***Robert Halford - Live Insurrection***



Okładka Live Insurrection z internetu
Po ostatnim zakupie kasety Resurrection postanowiłem sobie, że zakupię "tak dla kompletu" jego album koncertowy. Po dotarciu do domu i zdarciu 4 folii z kaset,(i nie było innych zabezpieczeń!) co mnie lekko zdenerwowało, zapuściłem sobie album...(po dane techniczne odsyłam do recki Resurrection).

Rozpoczęło się utworem Resurrection. Dla mnie bomba. Publiczność udziela się dość słabo, ale w końcu to nie było Rock In Rio, żeby przychodziło 250 tys. ludzi. Halford śpiewał nie tylko utwory z poprzedniej płyty, lecz również utwory jego starej grupy - Judas Priest i utwory z innych płyt. Na albumie znajdują się też 3 tracki studyjne. Album był rejestrowany na różnych koncertach, tak więc przygotujcie się, że w jednej piosence słyszymy publiczność, śpiewającą refreny, a w drugiej absolutne nic.:)).

Halford pokazuje że tym razem naprawdę potrafi. Robi ze swoim głosem cuda. W jednej chwili śpiewa piskliwie(osławione Resurrection), donośnie(Made In Hell), oraz balladowo(wszystkie ballady). W kawałku Into the Pit udziela się też inny wokal, który coś jakby growluje. Z początku myślałem że to Rob tak ryczy. Na koncert dotarł też Bruce,(na szczęście:))który wykonał z Robem "The One You Love To Hate". Wypadł jak zwykle znakomicie... Ale może powiem coś o koncercie. Materiał, choć pochodzi z wielu koncertów, został dobrany tak, aby słuchaczowi wydawało się że to jeden wielki show! Najpierw mamy kawałki energiczne, potem zwolnienie i odpoczynek, stopniowe zwiększanie tempa i balladka. Tak się przedstawia pierwsza kaseta. Jestem pod dużym wrażeniem gry Mike'a na gitarce. A kawąłki takie jak Jawbreaker czy Running Wild wbiły mi się mocno w pamięć. Stained Glass - jeśli Judas Priest gra taką muzę to ja już zamawiam kasetę! Wielu fanów ceni sobie "Painkiller" w wykonaniu tejże grupy, który ja również słyszałem ale coverowany przez jakąś grupę(tzn. zdaje mi się że to był civer, chyba że Halford growluje). Żałuję że Rob go nie zaśpiewał.

Druga kaseta to jakby osobny koncert. Jest intro, po którym panowie serwują nam Cyberworld. IMHO jeden z najlepszych utworów Halforda. Jest po prostu swietny, świetna linia melodyczna na gitarce, ciekawy bas i zarąbisty wokal... Druga kaseta to przede wszystkim złagodzenie tempa. The Hellion to 48-sekundowy utwór instrumentalny(?) W każdym razie Rob coś tak krzyczy, ale długością nie przebije pisenki zespołu Blink 182 "Happy holidays You Bastard", hehe. Electric Eye to okazja do odpoczynku, ale oto nadchodzi Riding On The Wind! Również świetny kawałek. Niestety reszta jest taka... mdła. Numery nasępujące po Ridnig... są już smętniejsze. Metal Gods to chyba znów cover Judasów, po którym Rob ożywia publiczność i każe im wykrzykiwać tytuł piosenki. W ogóle na drugiej kasecie widać że Halford bardziej bawi się z publicznością, na przykład wykrzykuje coś i publika musi to odkrzyczeć. Wypadło super a klimat koncertu się uchował. No i na koniec jeszcze Tyrant. Całkiem niezłe, nie powiem. Na kasecie znajdują się jako bonus trzy nagrania studyjne. Dwa pierwsze wyszły zajebiście - Screaming In The Dark i Heart Of A Lion. Prisoner Of Your Eyes(a ja wymyśliłem prisoner of your ass:)) to po prostu balladka miłosna, ale bez specjalnego "pałera". Tak oto kończy się album koncertowy Roba Halforda - człowieka z bombą na strunach głosowych. Może nie ma on tego klimatu jak Rock In Rio, (powtarzam) może nie jest aż tak ciężki, ale WYMIATA!!! Głosu Roba słucha się przyjemnie w balladach i w ostrych kawałkach. Jest po prostu człowiekiem o potężnym głosie i niech mi się schowają te wszystkie Krawczyki... Może brakuje tylko kawałków w stylu Temptation, ale... Za ogólne wrażenie oraz za genialność albumu stawiam z czystym sumieniem:

Ocena: 9++/10

PS. Pomyślałem że bez PS-a głupio będzie, więc macie:)))



© Obywatel siX(obywatelsix@go2.pl)