KoRn "Untouchables"(by don_Kamq)
Pisanie recenzji albumów z perspektywy czasu, wychodzi na dobre recenzentowi. Jest on wtedy w stanie ocenić czy płyta, która rajcowała go na początku, po pół roku wysłuchania rajcuje go nadal. Wtedy to prawda wychodzi na jaw, czy album jest naprawdę tak dobry, jak myśleliśmy na początku, po kilku przesłuchaniach. Taki eksperymencik chciałem przeprowadzić z ostatnią płytą KoRna - "Untouchables". Znam ją już na wylot, nudziła mi się wielokrotnie, ale ogólnie parę miechów temu oceniłbym ją na 9, lub 9 z plusem. A dzisiaj... No cóż, jest troszkę gorzej, ale płyta przetrwała i jak była dobra tak dobrą pozostała...
Wiadomo, zupełnie nowy album, zupełnie inna muzyka w porównaniu do poprzednich dokonań panów z Bakersfield. CZy to źle? Akurat tutaj zmiany wyszły na dobre. Nie ma już utworów tworzonych na trzech tych samych riffach - nasi artyści poszli do przodu (nie o jeden riff ;) i mocno swą muzykę urozmaicili. I oto dostajemy dosyć "ciężki" brzmieniowo, talerz ze wspaniałymi smaczkami. Po pierwsze - promujący album kawałek "Here To Stay" jest jakby nie patrzeć, genialny i od reszty utworów "coś" go odróżnia; jest wyjątkowy. Kolejne dwa kawałki to niezłe ciężkie utworki - miło się słucha, nie ma się do czego przyczepić. I "czwóreczka" - ech, tym utworem po pierwszym kontakcie z albumem podniecałem się co niemiara. Kurde, wielbiłem Davis'a, że się tak głosem bawi ślicznie. W ogóle, pałerny refren, również piosenka inna od tego co Korniacz serwował na poprzednich płytach. Cudo - i stwierdzam, że próbe czasu dobrze przetrwał. "Bottlep Up Inside" - dosyć ciężkawy, Hiv śpiewa niemelodyjnie, ogólnie ładny, żadna rewelka - ale dobry. No i ZNÓW kolejne dwie to perełki: o ile "Thoughtless" może podobieństwem riffów przypominać trochę (ale tylko troszeczkę) "Faget'a" z pierwszej płyty, to już "Hating" ze swoim oszałamiającym, znowu bardzo ciężkim (nie wiem czy za często używam tego słowa, jakby co - przepraszam tak wyszło), ale niesamowicie melodyjnym refrenem powala!!! No, ale "Thoughtless" utwór dosyć oryginalny, świetny, piękny i w ogóle chyba pierwszym z jakimś konkretnie zagranym (ZAGRANYM) refrenem. Z resztą, zauważyć można (oczywiście uchem) bardzo dobre tła w piosenkach. Niby to elektronicznie zmodyfikowane dźwięki gitarki Head'a, pojedyncze i niepojedyncze odgłosy Jonathana, ale jak świetnie współgrają z resztą, czyniąc się zupełnie osobną partią dźwiękową. Czasami słuchałem tego samego tła - bardzo dobre. Tylko zastanawiam się jak im to na koncertach wychodzi. Ale... Numer 8 - "One More Time", utwór przeciętny, teraz zauważyłem, że jednak słabo wybija się z reszty. Następny to chyba jedyny taki utwór Korn'a. Bo oto muzycy częstują nas piosnką zupełnie spokojną i do reszty, jakby nie było, pasującą, ale jednak odmienną. "Alone I Break", bo o tej mowa. Tutaj przyczepiłbym się tylko do refrenu, który trochę do reszty, świetnie zaśpiewanej i zagranej, deczko nie pasuje, ale przez pół roku można się przyzwyczaić. Na czym utwór niestety trochę traci. Ale nadal, słucha się go bardzo dobrze. Ciekawa pozycja. W ogóle pan David Silveria, perkusista jakoś na tej płycie przerzucił się na rytmy mniej skomplikowane niż na przykład na drugim albumie (PORNO CREEP). "Nowe" partie perkusyjne tworzą zupełnie nowy klimat i możnaby pomyśleć, że zmieniono perkmena :) Numer 10, czyli "Embrace" można polubić albo i nie - ja polubiłem, ale na dłuższą metę, to jest on trochę nudnawy (jedynie nie nudzi mi się taka dziwna wstawka Jonathana, gdzieś tak w 2:30 minucie). Dwa kolejne utwory to najsłabsze pozycje na płycie. Jeśli zniosłeś "Beat It Upright" o bardzo głupawym tekście i rytmie BARDZO podobnym do utworu poprzedniego (i znowu jedyny fajny, niestety tylko, moment, początek drugiej zwrotki - po prostu HIV umie śpiewać i co ważne interesować swoim głosem), to może uda ci się wysłuchać (i polubić, TRUDNIEJ) kawałek "Wake Up Hate". KURDE, co to jest? Trip hop? Techno? Czy KORN? Utwór głupi, głupszy od poprzedniego, zrobiony na siłę. Chyba tylko na zasadzie: "Ooo, a tego to jeszcze nie próbowaliśmy - GRAĆ, ŚPIEWAĆ, NAGRYWAĆ"... No i tak pozostały dwa ostatnie utwory: "I'm Hiding" oraz finałowy "No One's There". Tu się postarano, a nawet bardzo. Wreszcie mamy ciekawą zabawę na perce, choć nie tak niespodziewaną i zaskakującą jak kiedyś - znowuż bardzo potężne refreny, spokojne zwrotki. Ogólnie tak bym pisał o obu utworach, jednak ostatni jest inny od przedostatniego... Lepszy, ale podobny. Świetnie podkreśla finał, koniec albumu. Coś tam leci, że to dla ludzi, co to na kasę Davis'a żerują. Uacha, kolejny bardzo dobry utwór i jeden z mych ulubionych na tej płycie. Bardzo klimatyczny, bardzo ciężki - ŚWIETNY. I jak się te pikne chóry włączają na końcówce, to jest świetne. BARDZO DOBRE, WSPANIAŁE!!!!!!!! KONIEC!!!!!!!!
Tak koniec, jako rzekłem. Podobno coś tam jakieś 15 utwór miał być. Ja na płycie takowego nie posiadam. Nie wiem, może to dlatego, że płytę kupiłem po promocji za trzy dychy. Nawet wytłoczona jakoś dziwnie jest - na różowo. Pytam się, czy tak powinno być? Bo to takie pedalskie jest... no dobra... płyta dosyć dobra. Dobrze, że panowie coś chociaż innego chcą ze swą muzą robić. Bo kolejnego rąbania w stylu "Chi" bym nie zniósł. Ech... lecz tu już szósty albumik ma wyjść. Może w chwili gdy to czytacie, macie go już na półeczce. Ludzie - APEL!!! Módlcie się, żeby było lepiej niż jest!!! I żeby znowu nie grali trzech tych samych riffów!!! Bo już w sumie powoli KoRnem wymiotuję... ale lubię... dziwne... taka ich muza...
Utwory: