Metallica - St.Anger

Długo czekaliśmy na tę płytę. Zbyt długo jak na przeciętną cierpliwość fana. Po odejściu Newsteda i problemach alkoholowych Jamesa Hetfielda przyszłość zespołu stanęła pod znakiem zapytania. W owym 2001 roku jedynie od czasu do czasu słyszeliśmy wykluczające się wzajemnie plotki o planach zespołu. Nowym basistą miał zostać Mike Inez, z czasem pomysł odszedł w niepamięć. Tak naprawdę prace nad albumem szły pełną parą dopiero od lata ubiegłego roku. Zespół zaszył się w swoim prywatnym studio w San Francisco i nagrywał bez końca... "St.Anger" powstał zupełnie innym sposobem niż poprzednie płyty - całość materiału powstała w wyniku jam sessions grupy, nikt nie przynosił niczego gotowego. O skali oczekiwań świadczyć może to co działo się w Kazaa - pełno było w niej rzekomych przecieków ze studia a w praktyce mniej lub bardziej udanych podróbek stylu Metalliki.

Kiedy płyta już się pojawiła wywołała wiele kontrowersji. Już wcześniej było wiadomo, że Metallika nie pójdzie drogą znaną z płyt "Load" i "Reload" ale to co znalazło się na płycie wywołało mieszane opinie. Metallika nigdy jeszcze nie zawarła w swojej muzyce tak wiele huku. Inna sprawa, że jest to jazgot zdecydowanie ujęty w nu-metalowe ramy - w niektórych utworach słychac zafascynowanie Larsa System Of A Down. Generalnie płyta swoim ciężarem aż wbija w fotel. Zabrakło przy tym finezji i kunsztu tak znanego z wcześniejszych płyt. Jeżeli "Czarny Album" był starannie obciosany dłutem to "St.Anger" mógłby być wyrąbany siekierą, w dodatku tępą. Jestem pewien, że niektórzy fani strasznie zjadą tę płytę między innymi dlatego. Innym powodem może być całkowity brak solówek. W wywiadach muzycy podkreślali, że solówki zburzyłyby harmonię utworów, ja jestem jednak innego zdania. To fakt, że w większości kawałków partie solowe po prostu by nie pasowały, ale byłoby fajnie, gdyby pojawiły się choć w kilku utworach.

Ale jest większy problem - większośc kawałków jest po prostu zbyt długa. To co uderza we wczesnych płytach Mety to takie rozłożenie kompozycji, że każdy kawałek na albumie był inny, utwory swoim zróżnicowaniem trzymały w napięciu. Metallika z okresu po "Czarnym Albumie" nie umie tego powtórzyć. Wręcz przeciwnie - w czasie długich sesji nagrywali dziesiątki generalnie podobnych utworów. Tak było na "Load", podobnie jest na "St. Anger". Zarejestrowano 30 kompozycji na album trafiło 11. I moim zdaniem dlatego całość albumu w trakcie przesłuchiwania zmienia się w jednostajną magmę. Muzycy do znudzenia bombardują nas nieustającymi zmianami tempa i mieszanką kilku patentów, każda "piosenka" trwa średnio 7 minut. moim zdaniem jest to zbyt długo jak na takie zlepki ogłuszających riffów - po prostu są wydłużone na siłę. Nie da się ukryć, że na płycie mamy kilka utworów po prostu słabych: "Invisible Kid" czy "The Unnamed Feeling" starannie omijam przy każym słuchaniu.

Jest też i druga strona medalu. Cholernie sie cieszę, że po nudnym "Load" Metallika nagrała na stare lata płytę, która aż kipi od energii. Stylistyka się co prawda zmieniła, to nie to co w latach 80, ale ciężaru "St.Anger" odmówić nie można. Mimo, że utwory są do siebie podobne całkiem miło się ich słucha, choć niekiedy mogłyby być krótsze. Nie mogę opędzić się od wrażenia, że nagranie tak agresywnej płyty było dla Metalliki pewnym rodzajem odskoczni, oczyszczenia po zdecydowanie komercyjnych albumach z lat 90, choć nie można tej płyty porównywać do wszelkich "Loadów" i "Garażów" bo to już inna muzyka. No i troche szkoda, że w nagraniu nie wziął udziału nowy basista Robert Trujillo. Wniosek ogólny? Nie jest to zła płyta, fajnie się jej słucha ale wczesnym albumom nie dorasta do pięt.

Ocena 7/10

(C) Choke