...już dawno rozbrzmiały ostatnie dźwięki zamykającego płytę "No Presents for Christmas" a ja siedzę na łóżku z oczami wywalonymi na wierzch, jęzorem przy kolanach i łapami przy dywanie. Szczęka opadła mi już w połowie płyty.
- Mamusiu... zmoczyłem się... -wrzasnąłem płacząc.
Wtedy zgasła ostatnia świeca. Wrzasnąłem ponownie wołając siły światłości na pomoc. Za oknem zobaczyłem Kinga. To on - wysłany przez Szatana miał mnie ostatecznie wciągnąć w świat ciemności. Bez słów oddałem się w jego szpony. On wbijając srebrny kolec w me gardło odesłał mnie do Niego... tak, King jest bez wątpienia mistrzem, posłańcem Szatana... Nie mówiłem nic, gapiłem się jak głupi. Tak, teraz wracam do domu... do Niego.
    Takie wrażenie zrobiła na mnie ta płyta. Dosłownie taka była moja reakcja... Widziałem jeźdźców, Abigail, Hrabiego LaFey'a. Chyba zwariowałem... Pora odwiedzić zakład bez klamek.
    Płyta to istne Mistrzostwo - to jest Muzyka! To nie jest jakieś kaleczenie sztuki jak np. slipknot - to jest Sztuka MUZYKĄ zwana.
Mówią, że zespół pokazuje jaki jest dobry dopiero na koncertach. Mimo, że nie widziałem (bo jak?) to po tym, co usłyszały moje uszy można powiedzieć, że ta grupa to mistrzowie świata! Takiego "liv'a" jeszcze nie słyszałem... to było coś wspaniałego... co ja bym dał żeby być na tym koncercie... [trzeci filar :)].
    Niestety - Abigail, w oryginale nie słyszałem i nie dane było mi poznać kilka utworów - na koncercie po prostu ich nie zagrali. Było to na przykład "Omens". Trudno się mówi i słucha dalej a przyrzekam, że jest czego słuchać! 12. utworów i wszystkie trzymają bardzo wysoki - jeśli nie mistrzowski poziom. Nie licząc "Drum Solo" - nigdy nie byłem pozytywnie nastawiony do tego typu rzeczy [dlatego też nie lubię "Silvester..." Mayhem - wiem, że nie oni to nagrali, ale dlaczego jest na Deathcrush?].
    Na płycie jest "Drum Solo" to oczywiście nie mogło zabraknąć "Guitar Solo"... to już jest istne mistrzostwo - Andy La Rocque prezentuje coś o czym ja mogę tylko marzyć... jak ja bym chciał tak grać!
    Muszę przyznać, że King jest naprawdę Królem - w budowaniu klimatu. Jego wspaniały głos z pewną tajemniczością wprowadza nas do historii. Zmienia się w pisk, ryk, wrzask, krzyk, szept i w ogóle wszystko co da się z siebie wycisnąć [no oczywiście o growlu w Heavy Metalu nie ma co marzyć...].
    Czasem między piosenkami coś powie... zapowie piosenkę np. zamykające "No Presents for Christmas". Słychać podziękowania i ogólnie wszystko co na koncercie być powinno [:)]. Chciałbym zobaczyć jak King wbija kolec w gardło Abigail....
    Słówko należy się też publiczności... nie stoi sztywno jak np. Anglicy na koncercie Emperora - o nie tutaj co chwilę słychać "AAAAAA!!! YEEEEEEAAAAAAHHHHHHH!!!!". Słowem publiczność szaleje i to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Przecież koncerty są po to aby się bawić a nie stać sztywno.
    Z piosenkami sprawa układa się tak - 3 z "The Fatal Portrait", 2 instrumentalne i 6 z "Abigail" + "Come to the Sabbath" [z repertuaru Mercyful Fate!!!]. Szkoda, że nie było całej "Abigail" ale po co? Ci co nie słyszeli "The Fatal..." mogli się zapoznać z trzema piosenkami z niej... może by kupili? Ja miałem szczeście bo udało mi się nabyć splita - "The Fatal..." i "Abigail in....". Właśnie za to kocham "Metal Mind"...
    Cóż jeszcze można powiedzieć o tym albumie? O właśnie - teksty możecie ściągnąć z tej strony bo we wkładce ich nie zobaczycie - jest w niej opis koncertu i kilka zdjęć, które może trafią do galerii bo są tego warte...

W tym miejscu przerwał... zamyślił się po czym odłożył pióro do kałamarza. Tak, teraz oddał się w ręce Szatana bo to on przemawia przez Kinga!
I pamiętajcie... 18 to teraz 9!

Ocena - 11\10

Plusy - Wszystko!!!
Minusy - Lekko denerwujące "Drum Solo"

Ragnar