Emperor - "Prometheus"

 


Ostatni album w dorobku zmarłego przedwczesną śmiercią Cesarza jest jedną z najlepszych metalowych pozycji, jakie wyszły w roku 2001 na nasz rynek muzyczny. Zacznijmy od ogólnego wrażenia: jest to album dość techniczny, niewiele jest momentów, które mogłyby przywołać klimat np. "In The Nightside Eclipse". Prometeusz jest wyczuwalnym rozwinięciem dokonań zespołu na "IX Equilibrium", a więc o żadnym true, grim&necro brzmieniu mowy nie ma. 

Muzyka zawarta na tym albumie jest złożona i trudna w odbiorze przy pierwszym słuchaniu. Jednak po pewnym czasie (po kilku, kilkunastu przesłuchaniach) dostrzegamy kunszt i piękno tej muzyki. Na pewno nie jest ono takie, jak na "Anthems To The Welkin At Dusk", ale trzyma klasę Emperora. Mamy tu typowy dla Emperora black, a także nieznaczne elementy heavy, muzyki klasycznej oraz "śpiewów" w stylu Kinga Diamonda. Ihsahn udowadnia też, że potrafi ładnie, czysto zaśpiewać, a Trym po raz kolejny łoji w perkusję w sposób zasługujący na mistrzostwo świata. Teksty zaś traktują o mitologicznym tytanie Prometeuszu.

Płyta rozpoczyna się bardzo dobrym "The Eruption" ze wstawkami klasycznych instrumentów i świetnym tekstem (zresztą Emp ma zawsze świetne teksty:)). Kolejnym utworem jest dość średni "Depraved", a po nim energiczny "Empty" ze świetnie wkomponowanymi partiami skrzypiec i samplami. Dalej mamy trochę spokojniejszy "The Prophet" z melodyjnym refrenem. Piątka i szóstka to dobre kompozycje, ale number seven jest już gorszy. Potem mamy "He Who Sought The Fire" z niesamowitym tekstem i fajną solówką. No i na koniec zostaje nam świetna muzycznie i tekstowo dziewiątka, czyli "Thorns On My Grave". 

Podsumowując Emperor na pewno nie dał dupy nagrywając Prometeusza, ale nie jest to ich najlepszy album. Myślę, że trochę za dużo w nim kombinowania, a za mało klimatu i za mało naprawdę dobrych utworów.

Ocena: 8+/10


Icaros