Ursula K. Le Guin - "Miejsce początku"
Gdy po raz pierwszy zasiadłem do czytania, uznałem "Miejsce początku" za niezły kicz. Przez pierwsze kilkanaście stron mamy uczucie ciągłego, totalnie wykańczającego organizm biegu. Przecinki są stosowane sporadycznie, zaś zdania nieraz rozciągają się na całe akapity. Z niesmakiem widocznym na twarzy odłożyłem książkę na półkę i zapomniałem, iż w ogóle coś takiego miałem w rękach.
Po tygodniu jednak byłem zmuszony sobie przypomnieć. Na przylepionej do monitora karteczce było napisane, że muszę oddać "Miejsce..." do biblioteki. Jakoś jednak ciężko było mi to zrobić. Ursula K. Le Guin jest autorką świetną, o czym niejednokrotnie mogłem się przekonać. Nieco dziwny wydawał mi się więc taki radykalny spadek formy. Postanowiłem jeszcze raz zabrać się za dzieło owej pisarki. Ponownie wygodnie usiadłem w fotelu, zrobiłem sobie ciepłą herbatę i zacząłem czytać. Przebrnąłem jakoś przez początek i... wciągnęło mnie na parę ładnych godzin. Od dłuższego czasu nie zdarzył mi się dzień, w którym nie zasiadłbym ani na chwilkę do komputera. Wyniki testów krzyczały pogrubionymi literami, że jestem ciężko uzależniony. A tutaj - proszę, oto, co potrafi zdziałać dobra lektura!
"Miejsce początku" jest książką, której nie da się zaklasyfikować według istniejących schematów. Gdyby pod groźbą łamania kołem zmuszono mnie, bym określił jej gatunek, powiedziałbym: obyczajowa, w której podłożem do pokazywania ludzkich zachowań jest świat fantasy. Byłby to jednak mocno niepełny, wybrakowany obraz tego dzieła. Pardon - Dzieła.</p>
Powieść mówi o dwójce zupełnie przeciętnych ludzi - mężczyźnie i kobiecie. Oboje niechcący (ona wcześniej, on później) przenoszą się do dziwnego świata, w którym panują realia mniej więcej naszego średniowiecza. On zostaje wyznaczony do zadania, którego sensu i celu chyba nikt zbyt dobrze nie rozumie. Otrzymuje szablę - i ma po prostu iść we wskazanym kierunku, by ocalić świat, w jakim się znalazł. Ona wybiera się wraz z nim.
Prawda, że dziwne? Nienormalne? Zakręcone jak słoik? I o to właśnie tutaj chodzi. "Miejsce początku" pozostawia czytelnikowi olbrzymie możliwości interpretacyjne, pole do swobodnego, umysłowego wyżycia się, na dodatek w mocno nieszablonowy sposób. To intelektualna rozkosz, jakich obecnie można szukać ze świecą w ręku. Na domiar dobrego, wszystko zostało przedstawione przez panią Le Guin w iście znakomity sposób. Jak na dłoni widać u niej swadę i lekkość w posługiwaniu się słowem pisanym, a także wyjątkową wrażliwość, która w dzisiejszych czasach to ewenement - nawet u artystów, których jest przecież podstawową cechą.
Przyszedł czas na wady... Zauważyłem tylko jedną, jedyną, za to niebagatelnym znaczeniu. Książka jest przerażająco krótka! Dlaczego wszystko, co dobre, musi się tak szybko kończyć (vide: "Limes inferior")? Przecież ten wątek można było tak cudownie rozwinąć, w dylogię albo i trylogię, a głęboko wierzę, iż U.L.G nie zatraciłaby w najmniejszym stopniu niesionych przez powieść wartości. W związku z tym mam pewną propozycję. Panowie Pisarze i panie Pisarki, spróbujcie wygłodniałemu rottwailerowi pomachać przed nosem olbrzymim kawałkiem soczystego, krwistego mięcha, a następnie wyrzucić je przez okno. Będziecie mieli namacalny dowód na to, jak okropnie czują się Wasi czytelnicy (bo jak na razie chyba w to nie wierzycie). Życzę szybkiego powrotu do zdrowia!
Ocena: 10/10
| fido bezczelny |
[ filko@poczta.onet.pl ]