***Carlos Santana - Shaman***
Zdecydowany debeściak
Solówki... solówki... więcej... więcej... ooo... o przepraszam, poniosło mnie.
Ostatnimi czasy zmuszony byłem odpocząć trochę od dzikiego nawalania Children Of Bodom i Acid Drinkers i zanurzyć się w muzykę, od której wszystko się zaczęło... Dzięki jego dziełom zacząłem słuchać rocka, a teraz metalu. Chodzi mi tu o N-A-J-L-E-P-S-Z-E-G-O gitarzystę solowego świata jakiego można sobie wyobrazić. Panie i panowie - CARLOS SANTANA i "SHAMAN"!!!
"Shaman" to najnowsze dzieło tegoż wirtuoza. Jak zwykle zaprasza on do realizacji albumu kilku ciekawych atrystów oraz nagrywa kilka kawałków z kolegami i rodziną, które odzwierciedlają jego latynoską duszę. W tychże utworach na gitarze klasycznej gra jego brat. Album rozpoczyna się latynosko i bardzo "szamańsko" - Adouma. Muszę was ostrzec że te klimaty nie towarzyszą całej płycie, stanowią jedynie przerywnik i miłą odskocznię. Ale ta solówka jeszcze mi siedzi w głowie. Przy czym ostrzegam: to jest specyficzny rodzaj muzy i nie każdemu się będzie podobał!
Materiał jest bardzo zróżnicowany. Jest to zasługa innych artystów, którzy powierzyli swoje utwory Carlosowi. A ten, jak to ma w zwyczaju, potrafi przerobić największe popowe gówno na piękną melodię, używając jedynie gitary... Tak, w tym momencie muszę się wam przyznać do czegoś. Muzyka bez gitary to jak Lipski bez Siary, czyli po prostu nic nie gra. Ja ubóstwiam dzwięki wiosła i pudła tudzież basu i nic na to nie poradzę. Właśnie dlatego nie słucham HH i techno. Tam brakuje mi tych charakterystycznych dźwięków. Wracając do płyty - są kawałki wolne i szybsze. Na liście płac znajdują się m.i.n. tacy wykonawcy jak Seal, Macy Gray, P.O.D., Chad Kroeger,(Nickelback rulez) oraz Placido Domingo(!).
Carlos z pewnością dokłądnie przemyślał każdą piosenkę i wiedział gdzie dodać więcej a gdzie mniej od siebie. Ja sam nie trawię Dido, lecz Fells Like Fire z Carlosem podoba mi się jak nigdy! Właściwie to Mistrz sam użycza czasem głosu i wspomaga wokal. Jego spiew jest typowo latynoski i łagodny. Może płycie brakuje trochę "życia", ale można się za to uspokoić.
Nadchodzi chwila, na którą każdy czekał. Wymienienie moich ulubionych utworów. Właściwie to nie mam wątpliości co do mojego faworyta - America, wykonanego wraz z grupą P.O.D.. Widziałem ich teledysk na Vivie pl a teraz Santana dograł do tego utworu znakomite solówki, których tak brakowało pierowzorowi. Myślę że współpraca P.O.D. i Santany mogłaby się dobrze ułożyć, zwłąszcza że chrześcijanie mogliby zarobić trochę forsy i zdobyć popularność. Najbardziej po Americe podobają mi się Nothing At All, You Are My Kind, Wictory Is Won, Why Don't You & I oraz Novous z Placido Domingo. Tenor włożył w ten kawałek dużo pracy, a włączenie w niego Santany to był iście genialny pomysł...
Podsumowując: płyta jest raczej spokojna, ale mimo wszystko warto ją kupić. Spokój zakłóca bowiem gitarowy geniusz Santany i rytmy, które nie pozwalają zasnąć... tylko w niektórych pisenkach Carlos niewiele namieszał, ale reszta to prawdziwe perełki. I niech się schowa ten cały Pat Metheny czy Eric Clapton(a niech stracę - Kirk Hammet też wysiada). Santana bije na głowę wszystkich i gra 500 razy lepiej, ponieważ ta muzyka płynie prosto z jego duszy, a nie z pożądania mamony. W tych solówkach słychać emocje, ból, strach, radość, szczęście... wszystko, co sobie tylko wymarzysz! KIedy słyszę The Game Of Love to naprawdę robi mi się smutno, zgadnijcie czyja to sprawka.:)) I niemal czujesz że zespół gra sobie w oddali, a Geniusz tuż obok twoich uszu posuwa palcami na gryfie, który jest rozpalony do czerwoności... nic to, weźmie się następną gitarę...
Ocena: 9/10
A najlepszy wg. mnie utwór wykonany z Santaną w jego historii to "Smooth"
© Obywatel siX(obywatelsix@go2.pl)