STEPHEN KING - "Wielki marsz"

Uważacie, że już wymyślono najgłupszy rodzaj teleturnieju na świecie? Myślicie, że nie ma nic bardziej idiotycznego niż "Ząb za ząb", "Życiowa okazja", "Randka z ciemniakiem" i inne tego typu przeboje? Miejcie zatem nadzieję, że nikt nigdy nie wymyśli czegoś podobnego do "zabawy", zaprezentowanej przez Stephena Kinga w "Wielkim marszu"...

Zaprawdę wielki jest Król w swym geniuszu pisarskim, a także ogromna jest wyobraźnia jego. Że tym samym mistrz ma nieco spaczoną psychikę - to nic (a mówię to na podstawie wieloksiążkowych obserwacji - znacie drugiego autora, który w przystępny i zasadniczo lekki oraz zabawny sposób opisuje scenę rozszarpania ręki w szatkownicy? Masterton się nie liczy; prezentuje poziom co najwyżej zdeptanego runa leśnego - czyli niewysoki, a jego książki opierają się wyłącznie na pokazywaniu rozpaćkanych dookoła flaków). Liczą się wrażenia z odbioru słowa, przelanego z wypełnionej hamburgerami osobowości na papier (ja nigdy nic nie miałem przeciwko hamburgerom). A te (wrażenia, znaczy) są doskonałe już od samego początku - kiedy zostają zaprezentowani główni bohaterowie, ich motywy (nie wszystkie co prawda, gdyż większość postaci ma "podwójne dno", podobnie jak kilka ostatnich afer politycznych) oraz historia. Wszystkich łączy jedno - startują w ogólnokrajowej zabawie o nazwie "Wielki marsz". Polega to cudo na... maszerowaniu, czego mało kto się zapewne domyślił. Stu chłopców stoi na linii startu, rozlega się huk wystrzału i... zaczynają iść. Meta nie istnieje, a zwycięzcą zostaje ten, kto ostatni utrzyma się na nogach. Ci gorsi... cóż, odpadną - dyskwalifikacja bez możliwości udziału w kolejnych rozgrywkach. Nagroda jest jednak kusząca, więc nikt nie podda się łatwo.

W powieści tej King, o dziwo, zastosował mało używany (przez siebie) manewr: nie pieprzył przez trzy tysiące stron o niczym, kumulując akcję w kilku jeno rozdziałach, lecz sensownie rozplanował powieść. Każdy jej fragment ma znaczenie, wnosi coś ważnego i nie jest tylko bezsensownym przerywnikiem. Fakt, powieść jest krótka, lecz dużo bardziej treściwa od niejednej "produkcji" Stefana (ehm, niechże wspomnę arcycudowny "Sklepik z marzeniami", i niechaj mnie za to fani tej książki nie pogrzebią żywcem). Język jest typowo amerykański - nie ma składniowych urozmaiceń, ani żadnych naprawdę głębokich prawd podanych w stylu Dicka. King opisuje proste, typowe dla każdego uczucia. Nawet co trafniejsze spostrzeżenia zaserwował w formie krótkiej wymiany zdań czy napływu urywanych myśli. Może to i sposób niezbyt wyrafinowany, ale bardzo ludzki...

"Wielki marsz" nie jest typowym horrorem, co może fanów zdziwić. Trzyma w napięciu - choć tego nie można odmówić żadnej książce Króla - a poza tym obfituje w brutalne scenki (niektóre nawet bardzo brutalne, i pomyślcie, że wszystkie z udziałem... dzieci). Lecz nie ma jakiejś sztucznej, nierealnej bestii; nie ma nadprzyrodzonych mocy czy duchów i upiorów, tyleż strasznych co "ostre" komentarze Leszka Millera. Tutaj jest tylko smród ludzi, ich nieznośny odór, z którym wychodzi ich zawiść, chciwość, żądza czynienia zła, oraz najstraszniejsza cecha - obojętność... I to jest na swój sposób przerażające - co najmniej tak, jak postawa niektórych członków Szanownej i Nieomylnej Komisji Śledczej (naprawdę, co najmniej sześciu zdzieliłbym toporkiem w łeb, podobnie jak większość przesłuchiwanych).

Stephen jest mistrzem manipulacji uczuciami, przez co obok "Wielkiego marszu" nie da się przejść obojętnie. Książka wzbudza emocje - i to wcale większe, niż się tego można po niepozornym początku spodziewać. Szokuje. Czasem zniesmacza, lecz na pewno zachwyca. Polecam.

military