*** Burzum - "Filosofem" ***




    Magia. To słowo idealnie opisuje muzykę zawartą na tej płycie. Ale dlaczego akurat ten, a nie inny wyraz? Bo oznacza on coś niecodziennego, wręcz nierealnego, coś tajemniczego i mrocznego. Coś, o czym ludzie mogą tylko pomarzyć, co jest dla nich niespełnionym snem. Niby mają tą swoja "nowoczesną technikę", ale to zupełnie coś innego i w dodatku nie może ona zaspokoić ich pragnień, żądz i zapewnić szczęścia na dłuższą metę. Ale dlaczego mówię "ich", "mają" a nie "nas", "mamy" itp.? Ponieważ metalowiec to nie jakaś bliżej nieokreślona, szara istota, przeciętny zjadacz chleba. Nie zalicza się do pojęcia "człowiek". To ktoś, kto stoi odrobinę wyżej w hierarchii natury i wszechświata. Niby w łańcuchu pokarmowym można go przedstawić na równi z człowiekiem, ale różni się on od niego tym, że został stworzony do celów wyższych, głębszych, piękniejszych. Został przystosowany do odbierania prawdziwej sztuki - magii. Właśnie dla takich ludzi Varg tworzy całą swoją muzykę, czaruje.

IMIO (in my infallible opinion;P) jest to najlepsza płyta, jaką Grisnackh nagrał w całym swoim wolnym życiu;) i jest to zarazem jego ostatnie metalowe arcydzieło. Ogólnie "Filosofem" można podzielić na dwie części, trwające po około pół godziny. Na pierwszą cześć składają się trzy (lub 4, zależy jak liczyć), genialne, metalowe utwory, a pozostałe dwa (lub 3) tworzą część ambientową. Całość nie jest może aż tak dołująca jak "Hvis lyset tar oss", ale za to jest mroczniejsza i wydaje mi się, że nawet bardziej klimatyczna od poprzedniczki (tak naprawdę to na pewno każdy ma inne zdanie, bo każda płyta Burzum jest genialna i pod jakimś względem lepsza od innych). Jako ciekawostkę można dodać, ze każda kompozycja ma dwie nazwy, a raczej tą samą nazwę w różnych językach. Jest jeszcze jeden powód, dla którego kocham ten album - liryki. Nareszcie, w większości, są w języku dla mnie zrozumiałym - angielskim. Taki "Hvis lyset tar oss" dużo traci, gdy niewiadomo o czym wyje Vikernes. We wkładce, oprócz tekstów, można znaleźć jeszcze kilka obrazków i opisy do nich w języku nie zrozumiałym dla przeciętnego Polaka;) No i jeszcze należałoby powiedzieć coś sposobie ekspresji tekstów przez Varga. Wokal zmienił się w porównaniu do poprzednich płyt. Trudno opisać te dźwięki, które wydaje, więc ograniczę się do stwierdzenia, że są po prostu inne. Gdzieś czytałem, że podobno Grisnackh celowo używał najgorszych mikrofonów w studio i dlatego uzyskał takie oryginalne brzmienie. To by wiele tłumaczyło... Każdy utwór na "Filosofem" jest tak arcygenialny, że wymaga oddzielnego omówienia. Nie zainteresowanym proponuje skończyć czytanie, bo cholernie się wynudzą.

    Album otwiera znana "ballada" "Dunkelheit", czyli po norwesku "Burzum". Wrażenia podczas słuchania tego utworu są naprawdę trudne do opisania. Tu nie wystarczą takie określenia jak: przepiękny, mroczny, klimatyczny, podniosły czy genialny. Świetny efekt daje powtórzenie tekstu na dwa różne sposoby. To trzeba przeżyć samemu. Gdy Słucham (duże S - tzn. noc, zgaszone światło, wygodne siedzenie/leżenie, zamknięte oczy) "Dunkelheit", widzę chłopca idącego przez ciemny las o gęstej koronie drzew, tak, że gwiazdy i księżyc są niewidoczne. Idzie on powoli, ostrożnie, skradając się i z niepokojem mijając kolejne drzewa. Czuję jego strach, ale też ciekawość która pcha go do przodu i nie pozwala zawrócić. Wiem, że spodziewa się coś zobaczyć, ale las ciągnie się w nieskończoność. Wreszcie na końcu utworu widzę jak las się kończy, a chłopiec staje i ze zdziwienia otwiera oczy i usta. Przed nim ukazuje się pustka, widać tylko księżyc w pełni i gwiazdy... Tak działa na moją wyobraźnię to dzieło.

