STEPHEN KING - "Miasteczko Salem"
Od razu zaznaczam że jakimś wybitnym znawcą nie jestem, prawdę mówiąc nie odróżniłbym bestsellera od "Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków" (a może to też bestseller? Bo nie wiem jak tak się
sprzedaje) (znakomicie - ile licencji filmowych, cała
masa reklam! - military), ale jednak ta książka po prostu kazała mi napisać recenzję! Tak, kazała i to w jakim stylu! "Winix idź i powiedz ludziom jak ci się spodobałam! To twój obywatelski obowiązek!" - i ucichła niczym szczekający pies kopnięty z trepa w łeb.
Aż wstyd się przyznać że to dopiero moja pierwsza książka tego wybitnego pisarza, mówię tu oczywiście o mistrzuniu horroru Stephenie Kingu. Jeśli wszystkie jego książki są takie jak "Miasteczko Salem" to ja kocham tego gościa i już zadzieram kiece i lece albo biere dzide i ide do biblioteki miejskiej po kolejne dzieło tegoż
autora (większość jest - co tu kryć - znakomita, ale
bywają i niewypały...)! Co mnie skłoniło do przeczytania czegoś Kinga? Po prostu tak gościa wychwalacie w KSIĄŻKACH, że mnie przekonaliście że to prawdziwy mistrz! Ale co wam będę truł dup... znaczy zaśmiecał głowę jakimiś bzdetami które i tak nikogo nie obchodzą! Zabieram się za to, co mnie tu przywiodło, czyli wychwalanie pod niebiosa!
Niejaki Ben Mears - pisarz - wraca po wielu latach do miasteczka Jerusalem z chęcią napisania tam swego kolejnego dzieła; z owym miastem raczej zbyt miłych wspomnień nie ma, o czym zresztą dowiadujemy się już na początku książki (Hubert i jego zwariowane zabawy na linie :D). Ciągle prześladują go straszne wspomnienia z dzieciństwa związane z wielkim, starym, położonym na wzgórzu tzw. Domem Marstenów. Wszystko jest pięknie, poznaje dziewczynę, zaprzyjaźnia się z paroma ludźmi... aż pewnego dnia w Salem zaczynają się dziać dziwne rzeczy, wszystkie podejrzenia padają na trzy osoby... Bena i dwóch biznesmenów, Starkera i Barlowa którzy wykupili Dom Marstenów (wszyscy trzej wprowadzają się mniej więcej w tym samym czasie). Natomiast w mieście znika mały Glick, a jego starszy brat umiera z nieznanych przyczyn. Później wszystko się rozwija itp. Powiem tylko że do walki z T Y M czymś (nie powiem czym, bo wam zabawę zepsuje) staje kilka osób z miasteczka (tak zwani BIG BOSI HEROSI TEAM)... co się dzieje w Salem? Kto lub C O jest tego przyczyną? No i jak to się wszystko skończy? Dowiecie się czytając tą genialną książkę!
Na początku książka nie prezentuje się zbyt okazale, poznajemy miasto i jego mieszkańców. Trafia się wątek miłosny którego osobiście nienawidzę! Jest to po prostu nudne, ale nie odstraszające; King napisał to w taki sposób że po prostu chcemy dalej czytać! Ciągle ciekawi nas co wydarzy się na kolejnej stronie. Tak naprawdę wszystko zaczyna się gdy Glickowie idą do swego kolegi - Petera - przez las. Wtedy treść zaczyna robić się coraz bardziej ciekawa, czytając dalej (już nie chcemy) ale musimy dowiedzieć się co kryje się za tajemnicą Domu Marstenów i co jest przyczyną dziwnych zajść w miasteczku! Jak już JĄ zaczniesz czytać to ONA cię nie wypuści aż do końca!
