Relacja z koncertu
ACID DRINKERS
Warszawa, 8.05.2003 r.
Byłem jakiś czas temu na koncercie Acidów i co tu dużo gadać, było zajebiście. Mam nadzieję, że każdy obczaja choć mniej więcej tą kultową kapele, bo przeglądając nieraz kącik mam wrażenie, iż każdy jest teraz fanem Burzum, Children of Bodom, albo Slipknota, a polska muzyka jest mu kompletnie obca. Obym się mylił, bo Acid Drinkers to przeciesz pierwsza liga i to w każdym wydaniu. Ale wracając do koncretu...
Wszystko miało miejsce w warszawskim Parku, chyba ósmego Maja. Wybraliśmy się na ten koncert, ponieważ akurat nie grały w stolicy „gwiazdy” światowego formatu, ale też po to aby zobaczyć Acidów w nowym składzie. Niema co ściemniać, gdy dowiedziałem się, że z zespołu wyleciał Perła, a na jego miejsce przyjęto Lipe, to mało co w gacie nie narobiłem. Dla mnie Illusion to kapela nr. 1 na świecie „i chodź bym się zesrał tak będzie”. Dobra rzecz, niema co, ciekaw jednak byłem jak Acidzi dadzą sobie radę z dwoma frontmenami. O tym póżniej, teraz przystawki – jak to się mawia na zachodzie „support act”.
Pierwszy: Cośtam Fred, nie to żebym był złośliwy ale nie mogę zkumać nazwy tego zespołu. Niestety, widziałem ich już raz na żywo i według mnie są beznadziejni. A ich wersja dawnego hitu Madonny, to po prostu obraza dla muzyki popowej.
Drugi: Orbita Wiru. No, to mi się podobało!!! Panowie młócili jak trzeba! Wokalista żywcem przypominał Lipę, a i śpiewał niezgorzej. Zresztą cały zespół prezentował się na scenie, rzekł bym, niebanalnie. Muzycznie kierowali się chyba w stronę nowocześniejszych brzmień, ale mi, jako raczej anyt-fanowi takowych, zupełnie to nie przeszkadzało, a wręcz się podobało. Zagranie na koniec klasyka Sepultury to był świetny pomysł, świetny jak cały występ Orbity.
No ale przejdźmy do rzeczy. Na Acidów trzeba było chwilę poczekać, ale opłacało się. Intro oczywiście znane z Warran strikes, utwór sam w sobie doskonały. No i zaczyna się; Disease Foundation z Acidofili. Pierwsze co mnie powaliło to wygląd Acidów, Tytus z pięciostrunowym basem!?! Popkorn przebrany w jakiś szpitalny fartuch, jak za dawnych czasów, Ślimak raczej standardowo, ale za swoją perkusją zawsze wygląda niesamowicie, no i Lipa – w szkockim kilcie. Zapowiadała się niezła jazda, i tak też było. Panowie bez ceregieli przeszli w Dancing in the Slaughter-house, po tej rzeźni chwila przerwy, pare słów do publiki i jedziemy dalej. Co warto podkreślić od porządku występu czuć było energię bijącą ze sceny! Acidzi zapierdalali tak, jakby dopiero co mieli nagrać, dajmy na to Strip-tease. Parę razy widziałem już ich na scenie, ale nigdy nie było aż takiego czadu! Nie wiem czego było to przyczyną, ale oby tak grali dalej.
Chyba następne było Pump the Plastic Heart, utwór dla mnie kultowy ze względów osobistych... mało nie zdarłem gardła drąc się „Pumu, pump the plastic heart, give it a junp, give it a start!”, zajebisty numer! Lipa i Tytus między kawałkami pierdolili niesamowite farmazony, przyczyniając się do jeszcze większej radości zebranej w Parku gawiedzi. Pojawił się między innymi „człowiek z magnetofonem w nosie”, i kilka innych ciekawych postaci np.: Men from Danzig.
Z Acidowych numerów można było jeszcze poszaleć przy Wild Thing, The Jocker, Barmy Army, Backyard Bandit, odśpiewanym przez Lipę Slow and Stoned, High Proff Cosmic Milk (dosyć ciekawie zagranym... ), Cops Broke My Beer, Acidofili, Caliście, Drug Dealerze, zagranej z totalną rozpierduchą Proud Mary, oraz dostarczoną ze sporym opóźnieniem Pizzy (oczywiście Driver). Więcej nie pamiętam...
Dla mnie jednak wydarzeniem wieczoru było zagranie kilku kawałków Illusion. Był oczywiście totalnie kultowy Nóż, na którym dodzierałem resztki gardła, wcześniej Wendetta, także kultowa, oraz na bis Opus Magnum ciężkiego rocka – Wojtek. Nie będę opisywał tego co czułem w czasie tych kawałków, tego nie da się uczynić...
Jako że był to urodzinowy koncert Acid Drinkers, na koniec był szampan, „sto lat”, no i oczywiście „niech im gwiazdka pomyślności”... (kto to ze mną śpiewał to jest równy gość!!!). Nie mogło się także obyć bez odśpiewania Always Look on the Bright Side of Life, w czasie którego szampan polał się na głowy publiczności. Czternastka na karku, niemało ale czekam na nową płytę. Mam nadzieje, iż stanie się ona godną następczynią High Proff Cosmic Milk, Infernala, czy The State of Mind Report.
Podsumowując, koncert był świetny. Żywiołowość na scenie, zajebista muza, oraz niebanalny humor, za to zawsze kochałem Acidów. Teraz cieszę się jeszcze bardziej, bo zespół z Lipą zyskał wiele świeżości. Ten występ w Parku zawsze będę pierwszorzędnie wspominał, puszczając w niepamięć trzy godziny czekania na pociąg na dworcu Śródmieście. (Swoją drogą mieszkają tam totalne świry).