Następny jest "Jesu dod". Perkusja nadaje mu szybkości, ale nie w tym stylu co np. w "Hvis lyset tar oss". Gitary to czysta wirtuozeria, wrzynają się w mózg i pozostają tam na zawsze. Przy "Jesu dod" można oderwać się od ziemi i poszybować do krain zamieszkałych przez smoki, elfy i nazgule. BTW tego ostatniego, to jakoś dziwnie mi się skojarzył z "Flight of the Nazgul" wczesnego Summoning. To tak, jakby rozwinięcie tego utworu w trochę zmienionym i lepszym stylu.

Dalej mamy "Beholding the daughters of the firmament", który muzycznie może nie dorównuje poprzednikom, ale mimo wszystko posiada klimat właściwy Burzum. Szczególnie fajnie słucha się utworu, wyjąc razem z Vargiem;) Oryginalnym pomysłem jest struktura liryki. Prawie każdy wers zaczyna się od tych samych słów. Ideą tekstu jest ukazanie typowych kontrastów i przeciwieństw oraz dowiedzenie, że jedno nie ma prawa bytu bez drugiego. Tak więc nie może istnieć zima bez wiosny, noc bez dnia itp. Była to (jest?) jedna z ideologii Vikernesa, który twierdzi, że nowy, lepszy świat może powstać tylko poprzez zniszczenie starego, doskonalsze życie można osiągnąć poprzez śmierć, a pokój poprzez wojnę. Ogólnie "Beholding..." zamyka "wielką trójce genialnych metalowych utworów".

"Decrepitude i" jest już utworem pośrednim między częścią ambientową, a metalową. Ta wolna melancholijna kompozycja posiada jeszcze gitarę, ale perkusji już nie doświadczymy. Klawisze przypominają zimne łzy płynące z oczu, o których mowa w tekście. To chyba najbardziej dołujący utwór na płycie.

Pamiętacie jak mówiłem, że każdy utwór na "Filosofem" jest genialny? Kłamałem. Nie lubię kłamać, ale to przez te poprzednie wrażenia słuchowe. "Rundtgaing av den transcendentale egenhetens stotte" zasługuje na miano "naj": najdłuższy, najspokojniejszy, najnudniejszy. Jednym słowem: ambient. Po usłyszeniu "Tomhet" pomyślałem sobie, że Burzum tak samo dobrze spisuje się, jako projekt metalowy jaki i ambientowy. Myliłem się. Przez ten utwór chyba nie zaryzykuje kupna niemetalowej płyty Burzum. Może najwyżej sprawie sobie kasetę z ciekawości. Grany na syntezatorze "Rundtgaing..." trwa 25 minut i przez cały czas słyszymy ten sam motyw. W tle czasami są jakieś drobne urozmaicenia, ale nie ratują całości od uczucia znużenia. Ewentualnie można puścić sobie ten kawałek do snu. Jak się jest zmęczonym, robi jakoś lepsze wrażenie;)

Ostatnim utworem jest kontynuacja "Decrepitude i". Odnoszę wrażenie, że w porównaniu do pierwszej części nawet klawisze zbytnio się nie zmieniły. Tak jakby wycięto wokal i podmieniono gitarę. Oczywiście są to zmiany na gorsze. Ogólnie, gdy się jednak dobrze wsłuchać, można polubić ten utwór. Jest taki depresyjny i też fajnie się słucha do poduszki.

No i znowu mam problem - jaką ocenę wystawić "Filosofem"? Byłaby pełna 10, ale przez te utwory ambientowe nie mogę jej przyznać. Była by 9, ale cztery pierwsze nagrania nie zasługują na marną 9... Myślę, że jednak 10 z małym minusikiem będzie idealnym kompromisem, ponieważ zawsze pozostaje drobny niedosyt i smutek, że właśnie tak kończy się jedna z najlepszych płyt pod księżycem... Jeżeli ktoś ma płytę (jak ja) może podciągnąć sobie ocenę w górę, bo zawsze można szybko i bezboleśnie pominąć dwa ostatnie utwory.



PS. Przeprasza wszystkich za obszerność tekstu i za to, że nie spełniała kryteriów recenzji, ale musiałem przelać na ekran emocje po takim cudownym przeżyciu;)





-10/10

© Count Kayleigh