"Miasteczko Salem" potrafi tak pobudzić twoją wyobraźnię, że czujesz jakbyś tam był, widzisz to w swojej głowie tak jakbyś był obserwatorem całego zajścia (bo i jesteś); czujesz zapachy opisywane w książce, słyszysz złowrogie głosy jakby dobiegały one z sąsiedniego pokoju, widzisz cienie przesuwające się po ścianie okrytego mrokiem pokoju; żyjesz strachem bohaterów tegoż dzieła - przenosisz się do ich świata zupełnie zapominając o tym co cię otacza. Jednak gdy powrócisz do rzeczywistości czujesz ulgę, że nie ma cię tam naprawdę; bierzesz dwa głębokie wdechy i znów zanurzasz się w treść i nie chcesz z niej wyjść (przypomina to nieco wannę z gorącą wodą - wchodzisz, ale nie chcesz wyjść aż woda nie stanie się zimna), w tym przypadku zimna woda jest odpowiednikiem końca książki... Uff.
Książka napisana jest w bardzo ciekawy sposób, to znaczy autor cały czas mówi nam o miasteczku, aż tu nagle przenosi nas w zupełnie inne miejsce gdzie jesteśmy świadkami przerażającej sceny, podczas której czytania chciałoby się aż krzyknąć z przerażenia, a później z powrotem opowiada nam o mieście zwalniając akcję, jest to dość fajny sposób
(jak widzicie, bullet time był na długo przed Matrixem
;)). Ogólnie fabuła i ciekawość co jest dalej rozwija się w miarę czytania, aż w końcu w ostatnim rozdziale akcja dzieje się cały czas, bez żadnych przerw na wzięcie głębszego oddechu czy czasu na uspokojenie skołatanych nerwów. Końcówka natomiast to mistrzostwo świata, ot taka prosta, bo i po co na chama jeszcze coś przeciągać...? np. tą recenzję :D]-[ Powiem jeszcze, że wszystko jest napisane językiem lekkim, co jest dla mnie zdecydowanym plusem; nie ma tu czegoś takiego jak u E. A. Poe, wszystko jest zrozumiałe i proste, trochę szkoda że wszyscy nie zginęli!
(Nie martw się na zapas, na pewno kiedyś wreszcie zdechną,
podli wybawcy ludzkości... ) Muszę wam jeszcze powiedzieć że tajemnicze zajścia w Salem wcale nie kończą się w książce, one nadal trwają w tym małym miasteczku, a może ZŁO przeniosło się do innego zadupia? Sami musimy sobie dopisać jak to wszystko się kończy...
Klimat książki dosłownie wgniata w wyrko na którym akurat leżałem czytając, a czuje się wszystko od pierwszej strony. Po prostu wiesz że coś tu jest nie tak i czekasz by dowiedzieć się co... nie ma już co napisać na temat tego arcydzieła gatunku... powiem że straszy o wiele lepiej niż niejeden film! A zresztą ludzie, dajcie siana filmom i zacznijcie czytać książki, ja od Kinga na pewno już się nie oderwę, a ta recenzja raczej ostatnia nie
jest; w końcu mówicie że "Lśnienie" jest najlepsze u Kinga, - zobaczymy jak znajdę, bo w bibliotece miejskiej niestety nie ma tego. :(
Proszę o wybaczenie za te wypociny, zawarte tu opinie są jedynie moimi przeżyciami których doznałem podczas czytania tejże książki, jeśli ktoś nie podziela mojego zdania niech spada na drzewo! Już na początku mówię że
kretynem... oj przepraszam... krytykiem nie jestem a książki czytam raczej rzadko, więc specjalnie się nie znam. Ale uważam że książka jest, jak to mówią... mniodzio!!!
Mógłbym jeszcze pisać o tej książce godzinami, ale połowa to czytających już pewnie śpi smacznie przed monitorami, na koniec tylko taki fragment:
"- Co się stało? - zapytał po raz kolejny Royal. - Co tam zobaczyłeś?
- Nic - wyszczekał Winix, oddzielając poszczególnie słowa klekotaniem zębów. Nic... nie widziałem... i już nigdy... nie chcę... tego oglądać..."
Ten fragment mówi oczywiście o teledysku Tatu w telewizorze. :D
I tym miłym akcentem zakończyłem niniejszą recenzję... o ile to przypominało reckę.
Podniecał się:
Winix < winix@wp.pl >