Kolega mój, Szymon, rzekł mi niedawno coś zaciekawiającego. Jako że było ciemno, późno, noc i w ogóle impreza, nie pamiętam słowo w słowo. Wychodziło tyle, że filmowe adaptacje powieści wchodzą tylko w jedną stronę – najpierw książka, potem, ewentualnie, filmidło. Odwrócenie tej kolejności to błąd, tylko psuje smak. Przekonałem się na własnej, młodej skórze, że miał chłopak sporo racji, kiedy to wpadła w moje łapska książka (bestseller podobno)

Michaela Crichtona - „Kula”

Trochę mi to zajęło (jak to mi;-), ale w końcu połapałem się, dlaczego historia tak bardzo pachnie srebrnym ekranem. I przypomniałem sobie wszystko. Niestety zakończenie też... Dlatego tylko za plus robi fakt, że napoczęte powieścidło po tym moim „olśnieniu” nie wylądowało z powrotem na półce.

Historia w rzeczy samej na filmik się nadaje. Jest i wciągająca (ilość zwrotów akcji powyżej średniej krajowej ;-) i niebanalna, a i nauczy się z niej czego człowiek, gdy się trochę wysili. Do tego dochodzą różnorodne, a nietuzinkowe postacie – i tu wyszedł podstawowy mankament pomylenia kolejności - od osoby głównego bohatera nie potrafiłem odkleić twarzy Dustina Hoffmana. Nie dało rady - nasz wybitny psycholog musiał być niepozornym brzydalem i już. Trudno się mówi. Ale, ale - ten tu mały człowieczek otrzymuje właśnie szansę zostania kimś wielkim, znanym, a przy tym przeżycia kontaktu z wyraźnie obcą inteligencją. Oklepane? Nie do końca.

To znaczy sprawa obcych nie jest do końca przesądzona. Przybiera postać obiektu ogromniastych rozmiarów i niewiadomego pochodzenia, niemal doszczętnie zagrzebanego w dnie południowego Pacyfiku. Tam nakryli go Amerykanie i w mig zainstalowali nieopodal swój kompleks badawczy. Ma on być zasiedlony lada dzień i Dust... tfu, Norman, jako psycholog, został wcielony do ekipy szykowanej do zejścia na dno. Oprócz niego znaleźli się tam ludzie równie wybitni, choć już w cokolwiek innych branżach - matematyk, astrofizyk i pani biolog (przypomina mi to trochę castingi do rozmaitych reality shows... dobra, nie będę dziś wredny...)

Niestety (a może na szczęście?) nie trzeba długo czekać, aż sprawy przestają iść w zgodzie z planem, delikatnie mówiąc...

Dalej opowiadać nie zamierzam, bo chyba nikt nie lubi czytać streszczeń, z wyjątkiem uczniaków zaliczających za 10 minut sprawdzian z niedoczytanej lektury :-). Ogólnikowo mówiąc, cały wykreowany na kartach powieścidła ciąg zdarzeń posłużył autorowi za źródło (czyt. pretekst) do wysnucia kilku wniosków odnośnie natury ludzkiej (no i pofantazjowania nieco o zielonych ludkach, ale to można wybaczyć :-) A wnioski te raz, że niebanalne i interesujące, dwa - nawet trafiają do przekonania. Przynajmniej dla nich warto przekonać się, czym znowu jest ta tytułowa Kula. Zachęcam. Nawet tych, co widzieli film.

Rainman

raindrop@pf.pl

 

PS. Wyczytałem zaledwie przedwczoraj takie to info - człowiek w ciągu całego życia przeczyta średnio 2tys. książek (dane raczej na pewno nie dotyczą Polski...) Kombinowałem dobrych parę minut, po której stronie średniej ląduję. Z niewielkim skutkiem. Poddałem się. Zacznę lepiej liczyć od zera. Dlatego...

Panie Naczelny, możesz się spodziewać jeszcze co najmniej 1999 recenzji ode mnie :-))) (Jupi. - m.)

 

We wstępie autor recenzji stwierdził, zdaje się (chyba, że źle zrozumiałem), iż "Kula" powstała na podstawie filmu. Nic bardziej mylnego! Dopiero kilka(naście) lat po jej napisaniu Hoffman dostał propozycję zagrania roli Normana! W każdym razie - moim zdaniem powieść jest rewelacyjna, jedna z najlepszych dzieł Crichtona, którą odłożyłem dopiero po przeczytaniu od deski do deski. Polecam! - military