Mayhem - Deathcrush

Mayhem jest zespołem legendarnym, zespołem który wywarł wyraźne wpływy na wizerunek muzyki ekstremalnej, zasłynął on jednak za sprawą nie za sprawą muzyki a ekscesów i wydarzeń wokół grupy. Dość powiedzieć, że historie o śmierci Euronymousa to niemal legendy. Ale mi chodzi o muzykę. Mayhem powstał w 1984 zainspirowany dwiema formacjami: Venom i Celtic Frost. Po dwóch raczej miernych (choć w pewnych kręgach oczywiście - kultowych. Niech się nikt nie obraża!) w 1987 roku przyszedł czas na płytkę nagraną w studio (Pure Fucking Armageddon były wszak nagrywane w domowych warunkach), niespełna 17 minutową Deathcrush wydaną własnym sumptem w podziemiu.

Zawartość tego mini albumu jest ze wszech miar oryginalna. Obok kawałków będących krańcowym łomotem, mamy też dwa oryginalne przerywniki. Warto zwrócić na nie uwagę, bo są naprawdę ciekawe i dodają płycie smaczku. Pierwszy - Silvester Anfang to jakby preludium do mającego w chwilę później nastąpić jazgotu. (Weird) Manheim to zaś krótka (50 sekund) miniaturka na fortepianie, co ciekawe kompletnie rozstrojonym, ale chyba o to chodziło chłopakom. Oba kawałki tworzą fajny klimacik i pozwalają bądź przygotować się na dawkę hałasu bądź na chwilę wytchnienia. Dodaje to urozmaicenia materiałowi.

Pozostała część płyty jest po prostu hukiem. Ja tak właśnie patrzę na tę płytę i nie staram się doszukiwać drugiego dna i mrocznej atmosfery, choć kawałki są dość mroczne, to trudno tu mówić o jakimś szczególnym klimacie. Cała rzesza ludzi doszukuje się jednak w tym jakiegoś kultu. Moimi faworytami z tej płyty są Deathcrush i Necrolust. Oba kawwłki jak i reszta ostrej części jest tak chamsko prostacka, że każdy wioślarz by to zagrał (grupki blackowców powinny odgrywać sobie na akustykach Deathcrush przy ognisku :), jednocześnie aż kipią one od agresji.  Czy muszę wspominać o surowym brzmieniu? Słychać nawet trochę basik - rzecz w black metalu rzadka, gitara brzmi niczym piła łańcuchowa, zaś nad wszystkim górują bardzo głośne bębny. Lubie jak perkusja dominuje nad całością, choć tu proporcje zostały zachwiane do przesady; niektórych łupanie Manheima może drażnić - ja je pokochałem. Tak na dobrą sprawę trudno mi sobie wyobrazić, żeby albumik trwał choć o sekundę dłużej - przy 30 minutach taka dawka czadu robi się monotonna. Co się tyczy tekstów to są one beznadziejne - gadki o zabijaniu i śmierci, najlepiej je sobie po prostu olać, zważywszy na to, że na płycie słychać i tak niezrozumiały wrzask. Maniac w moim odczuciu wykonał kawał dobrej roboty, gdyż jego wokale porażają wściekłością.

Taka muzyka jest czymś wymarzonym na jakiś dół - warto sobie Deathcrush posłuchać po jakimś przygnębiającym niepowodzeniu, można naprawdę się uspokoić i odreagować. Trudno mi jakoś inaczej zarekomendować tę płytkę, gdyż mi się bardzo podoba właśnie za ów jad którym kipi. Po wydaniu Deathcrush zespół poszedł w rozsypkę - odeszli Maniac i Manheim. I choć braki w składzie szybko zostały uzupełnione to później nadeszły lata 90 i na następną płytę musieliśmy czekać do 1994. Ale Mayhem to zespół, który ponad muzykę stawia sobie całą tą śmiercionośnie mroczną otoczkę. I dzięki niej zyskał sobie miano legendy black metalu mając mimo wszystko dosyć ubogi repertuar.

Ocena 9/10

(C) Choke