarę akustyczną) czadowa solówka!!! UTWÓR CUDO!!! MOGĘ SŁUCHAĆ ZAWSZE !!! (na płytce znajduje się również koncertowe wykonanie tego utworu, numer 12)
"Why Go" - utwór klimatem zbliżony do "Even Flow", z bardzo charakterystycznym rytmem na perkusji. Bardzo chwytliwy refren z takim zawodzącym wokalem Vedder'a... i...
...Prawie niezauważalne przejście na kawałek "Black". Ha, nagła zmiana klimatu, znowu spokojnie. Utwór świetnie oddaje niepokój, jakiś lęk, spokojna, kojąca zwrotka - kontrast - bardzo przejmujący refren. BARDZO DOBRY UTWÓR... tym razem za tło słóży nam pianino, klimatycznie podtrzymując atmosferę utworu. (przepraszam że się powtarzam, ale płyta jest bardzo równa... NIE MOJA WINA).
"Jeremy" - również bardzo popularny utwór... i również WIELKI I GENIALNY!!! Tekst, genialny wręcz wokal Eddie'go słychać pod koniec utworu, gdy zaczyna on wołać z wszystkich stron - DOSŁOWNIE wdziera się do twojego mózgu. Utwór zostawia wielki niedosyt... i dobrze, bo to jeszcze nie koniec...
i tu bym musiał zmienić kasetę na stronę B, ale taki komfort, że mam płytę :) No, "Oceans", to w zasadzie taki "prawie trzyminutowy" przerywnik... nie mamy tutaj wyraźnej perkusji, tylko kotły, gitara, i wspaniale zlane ze sobą głosy pana Edvard'a... KLIMAT!!!
I kuźwa, takiego wejścia, to tylko pogratulować - najszybszy, najbardziej dynamiczny kawałek z albumiku całego - "Porch". Bardzo wyraziście kopie po moim biednym i tak już mocno sponiewieranym, tyłku... wspaniały!
Zmiana klimatu, jest spokojnie. Jak w ogrodzie z kamienia... GARDEN... ciekawy tekst...można spokojnie przymknąć oczy... jeszcze ta gitarowa wstawka... taka lekka...i refren... piękne...
Jauuuu!!!!!! - chce się krzyknąć przy następnym utworze, "Deep" - kuźwa to jest cudeńko, jeśli nie najlepsze z całej
płytki, genialne - wyrąbisty motyw, taki ogólny dziwny nienaturalny szum - około drugiej minutki brutalnie przerwany... wyciszone wszystkie instrumenty i... I.... ZNOWWWWWUUUUU!!!!!!!! IN TOO DEEP!!!!!!!! TO TRZEBA USŁYSZEĆ, ŻEBY ZROZUMIEĆ - utwór gryzie miensko, niach, niach...
W tym utworze zostajemy uwolnieni z ciężaru słuchania ;). Śliczny, łagodny, taki śpiący, ale żywy... Release... idealny koniec tego WIELKIEGO ALBUMU... no i na koniec mamy jeszcze "dżunglę" z pierwszego utworu, ale to mogę już w zasadzie wyciszyć...
NIESPODZIANKA! na płycie mamy dodatkowe trzy utwory - jak już wspominałem koncertowe "Alive" oraz bonus tracki "Wash" i "Dirty Frank"... hmm, jako "młody" posiadacz owej płytki do tych dwóch kawałków przyzwyczaić się jeszcze nie zdołałem (choć Brudny Franek taki funkowy dosyć fajniście się zapowiada)... i dobrze, nie będę tu bruździł, bo bym ogólną ocenę zepsuł. A ta... - proszę państwa, jedna z tych płyt, które praktycznie mnie nie nurzą, mogę słuchać zawsze - może dla niektórych takie granie wydawać się może mało skomplikowane, dla mnie to właśnie jest piękno. Żadnych przesterowanych riffów, żadnych kibordowych pierdółek - klasycznie, tak jak to się kiedyś grało. I TO JEST PIĘKNO. To, że można coś jeszcze wyłuskać, z tych oklepanych motywów, naparzanek, coś nowego. Coś takiego co tworzy Pearl Jam. I to właśnie jest to czego pragnę słuchać.
(acha... jeszcze jedno. Polecam lekturę "plakatowej" wkładki na płycie, gdzie zawarte są oryginalnie napisane teksty pana Vedder'a. Spróbujcie je odczytać :) miłej zabawy)
Utwory: