TERRY PRATCHETT -
„Muzyka Duszy”
Z istnienia opisanego w -nastu większych i mniejszych dziełkach ‘Świata Dysku’ jeszcze do niedawna nie zdawałem sobie sprawy... Tak, posypuję sobie łepetynę brudnoszarym popiołem i proszę komisję przysięgłych o wybaczenie. Jako okoliczność łagodzącą mogę podać brak zaufania do czegoś, co ma przesadnie kolorową okładkę. Nie wystarczy?
Cóż, w ramach pokuty mogę polecić jedną z osadzonych na Dysku opowiastek. Zróbmy tak -jeśli recka wyjdzie genialna albo (w razie słabszej formy piszącego) tylko bardzo dobra, [ ;-) ] będzie mu darowane...
Tym to wstępikiem próbuję się rozgrzeszyć za wszelkie braki w edukacji w temacie pratchettowskiego światka, które za chwil kilka (gdy zabiorę się za konkrety), zaczną razić co bardziej oblatanych fanatyków...
Z tego, co zdążyłem wywnioskować, ‘Świat Dysku’, a w szczególności najludniejsza jego metropolia - Ankh-Morpork, istnieje w zasadzie po to, by wzbudzać systematycznie chwytanie się za czuprynę połączone z wytrzeszczem oczu i w ogóle ubaw po pachy u poznających jego pokręcone dzieje czytelników. Wypatrzyć w nim idzie tyle nielogiczności, paradoksów i – powiedzmy to szczerze - bezsensu, że na dobrą sprawę to cuś nie ma prawa egzystować (nawet jako fantasy!). A jednak istnieje. Ma się raczej tak sobie. Ani to miejsce mlekiem i miodem spływające; ani perła zaawansowanego myślicielstwa; ale nie sposób się tam nudzić. A „jedno na trzy to całkiem niezły wynik. Co prawda to zaledwie trzydzieści trzy procent, ale mogło być gorzej”. Taa...
Spostrzeżeń ciąg dalszy następuje - Mr Pratchett lubuje się w przenoszeniu w powstałe w jego chorej wyobraźni realia wszystkiego, co w naszym świecie dobrze znane i podziwiane. Tym samym stwarza sobie wymarzoną okazję, żeby na wszystko, za co się złapie, spojrzeć krzywym okiem mieszkańców Ankh-Morpork - czytaj, obśmiać z iście angielską flegmatycznością i przewrotnością przywodzącą na myśl mojego kochanego Monty’ego P. :-)
W wyniku „drobnych” zawirowań wokół posady Śmierci (zostaje nią tymczasowo szesnastolatka, która na zabijanie ma niewiększą ochotę niż na edukację...) i splotu przypadkowych wypadków, w mieście znikąd pojawia się niespotykany dotąd twór. Zamieszkuje on instrument muzyczny zwany potocznie gitarą, a także duszę jej właściciela utalentowanego chłopaka, od tej pory sprzężone ze sobą. Jest nim muzyka ochrzczona mianem „wykrokowej” (echem, echem...). Problem z nią taki, że - jak mówi stare przysłowie - nie idzie w las, tylko w nas (a może to było o czym innym...), chwyta za serce wszystkich w zasięgu rażenia i - cytując leciwą piosenkę pana Stuhra - jak wzruszy, rzuca się na uszy. O tak! Krasnoludów, trolli i ludzi ogarnia szaleństwo na jej punkcie. Nie omija ono nawet dość osobliwego grona pedagogicznego Niewidocznego Uniwersytetu, które w owczym pędzie zaczyna nosić buty na koturnach, ubierać się na styl „wykrokowy” i zachowywać się... heh ... inaczej (taki dziekan, dla przykładu, nieustannie myśli o przemalowaniu pokoju na czarno).
Brzmi znajomo? Powinno. :-)
Co ciekawe, autor złego słowa nie pisze o samej muzie. Wręcz przeciwnie – wynosi ją do rangi świętości, sacrum jakiego. Rekompensuje to sobie puszczając nieustannie złośliwe aluzje do całej koniunktury, jaką ona nakręca. A jak już otworzy ogień to trafiony-zatopiony, nikt się nie uchowa. Najbardziej obrywa się sprzedawcom wszelkiej maści gadżetów żerujących na fanach oraz staremu, dobremu, kultowemu „sex, drugs & rock’n’roll”
Co jeszcze ciekawsze, te i inne mrugnięcia okiem do czytelnika zauważa się dopiero po przewróceniu ostatniej strony i kilkunastu głębokich oddechach. W trakcie nie bardzo jest na to czas - przerwy między zbieraniem się z gleby ze śmiechu są stanowczo za krótkie. Naprawdę, książka jest tak nadźgana (naćpana, jak mówi mój nauczyciel anglika ;-) wszelkimi odcieniami humoru, od słownego po sytuacyjny, że nie da rady wyłuskać przesłania „podczas”, a już, broń Boże, odłożyć ją wtedy na chwilę...
Jednym słowem: polecam :-)
Rainman
PS. I mam pytanko otwarte: Czy to objaw przeuczenia, że w książce przetłumaczonej na najwzorowszą rodzimą polszczyznę dopatrzyłem się gry słówek nabierającej sensu tylko w angielskim oryginale??? No nie patrzcie ta na mnie, nie chciałem, samo jakoś wyszło. Powiedzcie lepiej, jak się wyleczyć... (Pewnie był przypis, wyjaśniający o co w tej grze chodzi:). Poważnie - też mi się zdarza, więc albo jesteś normalny, albo ja też jestem "przeuczony"... - m.)
Dla dociekliwych: znajdźcie kwestię nadrektora: „Bardzo elfi styl, moim zdaniem”.
And have fun. :-)